Dwa tygodnie

Radość 10-letniego chłopca z zespołem alkoholowym, głuchoniemego i upośledzonego umysłowo. Mieszka w domu pomocy społecznej, w którym latem niewiele się dzieje. W pokoju dwa łóżka, zamknięta na klucz szafa, zakratowane okno bez firanki i zasłonek. Gołe ściany. Żadnych zabawek. Bardziej upośledzeni i czasem agresywni wychowankowie niszczą je natychmiast. Na dworze żar leje się z nieba. Chłopcy przesiadują godzinami w pokojach.

Od czasu do czasu pewna rodzina zabiera chłopca na weekend do domu na wsi. Ma tam swoje zabawki i książki. Łóżko i miejsce przy stole. Także swoje obowiązki. Ostrożnie pomaga nakrywać do stołu, a po posiłkach odnosi naczynia do kuchni. Lubi „gotować”. Miesza z gospodynią w garnkach, podaje warzywa, nawet sam kroi kapustę na bigos. Wykrzykuje przy tym na całe gardło. Podobnie jak podczas jazdy samochodem. Krzywi się, kiedy czuje, że silnik przestaje pracować, a krajobraz za oknem już się nie przesuwa do tyłu. Nie wysiądzie, dopóki auto nie wjedzie do garażu. Wtedy bez protestu odpina pasy.

Ruch chyba lubi najbardziej. Wędrując z pielgrzymką na Jasną Górę, zaczyna popłakiwać zawsze wtedy, gdy kolumna przystaje na odpoczynek. Przechodząc przez wsie i miasteczka, pozdrawia ręką ich mieszkańców, nawet gdy nie widzi ich przy drodze czy w oknach. Wieczorem, ułożony na karimacie w szkolnej sali gimnastycznej, pośród kilkudziesięciu kobiet, wyśpiewuje sobie jakąś historię.

Jego radość, gdy na korytarzu w domu pomocy społecznej widzi kobietę, która za chwilę zabierze go do „domu”. Okrzyki i podskoki. Radość czysta.

 

Smutek niespełna 60-letniej kobiety. Samotna, nie założyła rodziny. W ubiegłym roku straciła trzy najbliższe sobie osoby. Starsza siostra zginęła w wypadku samochodowym, dwa miesiące po śmierci cioci i zarazem matki chrzestnej. Starszy brat zmarł nagle parę miesięcy później. Z licznej niegdyś rodziny w mieście Cz. została tylko ona. Teraz jest seniorką rodu. Maleńkiego, bo z bliskich krewnych ma jeszcze tylko dwóch kuzynów. I sześć osób w pokoleniu niżej. Wszyscy żyją własnymi swoimi sprawami i kłopotami, mają swoje obowiązki. Kobieta cierpiąca na poważną otyłość z trudem wdrapuje się do maleńkiej garsoniery na 4 piętrze. Za oknem na przelotowej trasie szaleją motocykliści, z nieustannym warkotem suną tiry. Nawet w nocy nie ma spokoju. Sen coraz krótszy, dwie godziny, półtorej. Czarne myśli najpierw krążą nad głową, a potem spadają kamieniem na serce i duszę. Kobieta mówi, że czuje się jak piąte koło u wozu. Że nikomu niepotrzebna. Że zmarnowała życie. Podejmowała złe decyzje. Nie opłakała swoich zmarłych. Czasem tylko głos jej zadrży ze wzruszenia, gdy wspomni dobre, nie tak odległe czasy. Boi się potwornie: wracać wieczorem do domu, załatwiać sprawy w urzędzie, rozmawiać otwarcie o swoich uczuciach i rodzinnych sekretach, decydować o czymkolwiek. Szuka rady i jednocześnie ją odrzuca. Chce pociechy i rozpamiętuje się w żalu i rozpaczy. Jej głos brzmi jakby ważył tonę – i ciągnie ją w jakąś czarną otchłań.

Smutek tej kobiety, gdy mówi: ty masz męża, dzieci, a ja nikogo, kto by mnie przytulił.

