Dzień dobry, Kościele

      Utarło się w powszechnym mniemaniu, że młodzież bierzmowana podczas ceremonii woli się z Kościołem pożegnać niż przywitać. Katecheci narzekają, rodzice wzruszają ramionami, a rozliczeni z wypełnionego indeksu bierzmowani z jeszcze gorącym znamieniem daru Ducha Świętego – znikają.

„Czy nie dałoby się czegoś zrobić z tym bierzmowaniem mojego syna? Naprawdę nie moglibyśmy tego jakoś „załatwić”? Chodzi o chłopaka, który mówił w domu, że wychodzi do parafii na spotkanie przed bierzmowaniem, ale nie docierał na nie. Teraz zakłopotany ojciec stawia przed księdzem zwyczajnie głupią propozycję i w odpowiedzi słyszy: – Czy naprawdę chce pan zniszczyć swojego syna? Przecież to będzie zwykłe antyświadectwo. Chyba byłoby lepiej, żeby chłopak przystąpił do tego sakramentu w późniejszym terminie, niż miałby do końca życia w pamięci niehonorowe zachowanie własnego ojca. – Ja tego nie wezmę na swoje sumienie – mówi katecheta – a pan?”

Opisaną historię przeczytałam kiedyś w jakieś gazecie. I choć nie uczę w gimnazjum, tylko w liceum i nie muszę reagować na takie propozycje – długo o niej myślałam. Jak mają podchodzić do sakramentu bierzmowania rodzice, katecheci, w końcu sami kandydaci? Jak im wyjaśnić – po co, na co?  Rozmawialiśmy o tym dziś z uczniami, gdy przeprowadzałam katechezę przygotowującą na niedzielną Uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Szczerze przyznam – nie było łatwo. Zastanawiam się dlaczego.

Może dlatego, że nawet już po bierzmowaniu, ba, nawet z magisterium z teologii, nie sposób wyobrazić sobie do końca Ducha Świętego – strażnika duchowej, niewyobrażalnej wielkości Boga. Nie da się Go schwytać ani słowem, ani myślą, ani wyobraźnią, czasem trudno nawet modlitwą. Ze znanych mi widzialnych znaków Ducha  Świętego najbardziej odpowiadają mi trzy – wiatr, woda i ogień. Wiatr – święty Jan zapisał „Wieje tam gdzie chce”. Ducha Świętego nie można przywiązać w jednym miejscu. Jest tu i tam. Woda – Jezus stale mówił o źródle wody żywej.  Ogień – w dniu Zesłania Ducha Świętego opisanego na kartach Biblii, nad głowami Apostołów ukazały się języki ognia. Poprzez te znaki szukamy po omacku Boga, jak niewidomy, który dotyka przedmiotów, żeby się nie przewrócić. Wiatr przelatuje, jest powietrzem, które się śpieszy, nie widzimy go, ale widzimy kołyszące się od jego powiewu liście. Mocy wody też nie możemy zobaczyć, ale widzimy jak wszystko wokół dzięki niej żyje.  Gdy ksiądz kropi wiernych w kościele wodą święconą wszyscy od razu się uśmiechają, bo spadają na nich krople żywiołu, który odradza świat. Ogień wypala na proch, „idzie na całość”. Ale przynosi też ciepło, światło, dobro, miłość, poświęcenie bez końca – przypomina gościnność, spotkania przy kominkach. Ogień nigdy nie powie „dosyć”. Pokazuje, że Bogu nie można się oddać na 15%. Wiatr, Ogień, Woda – Duch.

Często powtarzam moim uczniom – licealistom – na katechezie, że Duch Święty i Jego dary, które otrzymali, czyli bierzmowanie, to nie jakieś czary-mary, albo katechetyczny kit, ale Boża pomoc w prowadzeniu życia na wzór Chrystusowego. Ręce biskupa nałożone im na głowę to taki „skrót” objęcia przyjacielskiego. To jest symbol łączności, jedności ale i posłania – zostałeś odpowiednio wyposażony, działaj. Jesteś nam potrzebny. Dostrzegaj, kochaj, świadcz.

Nawet kiedy moi już „wybierzmowani” licealiści milczą na lekcjach (albo gadają jak nakręceni o sobotniej imprezie na której nawet był spiritus ale raczej nie sanctus), nie pamiętają słów które chórem wypowiadali na liturgii udzielania sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej i nie czują wcale, że dostali kiedyś jakieś dary, myślę, że stać ich na to wszystko. Bo potrafią wiele dostrzegać, kochać, dawać świadectwo. Potrafią i chcą mówić o wielkich rzeczach i ważnych tematach. Zaliczają do nich także, choć nie zawsze i nie od razu, Pana Boga. Ciągle się zastanawiam jak pracować, by w nich to wszystko uaktywnić, uwolnić. Jak w nich i im po prostu – uwierzyć.

Lubię myśleć, że katecheta to dla uczniów trochę starszy chrześcijanin – brat w Chrystusie, który bierze za młodsze „rodzeństwo” odpowiedzialność. W pierwotnym Kościele to było jasne jak słońce. W dzisiejszych czasach takie jasne już nie jest. A bez tego katechizacja szkolna zamienia się  w obustronny „bój o przetrwanie”. Całkiem łatwo jest się w to uwikłać i mówię to z bolesnej autopsji. Jak w tej szarpaninie pokazać młodym, że Kościół to wspólnota, na którą również oni mają swym życiem wpływ, a nie Punkt Zaspokajania Potrzeb Religijnych, który w ofercie ma również bierzmowanie dostępne w zamian za wypełniony indeks? Jak prowadzić katechezę w szkole ponadgimnazjalnej, żeby obalić ten slogan, że  bierzmowanie w przypadku niektórych osób to nic innego, jak oficjalne pożegnanie z Kościołem i to jeszcze z udziałem biskupa?

Mimo że czasem pomagam przy bierzmowaniu i widzę zachowania, których wolałabym nigdy nie zobaczyć, a stuk wysokich obcasów jest przy biskupie głośniejszy niż „Amen”; mimo że odpytuję z katechizmu bierzmowanych i nieraz naprawdę łapię się za głowę, gdy słyszę odpowiedzi – chcę obalić ten slogan.

No bo w końcu – od czego my jesteśmy?

Jak bardzo źle by nie było, nie można mówić o młodych ludziach, że się z Kościołem żegnają, bo może oni się z nim nawet jeszcze nie zdążyli dobrze przywitać? Może trzeba ich nie tylko rozliczyć z katechizmu i naszego autografu, ale  im zwyczajnie – po chrześcijańsku, po bratersku – pomóc? Wysłuchać, pokazać, tłumaczyć? Jak? Użyć darów, które my, „dawno wybierzmowani” też mamy: mądrości, rady, męstwa. pobożności, umiejętności i tak dalej.  I to zaraz, teraz, póki czas.

Zabieram się do – trudnej, często niewdzięcznej, ale przecież zbawiennej – roboty.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Małgorzata Janiec

Małgorzata Janiec na Liturgia.pl

Teolog i dziennikarka. Na świecie obecna od ponad 30 lat. W szkole jako katechetka – 10 razy krócej. Na lekcjach pyta z pytającymi. Szuka z szukającymi. Wierzy z wierzącymi i wierzy w „niewierzących”. Modli się ze wszystkimi i za wszystkich. Do pracy ma pod górkę. A w pracy uczy siebie i innych, że do nieba idzie się zwyczajnie – pod górkę lub nie – po ziemi.