Dobro duchowe wiernych?

W polskim sejmie posłowie zastanawiają się, czy 6 stycznia, dzień Objawienia Pańskiego (chociaż dla większości posłów raczej Trzech Króli...), powinien być dniem wolnym od pracy. Takiemu projektowi, poza pewnymi partiami politycznymi (tu się nie wypowiem, bo o polityce nie mam pojęcia), przyklaskują polscy biskupi, uważający Objawienie Pańskie za wielkie święto, zasługujące na bycie dniem wolnym od pracy. Nie umniejszam wielkości tego świętego dnia, który w tabeli obchodów liturgicznych jest na równi z Narodzeniem Pańskim, Wniebowstąpieniem i Pięćdziesiątnicą. Ale godny lepszej sprawy upór polskich biskupów budzi we mnie... niesmak? Zdziwienie? Zgorszenie? Czemu hierarchowie kruszą kopie o 6 stycznia, a kilka lat temu, zupełnie bezsensownie, prosili Stolicę Apostolską o zmianę w kalendarzu liturgicznym?

Chodzi o uroczystość Wniebowstąpienia, bezmyślnie – za zasłoną tajemniczego „dobra duchowego wiernych” – polscy biskupi raczyli przenieść z 40. dnia po Wielkanocy na 7. Niedzielę Wielkanocną. Jeśli dobrze rozumiem, owym duchowym dobrem wiernych (czy nie jest to inna nazwa równie tajemniczych ‘względów duszpasterskich’, które jak zmora wracają co chwila w podejściu do liturgii w większości kościołów) ma być możliwość uczestnictwa we mszy świętej w wielką uroczystość Wniebowstąpienia. Czwartek, 40. dzień po Zmartwychwstaniu, jako dzień pracy, najwidoczniej z punktu widzenia Episkopatu, uniemożliwiał nieszczęsnym wiernym wypełnienie tego obowiązku. Nieszczęsnym, rozerwanym między koniecznością pójścia do pracy a wypełnieniem religijnego obowiązku…

Ale wystarczy pójść do kościoła w Środę Popielcową lub 2 lutego, w Ofiarowanie Pańskie, a więc w dni nie będące ani świętem nakazanym, ani wolnym od pracy, aby zobaczyć, że wielu, naprawdę wielu wiernych jest w stanie uczestniczyć w Eucharystii. Skąd założenie, że we Wniebowstąpienie byłoby to niemożliwe? Szczerze mówiąc, podejrzewam, że dla przeciętnego katolika w tym kraju Wniebowstąpienie jako święto nie istnieje, trudno byłoby mu cokolwiek o nim powiedzieć: w końcu nie jest jakoś specjalnie widowiskowe i obrzędowe, nie święci się świec, palm, popiołu, kredy… A jestem pewny, że ci, którzy naprawdę żyją życiem Kościoła i rytmem liturgii, ci, którzy wiedzą, co czcimy w dniu Wniebowstąpienia, znaleźliby możliwość uczestnictwa w Najświętszej Ofierze niezależnie od swoich obowiązków w pracy. W końcu msze w polskich kościołach odprawiane są o najróżniejszych godzinach, i znalezienie odpowiedniej dla siebie jest możliwe. Chyba że biskupi użalili się nad wiernymi, którzy musieliby np. wstać dwie godziny wcześniej, aby zdążyć na mszę przed pracą, albo też, zmęczeni całodziennym trudem, musieliby jeszcze wytrzymać godzinę w kościele. Nie chce mi się w to wierzyć. Jak wspomniałem, ci, którzy podchodzą do wiary i jej wyrażania w liturgii świadomie, z pewnością daliby radę znaleźć czas na mszę świętą.

Czy przeniesienie Wniebowstąpienia na niedzielę zwiększy świadomość wiernych, czy zauważą oni – a myślę tu o tych, z całym szacunkiem, bardziej „przeciętnych” – że w niedzielę obchodzimy jakieś wielkie święto? Śmiem wątpić. Pamiętam rozmowę z chłopakiem, kształcącym się na organistę, który w ogóle nie wiedział, że Wniebowstąpienie obchodzono 40 dni po Wielkanocy, a jego przeniesienie na niedzielę nie miało dla niego znaczenia – niedziela to niedziela. Co więc kierowało polskimi biskupami w staraniach o przeniesienie tak wielkiej uroczystości na niedzielę (a przy okazji pozbawienie nas pięknej liturgii 7. Niedzieli Wielkanocnej, niedzieli oczekiwania na Ducha Parakleta)? Dobro duchowe wiernych… Jako więc jeden z wiernych głośno stwierdzam, że wręcz przeciwnie, żadnego dobra duchowego stąd nie wyniosłem, a wręcz przeciwnie: wielką szkodę.

