Hieronim, Akwinata, gnoza i plany blogowe na przyszłość

Dziś są imieniny s. Hieronimy z Lasek. Hieronima jest niewidoma, a jest doskonałą bibliotekarką. Zawsze wszystko wie pierwsza, zawsze pomoże. Można ją zobaczyć na zdjęciach z prof. Świderkówną, czasami pisze o niej Małgosia Musierowiczowa.

Dzień św. Hieronima kieruje myśli ku czytaniu i tłumaczeniu, interpretowaniu i wyjaśnianiu*). Całkiem na czasie to wspomnienie. Oto bowiem od pewnego czasu mam swojego interpretatora, który gorliwie i nieomylnie wyjaśnia wszystkie moje wypowiedzi, doskonale za każdym razem wiedząc, co miałem na myśli. (Któż nie pamięta ze szkoły tego pytania-koszmaru: Co poeta miał na myśli?) Któż to taki? Pan horseradish.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze w pisaniu udaje mi się zachować claritas. Pisząc między psem i kotem, odliczaniem tabletek i sprawdzaniem testów, można się pogubić we własnych myślach i sformułować je niejasno. Zdarza się, wszak quandoque bonus dormitat Homerus. Próba interpretacji jest wtedy jak najbardziej na miejscu, a ponieważ autor (czyli ja) przebywa na tym świecie (nie wierzcie Tomkowi Dekertowi, jeśli powie coś innego!), można go zapytać i poprosić o wyjaśnienie. Ale pan horseradish posiadł o wiele głębszą wiedzę, co więcej, zadaje kłam samemu Tomaszowi z Akwinu, który twierdził, że nikt, oprócz Boga, nie jest w stanie poznać myśli człowieka bez jego zgody: ani anioł, ani diabeł, ani inny człowiek. Okazuje się jednak, że jest inaczej. Mogę napisać trzy zdania, całkowicie, w moim odczuciu, jasne i proste (vide pytania o wykształcenie biskupa Williamsona), a pan horseradish zdolny jest na tej podstawie stwierdzić, co myślę o całości czyjejś wypowiedzi (w tym przypadku chodziło o wypowiedź pana Buczkowskiego). Co więcej, sam nawet nie wiedziałem, że, zadając te pytania, myślałem o czymś więcej! Byłem przekonany, że pytam tylko i wyłącznie o to, czy biskup Williamson jest matematykiem, historykiem czy literaturoznawcą. I nagle dowiaduję się, że zadając pytanie myślałem o czymś zupełnie innym, inne całkowicie miałem intencje. Okazuje się zatem, że pan horseradish ma dostęp nawet do mojej podświadomości! O tym chyba nawet Akwinata nie pomyślał.

W związku z tym wpadłem na genialny pomysł: Nie muszę starać się pisać jasno, co więcej, w ogóle nie muszę pisać dłuższych tekstów na blogi. Wystarczy, że napiszę jedno zdanie – co ja mówię, dwa rzeczowniki lub partykuły wystarczą! – a pan horseradish jasno wyłuszczy wszystkim, co miałem na myśli, co miałem w podświadomości, i co w ogóle chciałem napisać. Wielka wygoda! Będę mógł swobodnie zająć się psem i kotem, liczeniem tabletek i sprawdzaniem testów, a w wolnym czasie, którego mi nagle przybędzie, będę mógł nawet przeczytać trzy razy więcej książek.

Pozostaje mi tylko uprzedzić, że za pisanie na blogach nikt mi nie płaci, w związku z czym także ich interpretacja zysków finansowych przynosić nie będzie.

*) Także ku złośliwości.

Hieronim (9. wiek)


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.