Dwa listy, jeden Jerzy i dwóch Marcinów

Jakiś czas temu dostałem list od mojego nauczyciela, pana Jerzego Mańkowskiego, o którym już kilka razy wspominałem. Wczoraj z kolei napisał do mnie mój uczeń, Martinus, Germaniae apostolus. Ponieważ obaj są w jakiś szczególny sposób obecni w moim życiu, nazwijmy je filologicznym, chciałbym napisać i o panu Mańkowskim, i o Marcinie.

Dr Jerzy Mańkowski uczył mnie greki, literatury greckiej, prowadził proseminarium i wreszcie zajęcia na temat dramatu Sofoklesa „Ajas”. W czasie moich czteroletnich studiów w Instytucie Filologii Klasycznej z nim miałem, licząc godzinowo, najwięcej zajęć. Jak już kiedyś pisałem, zawdzięczam mu wiele.

Poznałem go jeszcze w liceum, przychodził do nas z wykładami o Homerze. Niesamowita była jego żywiołowość i poczucie humoru, zwracanie uwagi na rozmaite szczegóły – wciąż pamiętam uwagę o żurawiach czy o pokrewieństwie łacińskich fidesfoedus. Na uniwersytecie trafiłem – i Bogu za to dziękuję! – na prowadzone przez niego zajęcia z praktycznej nauki języka greckiego, 4 z 6 godzin tygodniowo (2 godziny były z inną osobą). Na początku byłem przerażony – zaczynałem studia od 2. roku, i musiałem sporo z greki nadrobić – w szkole dużo nie zrobiliśmy, przy 2 tylko godzinach w tygodniu. Te zajęcia były niesamowite. Pan Mańkowski przychodził zawsze ze słownikiem grecko-włoskim, i przy tłumaczeniu, kiedy trafiliśmy na jakieś słowo, którego znaczenia nie byliśmy pewni, mówił: Zaraz zobaczymy, co nam ten włoski Liddell-Scott podaje. Mam ciągle zeszyt, z wypisanymi fragmentami z Eurypidesa, w których pojawiały się czasowniki II koniugacji – pan Mańkowski bowiem nie używał żadnego podręcznika, przynosił teksty oryginalne. Wiem, że na 1. roku przynosił studentom swego rodzaju wypisy – ręcznie pisane zdania, wybrane z różnych tekstów greckich, na których uczyli się tłumaczenia. (Czasy przedkomputerowe były; owszem, w Instytucie były maszyny do pisania z grecką czcionką, ale dosyć niewygodne w użyciu.) Jego żywiołowość i dobry humor były niesamowite. Zajęcia były w środy, popołudniami, najpierw 2 godziny literatury, potem 2 godziny greki – o 17. wszyscy byliśmy już zmęczeni, ale pan Mańkowski nigdy nie tracił tej właśnie niesłychanej żywiołowości. Potrafił mówić o jednym słowie z niesłychanym zapałem przez kilkanaście minut, rzucając przykładami, a wszystko to w niezwykle przystępny sposób, bez niepotrzebnego ‘naukawego’ żargonu. Czasami wychodziliśmy już z zajęć, a pan Mańkowski łapał kogoś i z przejęciem mówił np., że bebeke u tragików często oznacza po prostu, że ktoś umarł. Pamiętam też jedną z jego uwag, dotyczącą którejś odmiany: Jak się ktoś tego, proszę państwa, teraz wyuczy, to wyuczy się już na zawsze, będzie pamiętał. I to jest prawda, którą powtarzam moim także uczniom.

Zajęcia z literatury greckiej były równie niesamowite. Mogę śmiało powiedzieć, że jeśli rozumiem coś z „Iliady”, to tylko dzięki tym zajęciom. To są mało znane rzeczy, pan Mańkowski jest człowiekiem niebywale skromnym i, w pewnym sensie, będącym w cieniu, dlatego tym bardziej chcę napisać o jego – nie waham się tak powiedzieć – odkryciach. Zwrócenie uwagi na przypowieść o Ate i Litaj, będącą sercem „Iliady”, powiązanie, jakże niezwykle filologiczne, Patroklosa i Kleopatry, z księgi IX: to coś niezwykłego. Tak samo było z późniejszą lekturą Ajschylosa: zastanawianie się nad macierzyństwem i ojcostwem w „Eumenidach” (z całą grą słów i obrazów rolniczych), nad zadziwiającym obrazem Dzeusa, którego myśl staje się rzeczywistością, patrzenie na Prometeusza… Na 3. roku, na proseminarium, zajmowaliśmy się najpierw przymiotnikiem spoudaios, zmiennością jego znaczeń w różnych epokach i u różnych autorów. Wróciliśmy potem do „Iliady”; nie znałem wtedy książek M.L. Westa, i to od pana Mańkowskiego dowiedziałem się o powiązaniach kultury i literatury greckiej z Bliskim Wschodem. Pamiętam, że przygotowywałem fragment z I księgi, o wróżbicie Kalchasie, i to przejęcie, które do dziś mi się udziela, przy słowach hos ede ta t’eonta ta t’essomena pro t’eonta, znał to, co jest, to, co będzie, i to, co było przed tym, co jest. Pan Mańkowski kazał też sięgnąć do Biblii, aby znaleźć paralele ‚wieszczbiarskie’. Później dowiedziałem się, że postać wieszczka – mantis – to temat, który pana Mańkowskiego szczególnie interesował. Wreszcie, lektura „Ajasa”, zajęcia, które pan Mańkowski prowadził wspólnie z prof. Axerem: patrzyliśmy więc i w sam tekst, rozważając kolejno wszystkie ‚mowy’ bohaterów, i samobójstwo Ajasa, i zastanawialiśmy się nad tym, jak mogła być ta sztuka odgrywana w Atenach (a jest w niej pewien problem, właśnie ze sceną związany…)

