Dziennik jarosławski V

W czwartek braliśmy udział w Oficjum świętych Młodzianków w piecu ognistym (scs. Pieszcznoje diejstwo) zaśpiewane przez znany wszystkim uczestnikom i miłośnikom Festiwalu rosyjski zespół Sirin, wraz ze śpiewakami prawosławnego klasztoru w Supraślu i kantorami festiwalowymi. Było to doświadczenie powalające na oba kolana. A jednocześnie wyzwanie.

Kilka słów na temat „fabuły“ (tyle tylko można o niej powiedzieć). Wszyscy – w tym dwa liczne chóry diaków ubrane jeden na czarno, drugi na biało – procesyjnie wchodzą do kościoła, na środku którego stoi „piec“, czyli składająca się z połączonych płaszczyzn poligonalna (nie liczyłem) konstrukcja, na której wymalowano angelomorficzne postaci i kwiatowo-ogniowe ornamenty. Mamy trzech Młodzianków, ubranych w zgrzebne szaty z cierniowymi koronami na głowach i dwóch Chaldejczyków w czapkach i z wielkimi drewianianymi halabardami. Na końcu wnoszona jest ikona, która zostaje ustawiona przed piecem, nieco z prawej strony, zwrócona w stronę chórów, które stoją już za piecem. Ciągle trwa śpiew. W pewnym momencie następuje krótki dialog pomiędzy Chaldejczykami i Młodziankami, po którym ci pierwsi zaprowadzają tych drugich do „pieca“, zamykają ich w nim i zaczynają okrążać go krokiem strażniczym spotykając się na środku i wykonując kilka ruchów halabardami. Trwa śpiew dwudziestu dwóch części pieśni (zbudowanej, na tyle, na ile udało mi się zrozumieć, wokół kantyku z Dn 3), wykonywanych na przemian przez chóry diaków i młodzianków. Potem "Anioł Pański". Wreszcie, na wers "sprawił w piecu powiew chłodny i szumiący", z góry opuszcza się ikona anioła, na co Chaldejczycy wykonują dialog, kładą halabardy, zdejmują czapki i rytualnym gestem, powoli opadają na kolana. Trwa śpiew, najpierw sześciu części jednej pieśni, potem piętnastu innej, dalsze śpiewy. Chaldejczycy podnoszą się, kłaniają się przed hierarchą, proszą o pozwolenie na wypuszczenie Młodzianków z pieca, wyprowadzają ich po kolei i ustawiają przed jego frontową ścianą  (prawie każdemu z tych czynności towarzyszy ucałowanie ikony i znak krzyża). Potem śpiew. Czytanie fotagogikonu. Wielka doksologia. Śpiew. Śpiew ewangelii (o posyłaniu jak owce między wilki). Śpiew. Śpiew. Śpiew…. Wszycy procesyjnie wychodzą z kościoła. Trwa to trzy godziny.

Nie jestem w stanie dokładnie opisać liturgicznego zakotwiczenia tego monumentalnego dramatu. Wiem, że był on odgrywany tylko w wielkich miastach, w kościołach katedralnych i to tylko do połowy XVII w. (jarosławski koncert – jeśli można to w ogóle tak nazwać – był jednym z pierwszych jego wykonań od tamtego czasu) jako część (!) całonocnego czuwania przed Bożym Narodzeniem. Nie było szansy dopytać śpiewaków o szczegóły, ponieważ musieli wcześnie rano wyjechać i w związku z tym następnego dnia nie odbyło się zwyczajowe seminarium z ich udziałem. W każdym razie dramat w niezwykły sposób łączył potężną hieratyczność z oszczędnością formy (sam ruch sceniczny w sensie czasowym stanowił ułamek owych trzech godzin), czego efektem było – myślę, że nie przesadzam – osadzenie widza w innym świecie, albo może raczej na granicy światów, w przestrzeni, w której człowiek spotyka się z działaniem Boga, które dla niegodziwca jest niszczącą kratofanią, zaś dla sprawiedliwego wybawieniem z opresji, orzeźwiającym powiewem.

