Dusiołki śródziemne

Poniższy tekst nie dotyczy ani liturgii, ani biblistyki, ani teologii, zatem poszukiwacze duchowych wzruszeń, duchowego obroku i duchowego zbudowania proszeni są o zrezygnowanie z dalszej lektury. Dziękujemy.

Zasypiając z wolna minionej nocy, zacząłem rozmyślać o fanfikach. To opowiadania, pisane przez fanów literatury fantasy, a ja rozmyślałem o fanfikach tolkienowskich. Prawdziwa to zmora śródziemnego świata, ciesząca się jednak wielką popularnością. Domorośli twórcy rozpisują się o przygodach elfów i ludzi, od Amanu po Mordor, starając się spełnić w ten sposób nadzieje Tolkiena*), że inne umysły, inne dłonie wzbogacą świat, którego ramy on stworzył. Niestety, większość fanfików ów świat zaśmieca.

Dlaczego? Dlatego, że, mimo zewnętrznych pozorów, całkowicie różnią się od świata, który stworzył Tolkien. Fanfiki zupełnie nie są w stanie oddać klimatu Śródziemia: cóż z tego, że ktoś drobiazgowo zachowa, opierając się na tekstach Tolkiena, wszystkie szczegóły świata przedstawionego – łącznie z kolorem oczu bohatera i liczbą piegów na jego nosie – jeśli nie jest w stanie oddać głębi tego świata, sposobu myślenia jego bohaterów, poetyki, w jakiej Śródziemie zostało stworzone? Może dzieje się tak dlatego, że nikt już nie czyta eposów… Może to wpływy literatury współczesnej, psychologii i politycznej poprawności… A może po prostu autorom fanfików brakuje wyobraźni na miarę Tolkiena, brakuje jego „życia wewnątrz języka” (jak to określił C.S. Lewis), jego wyczucia, jego postrzegania świata, jego poetyckości…

Fanfiki przypominają kolację, do której przygotowania użyto najlepszych składników, tyle że kucharka i lokaje zupełnie nie wiedzieli, jak sobie z nimi poradzić. Trochę to przypomina historię o przyjęciu z czasów Elżbiety I, na które kucharz przyrządził potrawy z dopiero co przywiezionych do Europy (przez sir Waltera Ralegha) ziemniaków – tyle że wykorzystał do nich łodygi i liście… W rezultacie otrzymujemy twórczość przez duże ‘tfu’.

Napisawszy to wszystko muszę wyznać, że i kilka moich tekstów znalazło się w wydanym w tym roku tomie fanowskiej twórczości. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że: primo, pisałem tylko wierszem, najczęściej homeryckim, bliskim sercu Tolkiena; secundo, parafrazowałem to, co znaleźć można w tekstach samego Tolkiena, nie siląc się na pseudopsychologiczne analizy bohaterów i toporne dialogi, tak typowe dla większości (polskich zwłaszcza) fanfików. Można to uznać za moje samousprawiedliwienie się, jeśli ktoś lubi uprawiać psychologię – voilà! Dixi et salvavi animam meam.

*) Tolkien pisał o wtór-stwarzaniu, przez które człowiek naśladuje Stwórcę, od którego też otrzymał dar tworzenia opowieści. Bóg jest Stwórcą, człowiek stworzony został na Jego obraz. Jak pisał św. Paweł, jesteśmy poematem samego Boga (Ef 2:10), stworzeni w Chrystusie Jezusie.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.