Ewolucja czyli czy nie stać nas na sprzeczność(?)

Wyszedł nowy numer „Frondy”, tym razem o darwinizmie. Nie miałem go w rękach, ale na stronie „F” można przeczytać wywiad z o. Michałem Chaberkiem OP – jeśli dobrze rozumiem, jednym z współredaktorów tomu. 

Jako katolika i jednocześnie adepta dyscypliny naukowej, w której narodzinach ewolucjoniści odegrali kluczową rolę, temat mnie żywo interesuje. Przeczytałem więc wywiad i… muszę powiedzieć, że w kilku miejscach dość mocno się z o. Michałem nie zgadzam. Mam nadzieję, że się nie obrazi tym porównaniem, ale czasami czułem się jakbym czytał broszurę ostrzegającą katolików przed niebezpieczeństwami okultyzmu. Może to kwestia ograniczeń, jakie narzuca forma wywiadu, nie wiem, w każdym razie zabrakło mi tam wielu rzeczy, a inne z kolei zostały przedstawiony zbyt jednostronnie.

Muszę na wstępie wyznać, że ja sam nie jestem w żadnym wypadku biologiem, a z ewolucjonizmem mam do czynienia o tyle, o ile zostałem naukowo wychowany na opartych na jego założeniach adaptacyjnych teoriach kultury (które z kolei, jak słyszałem, wywołują spore wątpliwości u biologów). Jednak czując się częścią świata nauki mam wrażenie, że niektóre sformułowania o. Michała wynikają z mylnego jej pojmowania oraz z konfrontowania z wiarą raczej jakiegoś obrazu nauki, albo co gorsza, jej ideologicznych uprzedmiotowień niż jej samej. Faktem jest, że często winę za możliwe powstanie takich presupozycyjnych obrazów ponoszą sami naukowcy, ale wydaje mi się, że wówczas należy raczej krytykować przekraczanie przez nich kompetencji, a nie same ustalenia, wyniki badań, paradygmaty itd. 

Ale do rzeczy. Na pytanie, jak chrześcijanin a się odnosić do koncepcji Darwina o „pochodzeniu człowieka od małpy”, o. Michał odpowiada, że współcześni ewolucjoniści używają wybiegu słownego, mówiąc nie wprost o „małpie“ ale o „wspólnym przodku“. Nie jest dla mnie jasne, dlaczego uważać mówienie o „wspólnym przodku“ za wybieg, tak jakby główną motywacją używania tego terminu była chęć uniknięcia tej nieszczęsnej małpy. Na ile orientuję się w aktualnie funkcjonujących teoriach, to rzeczywiście mówią one o tym, że ludzie i małpy pochodzą od wspólnego przodka, tzn. jakiegoś gatunku istot, która nie była ani małpą ani proteroantropem, ale posiadała cechy, które ze względu na różnicowanie się środowiska naturalnego i przyjmowanie przez różne grupy różnych strategii adaptacyjnych, różnie też się rozwijały/zanikały. Moim zdaniem jeżeli na ten moment w obrębie biologii ewolucyjnej większość badaczy na podstawie swoich dociekań podziela teorię wspólnego przodka (jak znam życie, to sprawa nie jest taka prosta, a różnice w ujęciach szczegółowych ogromne, ale powiedzmy), to określenie to jest po prostu adekwatnym terminem naukowym, a nie wybiegiem. A jeszcze lepiej byłoby powiedzieć, że jest to termin (metafora) najlepiej oddająca aktualny stan badań, na który składa się całe mnóstwo szczegółowych hipotez. To ostatnie słowo jest tu bardzo ważne – w gruncie rzeczy mamy tu do czynienia praktycznie wyłącznie z hipotezami, których wartość wyjaśniająca zależy od tego, na ile obejmują całość dostępnego materiału empirycznego.

