Gadać, byle tylko gadać… czyli o granicach „dialogu”.

Dzisiaj, jeden z moich wirtualnych fejsbukowych znajomych poczynił taki oto wpis:

Rzuciłem okiem na pewną fejsbuczą dyskusję, tym razem punktem wyjścia była kwestia franciszkanów Niepokalanej. Pozycje są więcej niż zdefiniowane. Każdy idzie jeszcze głębiej w las. A ja na chwilę choćby na grzyby. Z nadzieją, że nikgo z nich nie spotkam.

Wczesniej zaś, na tablicy pojawiły się takie dwa wpisy:

Chyba coraz bardziej wolę o kuchni. Tutaj stanowiska są mniej zdogmatyzowane. I mniej jest uprzedzeń…

Obsesja rodzi obsesję. Obsesja obrony (obrońców) rodzi obsesję krytyków tychże obrońców. Łatwo jest się usadowić na z góry upatrzonych pozycjach. Trudniej z nich zejść: jednym i drugim, by spotkać się w pół drogi.

 

I chyba byłY to kroplE, którE przelały moją czarę tolerancji wobec pewnej nowej religii, jakiej wielu zaczęło hołdować… A Religią tą jest DIALOG.

A więc po kolei, po inżyniersku…

DIALOG nie jest sensem samym w sobie, nie jest celem. Jest narzędziem. Kiedy grupa osób mająca różne opinie, zdania, poglądy spotyka się ze sobą i chce wzajemnie się przekonać do swoich racji dokonuje prezentacji swoich stanowisk. Zadaje pytania. Odpowiada. Dyskutuje. Ale również odrzuca cudze argumenty, obala je… itd. – oto cała starożytna sztuka słownych potyczek, prowadzenia sporów. Rzecz by można jednym słowem „erystyka”.

Ale celem zawsze jest albo przekonanie adwersarza o swoich racjach, albo wspólne stanowisko… albo – i tak chyba bywa najczęściej – pozostanie przy swoich opiniach. O tak ! Dialog nie implikuje zmiany własnego stanowiska. Może utwierdzić, i to niekiedy wręcz obie strony, w przekonaniu, że mają rację.

Oczywiście w sensie absolutnym racja jest jedna. I prawda jest jedna. Więc gdy dwoje ma różne opinie, któryś prawie zawsze się myli. Ale natura ludzka jest taka, że do błędu przyznać się trudno. A i ograniczenia intelektualnie nie zawsze pozwalają znaleźć niewielkie, a ważne dla logicznego rozumowania błędy. Nie bez powodu mawia się, że diabeł tkwi w szczegółach.

Ale co mnie właściwie tak bulwersuje? Oto jest spora grupa ludzi, którzy uważają, że istotą jest nawiązanie dialogu. Przykładem najelpszym jest ekumenizm. Od kiedy różne sekty i wspólnoty chrześcijańskie, z kościołem prawosławnym na czele rozpoczęly dialog z kościołem katolickim – odtrąbiono sukces. Ale jest on w pełni fikcyjny. Bo dialog stoi w miejscu. Nikt nie zmienia stanowisk. Ale rzeczywiście, tej „paplaniny”, uprawianej co roku na różnych dniach ekumenicznych jest całkiem sporo. Owoców tego jednak jakichkolwiek brak.

Wiele środowisk odrzuca i oczernia ludzi, którzy mają na tyle ułożony światopoglad, że są tak pewni swoich racji w pewnym zakresie, że w dyskusji twardo stoją przy swoim. Ludzie tych środowisk niejako ocieraja oczy ze zdumienia – Jak to? Dialog bez ustępstw? Ano tak…
W końcu dialog, jako krok w procesie dochodzenia do prawdy wydaje się doskonałym schronieniem dla konformistów. Stać w rozkroku, ciągle szukać, rozmawiać. Nie określać się. Jakie to wygodne. Pozwala bezboleśnie być elementem mainstreamu.
Niestety, wtedy celem przestaje być prawda, a staje się sam dialog. Więc zaczyna się tym dialogiem kokietować, analizować, mnożyć problemy graniczne. Byleby nie dojść do końcowego wniosku, a jeśl nawet to tak go rozmyć, by wszyscy byli zadowoleni. Gadka szmatka, w studiu, w kinie, w gazecie („trasa koncertowa jakby”). Po godzinie, po dwie. Każda dyskusja z kimś innym. Ale bez wniosków. Bez sensu. Za to przy pełnej publice.

Ale jest i druga, lecz równie rdzawa strona medalu. Wszyscy skrajni w poglądach są źli, nie dlatego, że poglądy są nieprawdziwe, wadliwe. Dlatego, że są skrajne. Że są ortodoksyjne. Że w dialogu nie będą chcieli iść na ustępstwa.
Ale czyż taki nie był Chrystus? Chrystus, który wyrzucił kupców ze świątyni, który w nauczaniu nie szedł na kompromisy („trudna jest ta mowa – któż jej może słuchać?”). Który w swoim życiu dialog prowadził, ale w pewnym momencie go uciął. Dał szansę wielu na poznanie Go. Wielu nie skorzystało. Po ludzku czas prowadzenia dialogu się więc skończył.

W końcu coś, o czym się dzisiaj nie mówi. Jeśli jakiś problem wieki temu rozwiązano, po co go na nowo rozwadniać, po co rozmywać. Po co na siłę dokonywać redefinicji. A tymczasem dzisiejsza teologia to jedno wielkie bajoro. Bagienko teorii, wizji, opinii, leżących na półkach zakurzonych elaboratów, doktoratów, habilitacji… Tylko ktoś, kto nie ma ochoty w tym bagienku pływać, komu już nie chce się dialogować, ma problem z odnalezieniem wysepek prawdy. Tego, co stanowi magisterium.

A problem jest tym większy, że wśród duchownych, teologów, katolików narastają spory. Jeden ksiądz (liturgista, pastoralista) nabija się z drugiego księdza biotetyka. Trzeci, dogmatyk, ma wielki ubaw z czwartego – moralisty. Ten pierwszy – polewa znowu z egzorcystów… i tak dalej… Głowa aż boli…. od tego „dialogu”, który jak to w złośliwym dowcipe o procesji, która weszła na rondo – trwa już od tak dawna… tylko publika zmęczona. Czeka na ostatni akt.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Łukasz Wolański

Łukasz Wolański na Liturgia.pl

Chemik-biotechnolog. Pasjonat teologii, liturgista-praktyk. Czas dzieli między Legnicę i Wrocław. Szczęśliwie żonaty.