Zmiana terminu Wniebowstąpienia nie była jedynym bezsensownym posunięciem Episkopatu. Ze względu na dni robocze, świętami nakazanymi w Polsce przestały być: uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny, uroczystość świętego Józefa oraz uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła. Z tego, co pamiętam, te dni miały w tym kraju dyspensę: pozostawały świętami nakazanymi, ale jednocześnie – ze względu na fakt, że przypadały w dni robocze – wierni mogli być zwolnieni z obowiązku uczestnictwa w Eucharystii, jeśli praca im to uniemożliwiała. I znowu: wystarczyło w te dni iść do kościoła, aby zobaczyć, że naprawdę wielu wiernych potrafiło znaleźć czas na świętą liturgię, mimo zawodowej pracy, nauki etc. Po co więc to łagodzenie obowiązków? Dla mnie jest to wyraźne upodobnienie się do świata, poklepywanie go po ramieniu, pójście na ustępstwa. A przecież Apostoł pisze wyraźnie: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata” (Rz 12:1). Co episkopat chce przez to osiągnąć? Czyżby spodziewał się, że takie złagodzenie kościelnych obowiązków spowoduje nagły przypływ wiernych do kościoła, zwiększenie ich religijnej świadomości? Chciałbym to zobaczyć… W końcu złagodzone przepisy postne raczej wiernych Kościołowi nie przysporzyły, a świadomość piątków jako dni pokutnych jest znikoma.

Może ktoś powiedzieć, że się czepiam, bo przecież księgi liturgiczne dopuszczają możliwość przeniesienia świąt na niedziele. I owszem. Ale dlaczego przeniesiono akurat Wniebowstąpienie, którego świętowanie w 40 dni po Pańskim Zmartwychwstaniu ma solidne podstawy biblijne, a toczy się boje o Objawienie, którego data, aczkolwiek uświęcona czcigodną tradycją, jest ustalona dosyć arbitralnie, jak i data Bożego Narodzenia? Przepisy dopuszczają możliwość przeniesienia Objawienia Pańskiego na niedzielę między 2 a 8 stycznia. Czemu tutaj biskupi nie skorzystali z takiej możliwości? Stracilibyśmy 2. Niedzielę po Narodzeniu Pańskim, która akurat nie ma zbyt bogatej tradycji liturgicznej, właściwie dubluje samo Narodzenie Pańskie (vide Ewangelię tego dnia i prośby oraz czytania krótkie w Liturgii Godzin). Jak widać, strata 7. Niedzieli Wielkanocnej, niedzieli przygotowującej do Zesłania Ducha Świętego, była możliwa. Czemu nie można było – skoro już idziemy na łatwiznę i ludziom na rękę – przenieść i Trzech Króli na niedzielę? Nie byłoby prościej? A z pewnością konsekwentniej1.

Być może, w odniesieniu do 6 stycznia, ważniejsze się okazały wspomnienia z dzieciństwa i polityka… Matka moja jeszcze pamięta, iż był to dzień wolny od szkoły, który dniem roboczym stał się za sprawą niedobrego Władysława Gomółki. Widać przywrócenie go jako wolnego od pracy ma być powrotem do prawdziwej polskiej tradycji: Gdzieś w radiu słyszałem, że sprawa wolnego od pracy 6 stycznia to wybór między Piłsudskim a Gomółką. Tylko – co mają obaj panowie do świętej liturgii?!!!

Wielka szkoda – i wielki, wielki smutek – że mydli się nam oczy „duchowym dobrem wiernych”2, jednocześnie tak lekko znieważając liturgię i wielką tradycję Kościoła. I jeszcze – rozbijając jego jedność. Skoro episkopat każdego kraju może dowolnie (oczywiście, po zatwierdzeniu przez Watykan) przenosić ważne święta liturgiczne, to jak możemy mówić o jedności Kościoła w liturgii? Co ma np. zrobić wierny, który 40. dnia po Wniebowstąpieniu przebywa w kraju, gdzie ta uroczystość jest obchodzona, a następnego dnia wraca do Polski i jest zmuszony świętować Wniebowstąpienie jeszcze raz w niedzielę? Delikatnie mówiąc, to zupełny bezsens. Widać nie zostaje mi nic innego, jak przenieść się do Watykanu, gdzie święta obchodzone są jak Pan Bóg przykazał…


1 Żeby było jasno: osobiście uważam, że ani Objawienie, ani Wniebowstąpienie nie powinny być przenoszone na niedzielę. Są to stare święta, ich daty tradycyjne, i takimi powinny pozostać – tak jak np. jest w Watykanie (ale już nie we Włoszech).

2 Jak rozumiem, przeprowadzono jakieś badania statystyczne, ew. kurie biskupie zasypano listami od wiernych, cierpiących z powodu skrupułów z racji niezachowania obowiązku mszalnego we Wniebowstąpienie…

 

 

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.