Dalej, o. Michał mówi: „Chrześcijanin musi przede wszystkim szukać prawdy. Czasami wierność prawdzie oznacza sprzeciw wobec większości, czasami prawda jest kosztowna. Prawda może na przykład wymagać poszukiwania argumentów i dowodów, co nie jest łatwym zajęciem, zwłaszcza, gdy większość środowiska naukowego popiera pogląd ewolucyjny. Niemniej, stopień rozpowszechnienia jakiejś idei nie jest jednoznacznie skorelowany ze stopniem jej prawdziwości. Innymi słowy może się okazać (i nie raz się okazywało), że pogląd powszechnie akceptowany bywał zupełnie błędny“.

Tak, co do litery i jako teoria to pełna zgoda, ale… Nie podoba mi się, albo lepiej: jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe, dlaczego w taki sposób ustawiać naszą (tj. chrześcijan) relację do świata nauki, w którym owszem, paradygmat ewolucjonistyczny dominuje. Przecież sama sytuacja pytania o prawdę nie każe nam z założenia stawiać się w opozycji do powszechnie przyjmowanego poglądu. Jest czymś oczywistym, że zdanie większości nie stanowi prawdy tylko dlatego, że jest zdaniem większości. Ale z drugiej strony w przypadku problemu powstania i rozwoju życia biologicznego nie mamy do czynienia wyłącznie z arbitralnymi poglądami jakichś frakcji, tylko z paradygmatem i koncepcjami, mającymi u swojego podłoża określony model racjonalności i odwołującymi się do analizy danych empirycznych. Jeżeli chcemy je sfalsyfikować, wykazać ich nieprawdę, to nie możemy tego zrobić wyłącznie na zasadzie "chrześcijańskiego" nonkonformizmu. Mało tego, nie ma on tu nic do rzeczy.

Głównym problemem jest więc odpowiedź na pytanie, czy teoria ewolucji (dziedzina aktualnie niesłychanie rozwinięta i daleko różniąca się od  klasycznego darwinizmu) mówi jakąś prawdę o powstaniu i rozwoju życia na naszej planecie, czy nie. Fakt iż aktualnie większość uczonych odpowiada na nie twierdząco ma znaczenie tylko o tyle, że stanowi swojego rodzaju wykładnik, notabene, którego znaczenie jest zamknięte w obrębie wyżej wspomnianego modelu racjonalności. Ale z jakiego poziomu chrześcijanin miałby na to pytanie odpowiedzieć, na jakim poziomie szukać tu prawdy? Z jakiego poziomu ewentualnie zanegować paradygmat i szczegółowe rozwiązania ewolucjonizmu? Mam wrażenie, że tak naprawdę postulat, iż chrześcijanin ma szukać w tej dziedzinie prawdy z odwagą nieulegania presji większości jest chybiony, gdyż przytłaczająca większość chrześcijan nie ma absolutnie żadnych narzędzi, aby poszukiwać na poziomie badań biologicznych. Realizacja tego postulatu musiałaby się więc sprowadzić albo do zwykłego lekceważenia istnienia biologii ewolucyjnej, albo do jej negacji na płytkim poziomie paradygmatycznym w oparciu o, np., konfrontację z kreacyjnym artykułem wiary. Ich literalna sprzeczność jest oczywista i poszukiwanie prawdy byłoby w tym wypadku wyłącznie aktem woli.

W kolejnej wypowiedzi, która zresztą nie stanowi odpowiedzi na zadane pytanie, o. Michał przywołuje, jak sam to nazywa, „ciemne karty darwinizmu“: eugenikę, rasizm, teoretyczną podbudowę nazizmu, rewolucję seksualną. Nie negując absolutnie sugerowanych przez niego zależności, chciałbym tylko zwrócić uwagę, że fakt wykorzystywania wyjaśniającego potencjału teorii naukowych (i/lub religijnych) przez rozmaite ideologie, nawet wówczas, gdy zdarza się, że niektórzy naukowcy (ludzie religii) są jednocześnie ideologami, nie jest żadnym argumentem za odrzuceniem samych teorii.

