Ewangelizacja – szybki efekt?

Na wstępie zaznaczę, że prywatnie mam bardzo krytyczne podejście do tego, co się nazywa ewangelizacją, może dlatego że sam byłem w nią niegdyś „wkręcany”.

Zacznę od zaczepnego nieco pytania: w czym tkwi różnica między ewangelizującym katolikiem a świadkiem Jehowy? Skąd wiemy, że coś jest ewangelizacją lub nią nie jest?

ks. Jacek Stryczek (pomysłodawca Szlachetnej Paczki): Na wstępie zaznaczę, że prywatnie mam bardzo krytyczne podejście do tego, co się nazywa ewangelizacją, może dlatego że sam byłem w nią niegdyś "wkręcany". Ale zacznijmy faktycznie od świadków Jehowy – metodologia Świadków Jehowy jest bardzo przemyślana. Otóż, zarówno pukanie do drzwi, jak i bycie odrzuconym, dla nich samych jest potwierdzeniem tego, że świat jest zły (mówię o tym, jak są wewnętrznie formowani), że jest niewart tego, żeby go kochać. Im częściej Świadek Jehowy jest odrzucany, tym bardziej ma poczucie, że powinien być w grupie, która go kocha. I oczywiście, tym bardziej nastawiony jest na sekciarskie relacje. Po drugie wiadomo, że gdy Świadek Jehowy puka do tych samych drzwi w ciągu – powiedzmy – 20 lat, każdemu się zdarza, że miewa okres kryzysu w swoim życiu. I szczególnie w społeczeństwie zatomizowanym czy gdy mamy np. problemy w rodzinie i znikąd nie ma pomocy, nagle pojawia się człowiek, który puka i mówi: Ja ci pomogę. Ta forma jest nastawiona na wyławianie ludzi w sytuacji kryzysowej, dlatego Świadkowie robią to mozolnie. Osoba w sytuacji kryzysowej jest bezbronna, pomoc w jej oczach wtedy jest bardziej wartościowa i człowiek przestaje bronić się przed komunikacją. Jesteśmy wówczas bardziej podatni na indoktrynację. Jest to przemyślany system i metodologia, która sprawia, że ta organizacja wciąż się rozwija.

Jeśli zaś chodzi o samą ewangelizację – pojawia się problem: w Polsce znamy ją jedynie w wydaniu protestanckim. Wyszła ona z ruchu charyzmatycznego, protestanckiego. Nawet ruch oazowy bazował na czterech prawach duchowego życia Ruchu Agape – ruchu o proweniencji protestanckiej. W Polsce przyjęliśmy bezkrytycznie, że ewangelizacja polega na tym, żeby ludzi zahaczać na ulicy i w różnych, niespodziewanych sytuacjach mówić im, że Bóg ich kocha. Robiłem to wszystko: zaczepiałem ludzi na ulicy, w akademikach, ewangelizowałem nawet na plaży, zaczepiając jakieś niewinne osoby. Część z nich była zaskoczona, część była zażenowana, część odpowiadała na „tak“, ale wiadomo, że to była presja, część skorzystała z tej okazji – byli jak gdyby robotnikami ostatniej godziny, więc cieszyli się, że ktoś ich wreszcie o to poprosił. A jednak ja nie znalazłem niczego takiego w Ewangelii – nie ma takiego modelu ewangelizacji. Początki ewangelizacji dla Jezusa to są Jego uzdrowienia. Pierwsze uzdrowienie teściowej w Kafarnaum wyglądało tak, że nie tylko przyniesiono Mu wielu chorych, ale i dużo ludzi przyszło. W momencie, w którym tłum był nastawiony na uzdrowienie, Jezus uciekał do innych miejscowości, ale z czasem, gdy ludzie za nim przychodzili – nauczał ich. I właściwie ta ewangeliczna ewangelizacja pierwszych chrześcijan bardziej polegała na tym, że otwieram się na drugiego człowieka takiego, jakim on jest – jestem gotowy, żeby mu pomóc. To daje większą szansę, że ktoś zapyta: „kim jesteś i dlaczego tak robisz?“, niż narzucanie komuś naszych poglądów.

