Do roboty – wieczność czeka

Oglądając nie tak dawno w krakowskim Muzeum Narodowym monograficzną wystawę Zbyluta Grzywacza myślałam sobie, że to jednak nie jest pozbawiona zasadności zasada (sic!) – stosunek do kobiet odzwierciedla nasz stosunek do życia w ogóle.

Grzywacz był świetnym, pełnym pasji profesorem, bezpośrednim i wiernym kumplem, zaangażowanym i oddanym sztuce, wymagającym od siebie, nieprzerwanie zadumanym nad kondycją człowieka artystą, prawym i uczciwym świadkiem historii, wreszcie – człowiekiem, który w poruszający dla otoczenia sposób przyjął własną śmierć. A mimo to na kobiety patrzeć nie umiał.

Jeśli maluje ich twarze, to te pełne młodzieńczego samozadowolenia, niezmącone najmniejszym cierpieniem, z filuternie zmrużonymi oczami, naiwnie puszące się swoją młodością. Skrupulatnie unika zaś spojrzenia kobiet dojrzałych oraz starych. Podobnie nie interesuje go spojrzenie tych, które cierpią, są smutne. A co go interesuje? Zmęczone, porzucone, przesadnie pomarszczone ciała, utkane z żylaków, fałdek tłuszczu, rozstępów i utrwalonych niczym rany odcisków po bieliźnie. Stare maluje zwykle od tyłu, jak w słynnym tryptyku Kolejka (siedem etapów życia kobiety). Tutaj „przód” mają tylko dziewczynka i młoda dziewczyna, pozostałe postaci, postępując w latach, zarazem odwracają się do widza tyłem, odchodzą w cień, rozmazują się, tracąc indywidualność i płciowość. Tak jakby wraz ze stopniowym zużywaniem ciała rozpadał się, obumierał człowiek.
Jakże inne kobiety spotykam na co dzień. Jakże inną kobiecość odkrywam sama dla siebie. Czy nie jest tak, że to właśnie młode ciała, młode spojrzenia są szalenie podobne do siebie, a tym samym monotonne i nudne? Czy to nie czas, nie doświadczenie, nie przekraczanie kolejnych etapów życia właśnie, przydaje im wyrazu, charakteru, bogactwa? Każdy kolejny krok postawiony na ścieżkach życia (miłość, małżeństwo, macierzyństwo, wdowieństwo, aż po bliskość własnej śmierci) może otwierać na życie i świat wypełniony ludźmi i tym, co niosą ze sobą – odwracać coraz bardziej twarzą w stronę świata. Uczyć spokojnej, zrównoważonej i mądrej bliskości ze światem.
Patrząc na kobiece ciała zgilotynowane przez dziwaczną perspektywę artysty miałam przed oczami twarze starych kobiet, ludowych śpiewaczek, poznanych w czasie moich wypraw. Prawie wszystkie są malutkie, kruche i pomarszczone, mają wielkie stopy i dłonie, otwarte i odważne serca, uśmiechnięte dla każdego twarze. Ich ciała wydały na świat po kilkoro dzieci, nie martwiąc się o rozstępy czy nadwagę. Nie ma w nich lęku – ani przed człowiekiem ani przed życiem, ani przed śmiercią. Są mądre mądrością, na którą ja – przy nich młoda, nieopierzona siksa – długo jeszcze będę musiała pracować. Bogu dziękuję za to, że je spotkałam. Dzięki nim rozkochałam się w byciu kobietą, w zużywaniu ciała i duszy na życie, bycie z ludźmi, pracę i rodzenie dzieci. I Bogu należy dziękować, że nie malował ich Grzywacz. Ich wewnętrzne światło rozbłyska we mnie do dziś, gdy tylko ktoś próbuje mi powiedzieć, że życie jest felerne, bo stajemy się coraz starsi, słabsi i schorowani.
Trudno zaprzeczyć, że z upływem czasu tak właśnie się dzieje. A jednak warto. Bo jeśli tylko nie będziemy się jednocześnie odwracać coraz starszymi plecami do świata, czas uczyni nas również coraz piękniejszymi, a w naszych starczych oczach inni będą mogli dostrzec zapowiedź Nieba.
Ale pracować nad tym wypadałoby już teraz. Nie oszczędzając gładkich, młodych ciał.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także