Zgadzam się z o. Michałem jeśli chodzi o negatywną ocenę prób fuzji teologii chrześcijańskiej i ewolucjonizmu na zasadzie potraktowania ewolucji jako narzędzia, którym Bóg posłużył się, aby stworzyć życie w jego rozwiniętym i świadomym kształcie. Dyskutowałbym jednak przynajmniej z częścią sugerowanych przez niego strukturálních (paradygmatycznych) sprzeczności pomiędzy wiarą w stworzenie a teorią ewolucji. Są to:

1.     Ewolucja jest zmianą, a stworzenie nie jest zmianą, lecz prostym wyłonieniem bytu.

2.     Stworzenie się zakończyło, a ewolucja nie.

3.     Ewolucja biologiczna najczęściej jest definiowana jako proces zupełnie przypadkowych zmian poddanych naturalnej selekcji. W ten sposób cała różnorodność stworzeń miałaby być dziełem przypadku. To zaś kłóci się z chrześcijańskim rozumieniem stworzenia jako materialnej realizacji jasnego planu tkwiącego w Boskim umyśle.

Ad. 1 i 2). Powiedziałbym tylko, że z samego faktu wiary w stworzenie, nie wynika pełnia wiedzy na temat tego, jak się ono dokonało. Jeśli rozumieć stricte literalnie „proste wyłonienie bytu“ to w odniesieniu do naszej planety musielibyśmy wejść w dyskusję już nie tylko z ewolucjonistami, ale również z astronomami, astrofizykami i geologami, którzy twierdzą, że Ziemia potrzebowała miliardów lat, aby powstały na niej warunki potrzebne do zaistnienia życia. Natomiast co do stwierdzenia, że stworzenie się zakończyło a ewolucja nie, to ja sam osobiście znam dwie starożytne (Ireneusz z Lyonu, Orygenes) i jedną współczesną (Scott Hahn) koncepcję teologiczną, które w odniesieniu do człowieka mówią o jego rozwoju pokreacyjnym, obejmującym wręcz (para)substancjalną zmianę, lub głoszą, że proces stwarzania nie jest ciągle zakończony. Oczywiście w tych koncepcjach nie chodzi o rozwój gatunkowo-biologiczny, niemniej nie jest tak, że wiara w stworzenie musi oznaczać wiarę w jego „punktową“ jednorazowość i skończoność.

Ad. 3). Tutaj mam wrażenie, że zaszło jakieś nieporozumienie, albo o. Michał posłużył się skrótem myślowym. Otóż, jeśli ja z kolei dobrze rozumiem dyskurs ewolucjonistyczny, to przypadkowość rozwoju życia stanowi już pewien ogólny metafizyczny wniosek wywiedziony z faktu, iż na poziomie badań empirycznych nie da się stwierdzić istnienia jakiejś wszechobejmującej celowości. W tym ujęciu zasada antropiczna (świat powstał ze względu na człowieka i dla niego) jest traktowana jako niczym – w sensie właśnie empirycznym, nie metafizycznym – niepotwierdzona projekcja idei na świat biologii. Na konkretny moment nauka nie widzi Sensu obserwowanych przez siebie procesów. Natomiast wydaje mi się, że na poziomie konkretnych przypadków ewolucjonizm wręcz przeciwnie mówi o bardzo określonej nieprzypadkowości i praktycznej sensowności zjawisk zachodzących w żywych organizmach. Tym właśnie jest ta cała teoria – stara się wyjaśnić dlaczego są one takie a nie inne. Różnica (i problem) polega na tym, że ich naczelną i wszechdeterminującą „motywację“ widzi w całkowicie bezosobowych siłach – niegdyś pędzie przetrwania gatunku, dzisiaj w aktywności nakierowanych na automultiplikację „samolubnych genów“.

(Tak na marginesie, wyciąganie z tego wniosków metafizycznych, co część naukowców robi, niekiedy wręcz agresywnie (typowym przykładem jest tu R. Dawkins) stanowi bardzo szerokie rozciągnięcie tego, o czym Tomasz Akwinu pisze w drugiej kwestii Summy jako o możliwym argumencie przeciwko istnieniu Boga – tzn., że nie ma potrzeby go zakładać, skoro można sprowadzić wszystko co naturalne do zasad naturalnych. Niemniej moim zdaniem jest to już przekroczenie przez nich swoich kompetencji.)

