Fascynacje literackie (3) – Jezus z Nazarethu

Uwaga Marianki na temat ukazywania się Boga pod postacią chleba przynagliła mnie do tego, co miałem zamiar zrobić już od dawna, a mianowicie do zamieszczenia opisu Ostatniej Wieczerzy z Jezusa z Nazarethu Romana Brandstaettera. 

Autora pewnie nie trzeba przedstawiać, zresztą nie umiałbym tego dobrze zrobić. W jego książce (a pewnie lepiej byłoby powiedzieć bardziej ogólnie, w jego twórczości) dwie rzeczy nieodmiennie mnie urzekają. Pierwsza to niezwykła synteza judaizmu i chrześcijaństwa. Druga to język: Brandstaetter jest mistrzem metaforyzacji, języka otwierającego duszę.

Cały rozdział dotyczący Ostatniej Wieczerzy (albo też Wiecznej Wieczerzy, jak nazywa ją sam Brandstaetter) zająłby tu zbyt dużo miejsca. Ograniczę cytowany fragment do samych opisów eucharystycznej Przemiany, w który autor wplata też moment ostatecznego odstępstwa Judasza. 

R. Brandstaetter, Jezus z Nazarethu, 2 t., W drodze, Poznań 1993, t. 4, s. 285-286, 289-290:

"Nathanael ben Tolmaj napełnił kielich winem, a Jezus odmówiło nad nim błogosławieństwo, po czym według zwyczaju najmłodszy z całego grona, Johanan ben Zebadia, zwrócił się do Rabbiego i zadał Mu pytanie: – Ma nisztana halajla haze mikol halejlot? Dlaczego różni się ta noc od wszystkich innych nocy? – a Jezus odpowiadając opowiedział im o wyjściu synów Izraela z Micraim i o cudach Pana, który ich wywiódł z ziemi niewoli do wolności, z krainy śmierci do krainy światła, a gdy im to wszystko opowiedział i wezwał do okazania wdzięczności Starowiecznemu, podniósł się z łoża, wyciągnął obie ręce nad leżącymi przed Nim przaśnikami i pobłogosławił je:

– Pochwalony bądź, Panie, Boże nasz, Królu świata, który chleb wyprowadzasz z ziemi. Pochwalony bądź, Panie, Boże nasz, Królu świata, który oświeciłeś nas przez Twoje przykazania i nakazałeś nam spożywać przaśniki. Amen

Nie przełamał jednak przaśnika. Jego twarz pokryła się bladością. Na czole zalśniły krople potu. Apostołowie utkwili wzrok w dłoniach Rabbiego, ale On nie uczynił żadnego gestu, który mógłby być wstępem do ojcowskiego podziału chleba, i wciąż trzymając wyciągnięte nad nim ręce zmawiał bezgłośną modlitwę – tak tłumaczyli sobie poruszenia Jego warg, bo czyż mogły one tak bezgłośnie się poruszać z innego powodu niż z obfitości modlitwy? – a im dłużej trwały te tajemnicze ruchy warg, tym większe rosło napięcie w sercach apostołów, którzy ogarnięci oczekiwaniem trwali w nim jak w gęstej mgle. Tymczasem pod sklepieniem Jezusowych dłoni, nieruchomo zawieszonych nad przaśnikami, niewidzialnie uchodził Żywioł Mocy, przenikał w chleb, wcielał się w niego i nasycał go sobą. Z początku trzepotał w chlebie jak przerażony ptak, który nieopatrznie wpadł w sidła, wkrótce jednak oswoił się z ograniczoną okrągłością przaśnika, a oswoiwszy się uspokoił się i począł powoli, cal po calu, wypełniać go sobą, całą jego przestrzeń, i przemieniać ją w pełnię, w doskonałe koło, zajmujące ściśle określone miejsce, a zarazem nieokreśloną nieskończoność. Dokonał Chlebowstąpienia. Stał się Chlebem. Jezus patrząc nad głowami apostołów ku dojrzewającej pełni księżyca, który jasną poświatą świecił między trzcinami kołysanej wiatrem zasłony, rzekł cichym głosem:

– Bierzcie i jedzcie. To jest Ciało moje, które za was będzie wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę.

