Fr. John Richard Neuhaus

Mówiłem sobie, żeby nie pisać o tym wspaniałym człowieku. Nie mogę się jednak powstrzymać. Przez szereg lat miałem przywilej asystować mu w programie Tertio Millennio Seminar. 8 stycznia odszedł do Pana. Requiescat in Pace.

Wielu napisało już wiele. Między innymi obszerny tekst Grzegorza Górnego w Rzwspomnienie Bartka Kachniarza. Dlatego podzielę się jedynie kilkoma luźnymi wspomnieniami i myślami o zmarłym.

Przede wszystkim kazanie, które wielokrotnie z tą samą mocą powtarzał co roku. Z współpracownikami czekaliśmy każdego roku, aż się pojawi raz jeszcze. Mówił: "decide it means cut off". Czyli: "zdecydować, to znaczy odciąć". Trudno sobie wyobrazić ile żaru wkładał w kazania. W homiliach bardziej niż gdzie indziej, była wyczuwalna jego luterańska przeszłość i zapał protestanckiego pastora, którym niegdyś był. Mówił wspaniale i głęboko, choć prosto. Zawsze z mocą.

Po drugie cygaro i bourbon. Ojciec Neuhaus cieszył się życiem. Właśnie śmierdzące, co podobno oznacza, że dobre, cygara i "przyjaciel" Jack były tego przykładem. Nie krygował się na cnotliwego księdza. Był z krwi i kości mężczyzną, który równą energię wkładał w debatę na temat religii w życiu publicznym, w modlitwę i kaznodziejstwo, co w odpoczynek i świętowanie z przyjaciółmi. Dla których nota bene nie szczędził czasu.

Po trzecie siła. To jeden z niewielu ludzi, jakich poznałem, któremu mimo wieku i słabego zdrowia, nie brakowało siły. I nie myślę o fizycznym zmęczeniu lub jego braku, ale o sile osobowości. Bez względu z kim i na jaki temat rozmawiał, bez względu w jakim kontekście się go spotykało, był to zawsze człowiek pełen pewności i charakteru. Nie należy sobie go wyobrażać jako przemądrzałego znawcy wszystkich rozwiązań. Nic z tych rzeczy! Nic podobnego! Siła i pewność, której był pełen wypływała z długiej drogi jaką przebył, mądrości, którą w jej trakcie nabył. Spotkania z nim wzmacniały.

Po czwarte spokój. Miał swój rytm. Celebrację chwil. Ciężko pracował ale nie pamiętam, by sprawiał wrażenie kogoś, kogo nawał pracy przytłacza. Zawsze ze spokojem przechodził do kolejnego punktu dnia. Najciekawsze jednak i chyba najbardziej poruszające było w nim to, że bez względu na inne sprawy znajdował czas dla "zawracających mu głowę". Na wskroś był duszpasterzem, ale nie z tych animatorów życia religijnego, jakich pewnie każdy zna. Zawsze się spieszących do kolejnych zajęć. Jak usiadł, to siedział, a jak rozmawiał to cały był w tej rozmowie. Dlatego też czas spędzony z ojcem Richardem trudno było zmierzyć. Płynął, a trochę jakby się zatrzymywał, zwalniał, nabierał nowego, nieznanego wcześniej tempa.

Mógłbym pisać dalej i kolejne rzeczy przywoływać z pamięci. Napiszę jednak tylko jedno. Sądzę, że JRN zmarł syty życia, jak mówi o Abrahamie Księga Rodzaju. Pełne pracy i poświęcenia życie, wiele wspaniałych czynów, wyprostowanych dróg i trafnych odpowiedzi, żarliwych godzin modlitwy i przeróżne dzieła jakie podjął i zrealizował… To wszystko i pewnie wiele więcej sprawia, że myślę o nim, jako o słudze, który ze spokojem odchodzi do radości swego Pana.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Grabowski OP

Tomasz Grabowski OP na Liturgia.pl

Od początku zaangażowany w działalność Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, w latach 2005-2010 jego dyrektor, a od przekształcenia w Fundację – prezes w latach 2010-2016. Od września 2016 r. prezes Wydawnictwa Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego „W drodze” w Poznaniu i stały współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.