Dobra muzyka zawsze powraca

Siedząc w rozmaitych papierach, lekturach i nutach (z tymi akurat robiłem porządek po Triduum paschalnym), stwierdziłem że brak mi ostatnio dobrej muzyki. „Chodziła za mną” pewna muzyczna myśl, która przyplątała się z jakichś niejasnych pokładów mojej pamięci. Była jednak na tyle mocna, że najpierw śpiewała się w głowie, później opanowała struny głosowe (po anginie, więc wykonanie nie było za ciekawe dla słuchających). W końcu nie wytrzymałem, po prostu musiałem tego posłuchać. I tak w mojej celi rozbrzmiały po latach radosne takty Stworzenia Świata (Die Schöpfung lub The Creation) Józefa Haydna.

 
Przyznam szczerze, że ostatni raz słuchałem tego oratorium osiem lat temu, wróciło jednak do mnie bardzo wyraźnie i, jakby to rzec, ze zdwojona siłą. Wszystkie chóry, arie, tematy, motywy. W uszach brzmiała muzyka, a przed oczami przesuwała się partytura. Powód tego, że tak się wyrażę estetycznego nawrotu był prosty: pośród rozlicznych dyscyplin teologicznych jakimi zostałem uraczony w tym semestrze roku akademickiego, znalazł się wykład O Stworzeniu. Tego jestem pewien że dominikanin powinien znać rozległe, a czasem zawiłe kwestie teologii stworzenia, co by czasem umieć objaśnić je innym, ażeby zaliczyć ów przedmiot, należy napisać artykuł na wybrany temat po ówczesnym skonsultowaniu się z prowadzącym. Bracia wybierali rozmaite i piękne tematy, o teologi stworzenia u róznych pisarzy, o teorii wielkiego wybuchu itd. Pomyślałem sobie, czemu ja nie mogę wziąć jeszcze raz na warsztat tematu Die Schöpfung: „co mi szkodzi przecież temat i tak mam przewiercony na lewą stronę”. Skonsultowałem się więc z moim wspaniałym dominikańskim profesorem i przesyłając mu mailem konspekt pracy otrzymałem krótka a treściwą odpowiedź ”ładnie”. Pisząc artykuł, okazało się jednak że sporo już zapomniałem, w końcu minęło prawi osiem lat. Trzeba było więc wybrać mi się do biblioteki Instytutu Muzykologii i nieco poszperać i tu się dopiero zaczęło…
 
Dawno, dawno temu, w 1820 roku kiedy to studiowałem muzykologię Stworzenie (tak w skrócie będę nazywał to oratorium) było wałkowane, na ćwiczeniach  z klasycyzmu powszechnego. Ćwiczenia te sprawiły, że utwór należało przesłuchać setki razy z partyturą. Taki rodzaj muzycznej wiwisekcji powoduje że człowiekowi, po dogłębnym przemaglowaniu każdej nutki odechciewa się już czegokolwiek słuchać. Ćwiczenia jednak były nad wyraz ciekawe, jednakże słuchając jedenasty raz którejś z arii miałem już dosyć Haydna i jego Stworzenia. Kończąc wykład, widząc zarazem  nasze znużenie profesor wypowiedział pamiętne słowa, które miały się także sprawdzić przy pisaniu mojej pracy magisterskiej: „Po szesnastym czy siedemnastym cięciu utworu na zdanie, frazy czy motywy człowiek ma naprawdę dosyć i nie chce już słuchać utworu, jeśli jednak muzyka jest dobra prędzej czy później się do niej powróci”. I miał święta racje, prawdą jest to że miarą wielkości kompozytora jest to jak długo się go słucha i czy nawet po setkach lat trafi do ludzkiej wrażliwości.
 
Tak więc (ciekawe co na taki początek zdania powie moja kochana wychowawczyni- polonistka z liceum  J) siedząc sobie wieczorem w mojej celi i kończąc układanie nut po Triduum (praca dość mozolna) postanowiłem posłuchać po latach Stworzenia, a trzeba wam wiedzieć że na samym początku zaraz po wstępie orkiestrowym jest dość niestandardowe ogniwo, wszyscy śpiewają je półgłosem a orkiestra gra piano. Ogniwo opowiada o pustce i ciemności jakie panowały na ziemi i nagle delikatny powiew, skrzypce unoszą się z Duchem Bożym nad wodami , cisza, ciemność jakaś niepewność, przerwane potężnym wybuchem światła, akordem C-dur, który towarzyszy nagle pojawiającej się światłości. Jasność i siła tego akordu, jego moc i radosne uniesienie po prostu wyciskają łzy wzruszenia. Nie dziwi więc fakt że porywczy Beethoven po prawykonaniu oratorium w Pałacu Esterchazych podszedł do leciwego Haydna którego wniesiono na fotelu i ucałował go z szacunku w kolano. Po latach, po dokładnym rozłożeniu utworu na czynniki pierwsze, stała się światłość, oratorium odżyło ze zdwojoną siłą. Dalej nie trzeba było mnie już zachęcać muzyka zrobiła swoje. Porwał mnie zachwyt nad stworzeniem. Wielbiące hymny aniołów i niesamowity humor Haydna przejawiający się w obrazowaniu natury (najlepsze są muzyczne obrazy zwierząt, kapitalnie oddane są robaki i insekty) rozanieliły mnie na dobre. Profesor miał świętą racje. Dobra muzyka zawsze powróci, powróciła i gwarantuje, że nie był to tępy zachwyt.
 
Cóż więcej, z piękną choć czasami chłodną wiosną najlepiej się słucha o stworzeniu, najpiękniej się wielbi muzyką. Wówczas myśli w radosnym zachwycie same wędrują do Boga, papa Haydn (tak zwykli nazywać go Mozart a później Beethoven), uśmiecha się tam gdzieś w niebie (mam nadzieje że tam jest), słysząc jak jego muzyka rozbrzmiewa wciąż na nowo.
Co do mojej pracy, to pewnie kiedyś wam opowiem jak historia się skończyła, teraz zaś zapraszam do radowania się z dzieła stworzenia, w tym jakże wiosennym klimacie.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także