Franciszek radykalny

Postać św. Franciszka uderza przede wszystkim przez swoją wręcz dziecięcą prostotę, która ma dwa wymiary: z jednej strony piękno radości ze wszystkiego, co spotyka w życiu, jako daru od Boga, z drugiej strony Franciszek całkowicie idzie za tym, co odkrył w spotkaniu z Bogiem.

Święto w zakonie dominikańskim

Ga 6,14–18; Mt 11,25–30

Postać św. Franciszka uderza przede wszystkim przez swoją wręcz dziecięcą prostotę, która ma dwa wymiary: z jednej strony piękno radości ze wszystkiego, co spotyka w życiu, jako daru od Boga, z drugiej strony Franciszek całkowicie idzie za tym, co odkrył w spotkaniu z Bogiem. Ten jego radykalizm, jak to określamy, jest typowo dziecięcy, bo jedynie dzieci potrafią tak całkowicie, jednoznacznie i bez żadnych oporów zaangażować się, „pójść na całego”.

św. Franciszek - fresk w apsydzie bazyliki Laterańskiej

Wszystko zaczęło się u niego od innego spojrzenia na świat, na siebie i na Boga, czyli od metanoi, zmiany sposobu patrzenia i rozumienia wszystkiego. Właśnie do tego nas wzywał od samego początku głoszenia Ewangelii Pan Jezus. Dzisiejsza Ewangelia wyraża to wezwanie z jednej strony w formie modlitwy dziękczynnej:

Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom [= ludziom prostym] (Mt 11,25).

Z drugiej strony w formie pocieszenia:

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteśście, a Ja was pokrzepię (Mt 11,28).

Nie chodzi w tym przypadku o to, że Pan Jezus da nam jakiś szczególny rodzaj ochrony w kategoriach tego świata, np. jeżeli ktoś pragnie nam zrobić krzywdę, to Pan Jezus sprawi, że to mu się nie uda. Niewątpliwie może tak działać, ale nie o to zasadniczo chodzi. On mówi: Przyjdźcie do Mnie. To znaczy, że pokrzepienie znajdujemy w Nim, a nie w czymś, co może nam z zewnątrz dać. I dalej mówi, z czego bierze się owo pokrzepienie: Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych (Mt 11,29). Pokrzepienie jest owocem ducha, jakiego miał Jezus, ducha cichości i pokory. Przypomina się w tym miejscu błogosławieństwo: Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię (Mt 5,5).

Otóż większość naszych rozterek, cierpień… bierze się z napięcia pomiędzy naszymi pragnieniami a tym, co nam przynosi życie. Pragniemy czegoś, a otrzymujemy zupełnie nie to, czego oczekujemy. Stąd ból i cierpienie. Cichość i pokora pozwalają odkryć głębszą wartość.

O niej pisze św. Paweł:

Co do mnie, to nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata (Ga 6,14).

Jesteśmy przyzwyczajeni do mówieniu o krzyżu i jego wartości pozytywnej, ale trzeba sobie uświadomić, że takie sformułowanie jest wręcz szaleńcze – jakżeż można „chlubić się z krzyża”? I tak to widzą ludzie, trzeźwo oceniając wszystko w kategoriach tego świata. Bo w tych kategoriach jest to rzeczywiście szaleństwo. Tak się dzieje, ponieważ gdy mówimy o krzyżu, od razu nasuwa się nam myśl o cierpieniu w jego najstraszniejszej formie. To budzi przerażenie! Taka jest naturalna reakcja człowieka.

Święty Paweł chlubi się jednak: z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa. Co w tym krzyżu naszego Pana jest takie ważne? To, że w nim objawiła się Jego miłość do nas, miłość do końca, a przez tę miłość Syna ukazuje się miłość Boga, który jest Ojcem. Cóż może być wspanialszego nad wieść o tak wielkiej miłości Boga do nas? W Liście do Rzymian św. Paweł napisze:

Cóż więc na to powiemy? Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby także wraz z Nim wszystkiego nam nie darować? (Rz 8,31n).

Krzyż Jezusa Chrystusa stał się dla nas dowodem Bożej miłości, a tym samym źródłem naszej nadziei obejmującej wszystko. Cóż zatem może być bardziej dla nas pocieszającego, co może być ważniejszego, co miałoby nas zajmować? Właśnie „krzyż Jezusa Chrystusa” staje się punktem zwrotnym w naszym spojrzeniu na świat. Świat zaczyna wyglądać zupełnie inaczej: Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?

Nie tylko żadne dobra tego świata nie są w stanie nam zaimponować w obliczu miłości Bożej, ale nawet cierpienia, doświadczenia, jakich byśmy nie chcieli, czyli nasze krzyże, wcale nie są znakami naszej klęski, lecz mogą stać się udziałem w krzyżu Chrystusa. To jest niesamowite! Uczeń Chrystusa jest nie do pokonania, jeżeli tylko autentycznie trwa w prawdziwej wierze.

I tutaj odnajdujemy tę fascynującą dziecięcą prostotę św. Franciszka, który po prostu uwierzył w moc krzyża Chrystusowego i podobnie jak św. Paweł postawił kropkę nad „i”, pozwalając, by świat stał się ukrzyżowany dla niego, a on dla świata (por. Ga 6,14). I tak się rzeczywiście dzieje ze wszystkimi, „dla których nie ma nic droższego od Chrystusa” (RegBen 5,2) – do czego nas wzywa nasz Ojciec, św. Benedykt.

 

Zobacz także