Dziedzictwo

W osobliwym przyszło żyć momencie. Jestem tu od niedawna i dziwię się tym bardziej. Marny ze mnie obserwator. Jaką też mam perspektywę przemijania rzeczy pierwszych? „Osobliwy to moment” −  myśl ta tkwi we mnie, choć właściwie to ja w niej tkwię. Jak pestka w miąższu.

Nadal jesteśmy coraz bliżej wielorakich prawd, więc poszerzamy zasięg grzechu, zstępujemy z nim w głąb życia, doskonalimy go i stabilizujemy. W pochodzie nauk idziemy naprzód, defilując jednak ciągle na tym samym placu. Jeśli wierzyć naturze, prawa okazują się twórczo niezmienne. Gdy jej zaprzeczyć − kręcimy się wokół własnej osi, migotliwi i przekonani o swoim dalekosiężnym ruchu. Jestem dosyć przerażony. Moja powaga jest śmieszna. A śmieszność zupełnie poważna.

Nie stawiam żadnych diagnoz. A to, co jest moim trzeźwym osądem, będzie uznane za syndrom zniewolenia albo pokoleniowe obsesje.

Jestem dosyć staroświecki. Choć wcale nie zamierzałem być. Stałem się staroświecki. Z przekory, z Bożej łaski. Z upływem kilkudziesięciu lat życia. Wtórnie staroświecki. Zgodnie ze sobą i bez względu na siebie. Nie umiem i nie chcę być inny.

Jeśli się nie ugnę, to dlatego właśnie, że mam sztywny kark. Będę sztywny, kaleki. Choć kalectwo nie jest dziedziczne, jestem jego dziedzicem. Jestem staroświecki.

„Jeden, święty, powszechny, apostolski Kościół” − powtarzałem ze wszystkimi. Z przekonaniem i zupełnym zrozumieniem. Włączając się w zbawczą rutynę powracających niedziel. Żarliwie, to znowu beznamiętnie. Rosłem i powtarzałem. Niby ciągle coś innego, ale to samo. Słowo w słowo. Poza nudą i znużeniem. W zmiennych okolicznościach, w różnym natężeniu poczucia wiary. I jeżeli znów do tych słów się dołączam, znaczy, że je rozumiem, że nie przestałem rozumieć. Mogę je wytłumaczyć, tylko wypowiadając je po raz kolejny.

W osobliwym przyszło żyć czasie. Coraz większa jest wiedza i coraz krótsza pamięć. Wiara głębsza i mniejsza niż kiedykolwiek. Im powszechniejsza, tym mocniej odrzucana. Pojawiająca się na skraju wyczerpania możliwości świata.

Kropla drąży skałę. Modlę się słowami wytartymi od powtarzania. Jak kamienie u wejścia świątyni wytarte są modlitwy, które odmawiam. Jak czysty i mądry jest rytualizm, bez którego przestaje istnieć bliskość Boga osobowego. Moje słowa nie należą do mnie, lecz do Kościoła. Drążą doczesność i może przemówią przed Bożym majestatem. Modlę się, by przemówiły.

Co to jest majestat Boga?

Szereg lat miałem przekonanie, że nigdy nie ucałuję Piotrowego pierścienia. Śmiałem się z feudalnych zwyczajów, skamieniałych gestów. Kto kazał mi hierarchiczność traktować jako fasadę? Godność sprowadzać do funkcji, bez świadomości, że funkcja jest godnością? Kim byłby Sługa Sług Bożych, gdyby porzucił swój tytuł w imię tego tytułu?

Ucałowanie pierścienia. Nie muszę go ucałować. Nie muszę też Boga nazywać Panem. Dawnego suwerena nad suwerenami zastąpiono innymi obrazami. Przyjazny i poufały, niemiłosiernie dobry i otwarty na nasze zwątpienie w Niego. Przez upadłą wyobraźnię ledwie przeświecają treści wiary.

Byłem w Wiślicy, mieścinie. W podziemiach, w katakumbach za Bazyliką Narodzenia Najświętszej Maryi Panny jest stary kościół, ruiny zanurzone w  przeszłości. Dwunasty wiek. Na części posadzki postaci wznoszące głowy i ręce ku Panu Zastępów. Płyta Orantów. Ich nieruchome, lecz pełne żarliwości gesty. Ciągle żywe przejęcie.

Na modlitwie, podczas mszy, wyciągamy ręce, nie wykonując żadnego gestu. Nie klękamy zanadto, bo klękać mają nasze słowa. Na znak wiary patrzymy, stoimy. Chwalebnie recytujemy śpiewy. I śpiewamy, jak nam zagrają. Z mocnym postanowieniem uczestnictwa we mszy. W liturgii z nagłośnieniem, w ogólnie pojętym obrządku. Bierzemy udział bez udziału. Nieruchomo oddajemy hołd. Chociaż hołdów już nie ma. Należą do złych obyczajów historii.

Boże, pozwól nam uklęknąć. Ukłonić się, przeżegnać i odżegnać się od tego, co nie jest Twoje. Niech nasza wiara nabierze przekonania, z jakim należy nam się poruszać. Pozwól nam tańczyć przed Twoim obliczem i być kulawymi, uczyń nasze twarze jak głaz, ale pozwól wznieść oczy ku górze.

Jeśli będą nam odbierać prawo do oddania czci, jeżeli nawet swoi nazwą mnie faryzeuszem, grobem pobielanym, niech przyjmę to za chlubę. Jestem staroświecki. A to znaczy: nowy i na wskroś dzisiejszy. Bo poza Kościołem nie ma chwili obecnej. Poza tradycją − żywotności.

W dziwnych, w dziwacznych czasach przyszło żyć. Mój pesymizm jest pełen radości. A radość ciąży mi niezmiernie. Mam sztywny kark. Dziedziczne kalectwo. Słodkie brzemię.

Niczego nie przewiduję. Uwikłany we własny życiorys. Wywiedziony ze strzępków historii. Świat pozbawiony jest syntezy. Słychać go zewsząd naraz. Jego obraz mam w oczach. We fragmentach. Jak w zwierciadle.

Jeśli nie oddamy Bogu, co Boskie − jeśli nie oddamy Mu siebie, na nic nasza wiara w Boga. Jeśli stracimy wiarę − na nic nasza niewiara.

Oblicza orantów z płyty wiślickiej. Jak brzmienie chorału w zamkniętym graduale.

Apostolski Kościół. Jeden, święty, powszechny. Na jego wargach niekończące się, melizmatyczne „Amen”.

Panem jest Bóg. Bóg jest Panem.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.