Wspomniałem, że było to wyzwanie. Wcześniej planowałem dodać: dla człowieka Zachodu. Ale po rozmowie z poznaną później Rosjanką, muszę to zrewidować – twierdziła ona, że w Rosji w ogóle by tego nie wystawili, nikt by tam tego nie wytrzymał. I z pewnego punktu widzenia można to zrozumieć. Nikt kto nie byłby w stanie wyzwolić się z konsumenckiego podejścia do muzyki nie dałby rady brać w tym udziału do końca. Niesłychana monotonia. Ikoniczność formy. Uproszczenie ruchu scenicznego. Bogactwo ascezy (żeby sięgnąć po paradoks, który słusznie jest uprzywilejowaną formą języka religijnego). Nie wydaje mi się, żebym bardzo się mylił myśląc, że od muzyki oczekujemy przede wszystkim emocjonalnej przyjemności. Może to być przyjemność wielowymiarowa (tendencji do taniej popowej wesołości w ogóle nie biorę pod uwagę), ale jednak przyjemność. Ten „koncert“ nie był przyjemny. Wykraczał w ogóle poza atawistyczne kategorie przyjemne-przykre, jakkolwiek byłyby one uczłowieczone.

Zupełnie przypadkiem na początku koncertu wstałem z krzesła i stanąłem z boku, żeby lepiej widzieć. Już tam zostałem. Dzięki temu pomimo generalnego zmęczenia i niewyspania ani przez moment nie poczułem senności. Oszczędzone mi przez to zostało doświadczenie dystansu. Stopy i kręgosłup są nie moje, ale było warto.

Jeszcze jedno trzeba powiedzieć. Sirin i towarzysze śpiewali absolutnie perfekcyjnie. Miłośnik monodii mógł pić do sytości. Polifonii jeszcze więcej, choć to akurat polifonia specyficzna. Tak czy inaczej był to śpiew doskonały.

Ten wieczór był emblematyczny dla charakteru festiwalu. Po oficjum zaczęliśmy biesiadować. Grała Kapela Brodów, kilku członków Sirinu śpiewało. Wieczór uczt.

Rozpisałem się, a przecież mam jescze do opowiedzenia cały dzień.

Rano odprowadziliśmy na pociąg Piotrka Kaznowskiego. Bardzo się cieszę, że był, i że został dłużej niż miał pierwotnie w planie. Mieliśmy możliwość podyskutować. Zawdzięczam mu kilka bardzo ciekawych spostrzeżeń. Jedno szczególnie jest dla mnie ważne, a myślę też, że ma niebanalne znaczenie w ogóle. Chorał dominikański, tak jak jest on śpiewany w czasie tutejszych celebracji, jest śpiewem „wojennym“, energetyzującym, pełnym skanalizowanych emocji. Zaprzeczeniem jakiegokolwiek liturgicznego muzealnictwa. Aktualnie nie ma w Kościele polskim takiej muzyki (pytanie czy jest gdziekolwiek indziej). Trudno byłoby przecenić wartość duszpasterską wprowadzenia regularnych celebracji liturgii z zastosowaniem takiego śpiewu i uczenia go ludzi. Myślę, że szkodliwym mitem jest przekonanie, że miałoby to działanie odstraszające. Muzyka liturgiczna, jako muzyka rytualna, nie powinna dostosowywać się do psychiki odbiorców, jak to robi od dawna, ale generować sytuację, w której jako psychofizyczne całości zostajemy podniesieni do pionu, dodawać nam sił. Jej celem nie jest danie konsumenckiej przyjemności. Daje przyjemność, nawet rozkosz, ale raczej jako efekt uboczny.

Gdyby tylko bracia zechcieli o tym na poważnie pomyśleć. Doświadczenie uczy, że to marzenie ściętej głowy, bo wszystko grzęźnie z jednej strony we wszechobecnym lęku, że to nie dla „współczesnego człowieka“, a z drugiej w jałowych sporach interpretacyjnych. Z trzeciej, w leżeniu na laurach, samozadowoleniu i obojętności. Być może ten gorzki wyrzut jest niesprawiedliwy, być może.

Chyba na tym skończę. Od kiedy stwierdziłem, że nie dam rady włączyć się w partie męskie przestałem chodzić na próby Ordo virtutum. Popołudnie minęło, a o koncercie Graindelavoix napiszę następnym razem, to znaczy, mam nadzieję, jeszcze dzisiaj przed wieczorem.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.