Czy WIOSNA i Szlachetna Paczka to wynik tych właśnie przemyśleń, intuicji?

Gdy powstawała WIOSNA, zanim nazywała się WIO (Wspólnotą Indywidualności Otwartych), nosiła nazwę Szkoła Nowej Ewangelizacji (w skrócie WIOSNE). Ale okazało się, że gdy tych kilkadziesiąt osób zaangażowanych w środowisko próbowało ewangelizować kolegów w swoich miejscach pracy, spotykało się to raczej z niepokojem, blokadą – nie działało. Wtedy dopowiedzieliśmy sobie to wszyscy do końca – musiałem to wprost wyrazić, że jest to po prostu głupi pomysł. Wtedy padła idea Szkoły Nowej Aranżacji: „Zaangażujmy się społecznie, pokażmy, że potrafimy zrobić coś dobrego i to w zgodzie z ideałami ewangelicznymi“. I faktycznie Szlachetna Paczka zbudowana jest na przykazaniu miłości wzajemnej, czyli nowym, najważniejszym przykazaniu chrześcijan, wielu ludzi się w nią włącza, ponieważ ideały ewangeliczne są doskonałe. Jeśli ktoś chce, może odkryć, że Szlachetną Paczką zarządza ksiądz, że akcja kieruje się ewangelicznym przesłaniem. I to ciekawe, że brak indoktrynacji powoduje otwarcie ludzi na inicjatywę, chłonność w przyjmowaniu informacji o chrześcijańskich ideałach jest dużo większa. To jest moje wielkie odkrycie. Odtąd sprzeciwiam się innym, protestanckim akcjom ewangelizacyjnym – w sposób nachalny mówiącym o miłości Boga do człowieka.

Również wolę, kiedy działania społeczne o korzeniu chrześcijańskim dzieją się „mimo chodem“. Jednak gdyby zapytać biorących udział w Paczce, czy jest to akcja ewangelizacyjna, odpowiedź nie musiałaby być jednoznaczna.

Darczyńca dostarcza prezent potrzebującej rodzinie, zakańcza swą rolę i wciąż nie ma pojęcia, że mogło to mieć związek z osobą Jezusa Chrystusa. Czy zawsze tak musi być?

Ale dlaczego to ma być jasne, czemu potrzebujemy etykietek? Wielokrotnie spotkałem się z opinią, że coś jest katolickie, więc musi być dobre – ale dobre nie było. I nie mogę się z tym pogodzić. Jeśli robię coś w imię Jezusa – robię to najlepiej, jak potrafię, profesjonalnie. Z drugiej strony chrześcijaństwo jest religią wtajemniczenia, a nie narzucania swojego poglądu. Dobrze, jeśli ktoś odkryje stopniowo prawdę, nie uznaję natomiast zasady, że wszystko, co chrześcijańskie, musi być dobre. Z tej przyczyny, osobiście uważam, że plany ewangelizacyjne końca tysiąclecia w dużej mierze nie powiodły się. Stworzono zewnętrzne akcje etykietkowane jako chrześcijańskie, ale…

Zastanówmy się, jaka jest największa siła oddziaływania ewangelizacji? To człowiek, który żyje Ewangelią i jest kimś wspaniałym. To że nauczymy ludzi technik (mnie uczono kiedyś czterech praw duchowego życia, w których osiągnąłem perfekcję), to niewiele znaczy. Jeśli w rozlicznych sytuacjach będę wykorzystywał naukę płynącą z Ewangelii, ludzie w końcu zapytają „jak to się dzieje, że tak żyjesz?“. I dowiedzą się, że mam to wszystko z powodu modlitwy i łączności z Jezusem. Natomiast jeśli napiszę sobie na czole, że jestem w łączności z Jezusem, a sam będę beznadziejny, ludzie się rozczarują.