Przełamał przaśnik na dwanaście części i każdy kawałek z osobna podawał apostołóm – począwszy od Johanana ben Zebadia, którzy po kolei przyjmowali z Jego ręki chleb, przemieniony w Ciało, i drżąc spożywali Go wstrząśnięci tym, co czynią. Przyszła kolej na Judę z Kerijoth. Dwunasty apostoł zawahał się. Ale po chwili w jego oczach pod ciężkimi powiekami, zapaliła się nienawiść. Jego wnętrze rozpadło się, rozsypało i nie było już w ni nic poza nieprzejrzaną ciemnością i szelestem Pełzającego, a potem nawet i ten szelest zamilkł i ciemność dopaliła się do końca, i zapanowała tylko nicość, a nicość unosiła się nad nicością. Juda wyciągnął dłoń, wziął z ręki Jezusa kawałek przaśnika, bez lęku, obojętnie włożył go do ust i rozgryzając martwy kęs – był on w jego ustach lepką papką ciasta – połknął go.

(…)

Nathanael napełnił winem trzeci z kolei kielich. Jezus podniósł się z łoża. Ujął kielich w obie dłonie i wzniósł go do góry, po chwili nieco go opuścił i trzymał w prawej ręce na wysokości swojej piersi, po czym postawił go przed sobą i wyciągnął nad nim dłonie. Odmówił błogosławieństwo i nagle przy końcowych słowach: ‚Dziękujcie Bogu, albowiem świat powstał z Jego dobroci’ – na Jego obliczu, na którym spoczywała dotychczas łagodna cisza, nadająca Jego rysom wyraz zachwytu, odmalowało się tak wielkie cierpienie, że uczniowie przerażeni tą zmianą, bez namaszczenia należnego chwalebnej chwili wypowiedzieli przewidziane liturgią: – Amen. Kosmyki potem zlepionych włosów opadły w nieładzie na Jego szeroko otwarte oczy, wpatrzone gorączkowo w nieokreśloność. Pół rozchylone usta i sine żyły na szyi, kurczowo napięte, zdradzały nieludzki ból, a zarazem wysiłek zmierzający do opanowania go, do zduszenia go w sobie, do posłusznego poddania go woli, sprawującej władzę nad umęczonym ciałem wiekuistej doczesności. I tak stał z dłońmi wzniesionymi nad kielichem wina, a ciało Jego przestawało być ciałem – cielesne i widzialne było tylko dla oczu apostołów – a w miejscu, gdzie powinno się ono znajdować, pojawiła się krew, skrzydlata krew, i krążyła nad żywiołem wina, i zniżywszy lot dotknęła skrzydłami jego powierzchni, po czym wstąpiła w święty napój, zanurzyła się w nim i krwawiła, krwawiła, aż wykrwawiłą się do ostatniej kropli i napełniła sobą wino, a wtedy wino przestało być winem i przeistoczyło się w krew o smaku krwi i w cierpienie o smaku cierpienia. Krew zatęskniła za ludzkimi wargami. Chciała, żeby Ją ludzie wypili, aby ugasili Nią pragnienie, aby przyjęli ją w swoje żyły, nerki, wątrobę, aby nasycili się Jej Boskością, podobnie jak Ona nasyciła się ich człowieczeństwem. Byli sobie nawzajem potrzebni. A stało się to wszystko, bo na początku była Krew, a Krew była u Elohim, a Elohim był Krwią, a wszystko przez Nią powstało, co powstało, a w Niej było życie, a życie jest światłością ludzie, a Krew w ciemnościach świeci i żadne ciemności Jej nie przemogą.

Jezus ujął kielich w obie dłonie, podniósł go wysoko i rzekł cichym szeptem:

– Pijcie z niego wszyscy, albowiem to jest Krew moja Nowego Przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów.

To rzekłszy, podał kielich Johananowi ben Zebadia, który umoczył w nim wargi, a potem kielich krążył z rąk do rąk i z ust do ust – drżąc, pili tę Krew wstrząśnięci tym, co czynią – a gdy ostatni z biesiadników odjął go od warg, usłyszeli słowa Jezusa, który zapowiedział, że od tej pory nie będzie już więcej pił wina, dopóki nie zasiądzie wraz z nimi przy stole w Królestwie swojego Ojca. Mówiąc to napominał ich, aby zawsze wzajemnie się miłowali, albowiem po miłości, jaką jedni drugim okażą, synowie człowieczy będą ich poznawać jako Jego uczniów.

Wieczerza życiodajnej śmierci dobiegała końca." 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.