Greka to jednak nie wszystko. Rozpiętość zainteresowań pana Mańkowskiego jest imponująca, w skrócie można powiedzieć: od Homera do Dantyszka. Zajmował się nie tylko greckim dramatem, ale i literaturą polsko-łacińską, prowadził zajęcia z Horacego – niesamowicie dokładne patrzenie na słowa i ich znaczenie (żałuję, że z tych zajęć zrezygnowałem…) Pamiętam, że jeździł do Hiszpanii, właśnie w związku z edycją dzieł Dantyszka, i przywiózł nam stamtąd czekoladki, którymi poczęstował nas na początku zajęć. Ta niesamowita radość, jaka promieniała z jego twarzy, kiedy uczył, i kiedy sam się uczył: potrafił nagle wykrzyknąć na zajęciach: O, tego nie wiedziałem, dziękuję panu! O, jak dobrze, że pani nam to powiedziała!

Mogę śmiało powiedzieć, że nie byłbym filologiem, gdyby nie pan Mańkowski. Oczywiście, miałem też innych wykładowców, równie wiele zawdzięczam najdroższej śp. prof. Świderkównie (która jednak, mimo iż filolog,  nie była pracownikiem Instytutu Filologii Klasycznej, za co zresztą Bogu dziękowała; długa to historia…) W Instytucie, z ręką na sercu mogę powiedzieć, najwięcej zawdzięczam panu Mańkowskiemu.

O Marcinie będzie trochę mniej, chociażby dlatego, że jest młodszy 😉 Zacząłem go uczyć w warszawskim kolegium dominikanów w 2003 roku. Przez pół roku greka dla braci była obowiązkowa, na drugim roku można ją było wybrać jako jeden z lektoratów. Z tego rocznika kilku zapaleńców się znalazło, Marcin między nimi – i to najzdolniejszy, i najbardziej pracowity, a jednocześnie najbardziej cichy. W pewnym sensie, podobnie jak pan Mańkowski, pozostawał w cieniu. Jeszcze jedną cechę z nim dzielił: tę niesłychaną, żywiołową radość z odkrywania czegoś. Przed zakonem, Marcin był farmaceutą, i, jak sugerował o. Andrzej, rektor warszawskiego kolegium, z tego względu był niesamowicie dokładny i sumienny. Pamiętam okrzyk Marcina, kiedy podawałem wśród wyjątków deklinacji III hepas, wątroba: No tak, przecież heparyna…! Cieszyła mnie ta zdolność do skojarzeń, niebywale ułatwiająca naukę greki. Po półtora roku nauki Marcin zasugerował, żeby zorganizować „wakacyjny obóz naukowy grecki”, bracia się zgodzili, i tak we wrześniu 2004 czytaliśmy Septuagintę, oglądaliśmy wazy i rozmawialiśmy o literaturze greckiej. To wtedy właśnie, na moją prośbę, pan Mańkowski mówił im o Homerze – i wiem z rozmów, że niektórzy z nich do tej pory żywo pamiętają to wydarzenie.

Swoją pracę magisterską Marcin pisał o św. Maksymie Wyznawcy. Prosił mnie o sprawdzenie i ew. poprawienie tłumaczenia greckiego tekstu, z którym sobie świetnie poradził. Ta praca, z tego, co mi wiadomo, zdobyła specjalne wyróżnienie rektora PAT.

Po święceniach, Marcin trafił do Monachium, jako duszpasterz. Wiem, że było mu, z różnych przyczyn, trudno. Teraz jest w szwajcarskim Fryburgu, i przygotowuje się do doktoratu. Myśli o Orygenesie. Jestem pewien, że będzie to doskonała praca.

Jeszcze jedno wspomnienie o Marcinie: w trakcie owego obozu naukowego byliśmy u św. Marcina na Piwnej na Akatyście, w święto Matki Bożej Pocieszenia. Po liturgii, siostry zaprosiły nas na poczęstunek; mnóstwo ciasta tam było, więc siostry zaproponowały, żeby bracia wzięli trochę ze sobą. Marcin zajął się sumiennie za pakowanie w serwetki, a ówczesna przełożona klasztoru na Piwnej z zachwytem zawołała: Ach, to pewnie ekonom klasztoru, tak dokładnie to robi!

Napisałem o panu Jerzym i o Marcinie – ja stoję między nimi. Widzę siebie tylko jako prosty przekaźnik: to, czego dowiedziałem się od pana Mańkowskiego, przekazałem, najlepiej jak umiałem, Marcinowi, który teraz idzie z tym dalej. Można powiedzieć, że gdyby nie pan Mańkowski, Marcin nie pisałby pracy o Maksymie, nie przymierzał się do Orygenesa. Nie byłoby tego łańcucha, w którym jestem najmniej znaczącym ogniwem.

Jestem doliną między dwiema górami.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.