Jak najbardziej zgodzę się z tym, choć bliska jest mi też idea zupełnie naturalnego wprowadzania Boga w codzienność. Chociażby poprzez znaki krzyża czynione przed kościołem czy ten sam znak przed posiłkiem, który jem w miejscu publicznym.

Tak, to o czym teraz mówisz sprzeciwia się francuskiej koncepcji, jakoby życie religijne człowieka miało być życiem prywatnie i głęboko ukrytym. Dużo czasu spędziłem w Stanach, gdzie nie ma problemów z przyznaniem się, że jest się człowiekem wierzącym. To jest druga skrajność: nie ukrywam, że jestem księdzem, ale też nie uważam, żebym tylko dlatego, że nim jestem, miał być uznawany za mądrzejszego od reszty. Wręcz przeciwnie – trzeba mnie sprawdzać po owocach. Myślę, że w głównym nurcie ewangelizacyjnym za mało jest rozumienia, kim Ty jesteś – że sam jesteś owocem nauczania Chrystusa. Przede wszystkim Ty sam bądź wspaniałym człowiekiem – nie będzie wtedy lepszego świadectwa dla siły ewangelii. Uważam, że do tej pory zbyt wiele akcji przybrało charakter protestancki. Choć, oczywiście, od 1968 roku, kiedy Kościół katolicki zetknął się z protestanckim to, co było korzystne, to ożywienie. Ale jak to się ma do misji św. Franciszka, który idąc przez miasto, krzyczał: „Miłość nie jest kochana“, a ludzie rzucali w niego kamieniami, i nie miał żadnej potrzeby nawracania kogokolwiek? To, jak żył, dla ludzi było czymś niesamowitym, dlatego za nim szli. W protestanckim podejściu jest niecierpliwość, żeby od razu mieć owoce, ale jeśli ziarno wpada w ziemię – musi obumrzeć.

Jaką wskazówkę dałby ksiądz inicjatorom akcji Misja Warszawy, z powodu której dziś rozmawiamy o wyzwaniach stojących przez ewangelizacją dużych miast?

Trzeba uważać, by za dużo nie koncentrować się na tym, że chcemy działać, a za mało na tym, czego ludzie potrzebują. Dobra nowina jest dobrą nowiną, ponieważ jeśli komuś czegoś brakuje, to ja mówię: ja to coś mam. I chyba o to właśnie chodzi; nie należy narzucać nikomu tego, czego nie potrzebuje. Dopiero gdy zrozumie się ludzkie potrzeby – to ma sens. Warszawa – ogromne miasto – faktycznie jest nieco dziwnym miejscem, przez szalony pęd i to, że jeśli nie zbudujesz tam sobie grona przyjaciół, czujesz się bardzo wyobcowany. Ale nawet z takiej sytuacji da się wyjść na prostą. Osobiście odkryłem dzięki Ewangelii, że ludzie, którzy dużo pracują również mają potrzebę pomagania innym, ale chcą robić to w takim samym standardzie, w jakim pracują na codzień, czyli w wysokiej jakości. I w Szlachetną Paczkę wpisana jest jakość: dobra informacja, dobra komunikacja (wszystko w takich standardach, jakie zna nasza grupa docelowa). Wiele ewangelizacji przypomina opis z Nowego Testamentu, gdy Jezus rozmnażał chleb. Kiedy czynił to, był za Nim tłum, ale gdy próbował ludzi ewangelizować, mówili: daj nam więcej chleba, a zrobimy Cię królem. Nastawienie na szybki efekt, a przecież chodzi o to, by ziarno padło głęboko. Jeśli człowiek faktycznie się zmieni – już nie trzeba będzie go pilnować w tej zmianie, będzie nawrócony i sam będzie szukał dróg dojścia do Boga. Będzie wówczas dawał, a nie tylko brał. Wtedy z jednej osoby powstaną cztery kolejne, samodzielne i dojrzałe.

Małgorzata Gadomska dla Misji Warszawy.

 

Zobacz także