Napisałem wcześniej, że się zgadzam z o. Michałem, iż nie ma możliwości ot tak po prostu połączyć ewolucjonizmu z wiarą w stworzenie. Moim zdaniem trzeba to z całą mocą podkreślać. Chociaż osobiście lubię Pierre‘a Teilharda de Chardin, a jego wizja celowości procesu rozwoju życia w kierunku cerebralizacji robi wrażenie, to jednak ona i jej podobne stanowią w gruncie rzeczy pobożne życzenia i to bynajmniej nie przede wszystkim z puntu widzenia teologii. Ewolucja biologiczna i wiążące się z nią strategie adaptacyjne nie stanowią bowiem jakiegoś świetlistego rozwoju ku formom wyższym, lecz są mechanizmami przetrwania. Jak dla mnie pewnym emblematem tego, co to może oznaczać są hieny. Proszę sobie poszukać, dlaczego samice hien, już w okresie płodowym a na pewno postnatalnym, mają nadmiernie rozrośnięte organy płciowe. Daje do myślenia. W każdym razie gdybym był teologiem, to nie próbowałbym pogodzić (zharmonizować) ewolucji z wiarą w stworzenie, lecz zacząłbym się zastanawiać, czy nie można by znaleźć dla niej miejsca w obrębie doktryny o świecie po grzechu pierworodnym.

Mnie osobiście, na tyle, na ile się w tym zagadnieniu orientuję, ewolucjonizm przekonuje. Ale jako teoria naukowa, tzn. bezwzględnie otwarty, heurystyczny model, otwarty na weryfikację i falsyfikację (nawet jeśli większość naukowców prędzej odgryzła by sobie rękę niż tego dokonała). Innymi słowy, jeśli ktoś – np. w obrębie teorii inteligentego projektu – przedstawi koncepcję o równie dużej lub większej mocy wyjaśniającej racjonalnie kwestię życia na Ziemi, bez najmniejszego żalu porzucę wyjaśnienia ewolucjonistyczne. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem całego tego problemu (choć bynajmniej nie ostatecznym) nie byłoby nawet zajęcie przez Kościół „jednoznacznego głosu“, co postuluje o. Michał (jeśli pod tym pojęciem należałoby rozumieć jakiś głos o charakterze „rozstrzygającym“), lecz przypominanie starej prawdy, iż umysł przyrodzony (a przecież do posługiwania się nim ograniczają się aspiracje nauki) jest w stanie zgłębiać tajemnice natury, ale posiada swoje ograniczenia. To nie jest wyłącznie teza religijna, takie są założenia nowoczesnej nauki (nawet jeśli co poniektórzy o tym zapominają) – wyjaśniać to, co jest dostępne poznaniu, nade wszystko empirycznemu. Nauka nie jest od sądów metafizycznych. Nie chcę przez to powiedzieć, że granica pomiędzy nauką a religią musi być absolutnie nieprzepuszczalna. Osobiście, jak napisałem, na poziomie naukowym w tym momencie przekonuje mnie ewolucjonizm. Na poziomie wiary „wierzę w jednego Boga, Stworzyciela nieba i ziemi“ i ta wiara, podobnie jak reszta artykułów wiary chrześcijańskiej kieruje praxis mojego życia (i jestem zdecydowany, że jest to sytuacja dozgonna). Widząc wszystkie sprzecznosci i aporie pomiędzy nauką a wiarą, nie wydaje mi się, aby była potrzeba ich pełnego i ad hoc rozwiązywania. Z drugiej bowiem strony, wiara mówi mi (i to nie na zasadzie mętnych wewnętrznych intuicji, tylko przez Tradycję), że Boga, jego działań i Opatrzności nie mogę w pełni pojąć. I te dwa „obszary“: ograniczoność poznania rozumowego i nieogarnioność Boga pozwalają mi na luksus świadomej sprzeczności. Czy jako Kościół nie możemy sobie na nią pozwolić?


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.