 

Ból młodego mężczyzny. Cztery lata temu z jego twarzy biło szczęście. Zakochany, dopiero co po ślubie. Kocha muzykę. Gra. Od pewnego czasu robi skrzypce. Podobno najlepsze są skrzypce z jaworowego drewna. Przywozi je do pracowni od górali. Gdy pracuje nad skrzypcami, zapomina o całym świecie. Czasem nawet o żonie i maleńkim synku, którego kocha nad życie. W Wielkim Tygodniu żona nagle odmawia wspólnego wyjazdu na święta do jego rodziców, zabiera dziecko i wraca do swojej rodziny. Zaczyna prowadzić dziennik, w którym notuje wszystkie „winy” męża. On jedzie za nią, pada na kolana, przeprasza, błaga, by wróciła, obiecuje naprawić błędy. Bezskutecznie. Żona przysyła pozew rozwodowy. Jakiś czas później mężczyzna po kilkugodzinnej podróży stoi przed zatrzaśniętymi drzwiami, zza których słychać: Dziecko nie może się z tobą zobaczyć, ma na dziś inne plany. W tle rozpaczliwy wrzask chłopczyka, który chce do taty.

Ból tego mężczyzny w jego nieobecnym wzroku.

 

Samotność starej matki. Jedyny syn od lat daleko za granicą. Wnuki nie umieją po polsku. Z powodu wieku i chorób nie radzi sobie z samodzielnym życiem. Od pary miesięcy mieszka w domu „spokojnej” starości. Ze smutkiem w głosie mówi, że spokój to ostatnia rzecz w takim miejscu. Co i rusz kogoś dopada zawał, wylew albo śmierć. Są tu chore z alzheimerem, daleko posuniętą miażdżycą, starczymi zaburzeniami psychicznymi. Jedna z pensjonariuszek w nocy zdziera z pani R. ubranie, kradnie, co wpadnie jej w ręce. To pewnie dlatego pokój kobiety w domu spokojnej starości przypomina pokój chłopca z domu opieki społecznej: tu też są gołe ściany, łóżka i szafa. I zakratowane okno. Tylko jedno różni te dwa miejsca: w pokojach kobiet stoją nieustannie włączone telewizory. Ale i tak nie ma tu co robić. Nogi nie pozwalają zejść po schodach na balkon, wzrok poczytać, słuch posłuchać muzyki czy powieści. Dni i noce ciągną się niemożliwie. Nie można nawet westchnąć do krzyża czy świętego obrazu, popatrzeć na fotografie najbliższych. Kiedy pani R. dostaje w prezencie jasiek przyobleczony w poszewkę z nadrukowanymi podobiznami syna i wnuków, natychmiast biegnie do sąsiadek, by się nim pochwalić. Odwiedzających prosi: opowiedzcie coś jeszcze, opowiedzcie.

Stara kobieta żałuje, że nie mogła urodzić więcej dzieci.

 

Wspaniałomyślność dziecka. Kilkuletnia dziewczynka chwali się znajomej pani odpustowym pierścionkiem. Wyciąga rączkę, pokazuje i bada reakcję kobiety. Jej młodsza siostrzyczka i koleżanki mają podobne pierścionki na malutkich paluszkach. Widać zalążki kobiecości w tych małych istotach. I nagle słychać skierowaną do kobiety propozycję: „Mozes sobie pozycyć ten pierścionek”. Na buzi czysta radość, bo pierścionkiem można się podzielić. Można go komuś „pozycyć”.

 

Płacz mężczyzny. Japoński dyplomata, teraz mieszka w Rzymie. Cztery lata temu przyjął chrzest, może pod wpływem żony, włoskiej katoliczki i dzięki kontaktom z polskimi oblatami w Aszchabadzie, gdzie przebywał na placówce ONZ. Najgorzej wspomina dwa lata pracy w Moskwie za rządów Putina. Dobrobyt jednych i nędza drugich oraz niewyobrażalna wręcz demoralizacja wszystkich, że z Rosji niemal uciekł. Polskę widzi z bliska po raz pierwszy w życiu. Chce pojechać do Auschwitz-Birkenau.

Przy krematorium płacze.

 

***

Tyle ludzkich spraw. A minęły zaledwie dwa tygodnie.

 

 

 

 

 

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także