I dziś Msza po staremu się odprawia

Msza święta i sakramenty w "Rodzinie Połanieckich" Henryka Sienkiewicza

W literaturze i poezji polskiej znaleźć można wiele wartościowych dzieł, w których poruszona jest tematyka pobożności (ludowej i nie tylko) oraz przedstawione są obrzędy Kościoła. Nierzadko całe utwory zostają poświęcone liturgii, a często jest ona opisywana jako przenikająca codzienne życie bohaterów.

Nie sposób wymienić tytuły wszystkich dzieł, w których znani i cenieni polscy autorzy wspominali o Mszy świętej. W tym tekście chciałbym zająć się jednym z nich: stosunkowo mało znaną powieścią Henryka Sienkiewicza, pt. Rodzina Połanieckich.

W tym krótkim opracowaniu skupię się jedynie na konkretnych wydarzeniach, czy wypowiedziach bohaterów powieści, tak by uchwycić to, czym jest dla nich Msza święta, jak kształtuje ich życie codzienne oraz dzień świąteczny. Kilka słów poświęcę również innym sakramentom, o których nie sposób nie wspomnieć omawiając książkę, w której stanowią one ważną część życia bohaterów.   

W omawianej książce – o czym należy nadmienić – autor pisze oczywiście o Mszy świętej w klasycznym rycie rzymskim (dziś określanym nadzwyczajną formą rytu rzymskiego), która w ostatnich latach przeżywa swój renesans. 

I. Pobożność bohaterów „Rodziny Połanieckich” 

Nim przejdę do szczegółowej analizy tego, jak przedstawiona jest w Rodzinie Połanieckich Msza św., chciałbym krótko opisać pobożność jej bohaterów, którą w skrócie można określić jako pobożność biblijnych prostaczków.

W samych rozmowach bohaterów czytelnik znaleźć może wiele odniesień do religii, jak i zwrotów odnoszących się bezpośrednio do Boga i Bożej Opatrzności, a nawet aktów strzelistych. By podać przykłady: „Bóg wie co”, „Bóg wie kim”, „miłosierny Boże”, „jak Boga kocham”, „bój się Boga”.

Bohaterowie książki razem modlą się. Chodzi tu szczególnie o Połanieckiego i jego żonę, którzy po powrocie z Rzymu razem zaczęli odmawiać pacierz[1]. W innym zaś miejscu, jeszcze przed wyjazdem Połanieckich do Rzymu, Waskowski mówi do Połanieckiego takie słowa:

Za parę dni jadę do Rzymu – na długo, na bardzo długo. Pamiętasz, com ci mówił, że to przedsionek do innego świata?[2]

Wypowiedź tę powiązać można ze słowami znanego konwertyty, o. Fabera (1814-1863), który mówiąc o Mszy św. powiedział, że jest ona „najpiękniejszą rzeczą po tej stronie Nieba”[3].

Niedziela jest dniem, w którym na wezwanie bijących dzwonów bohaterowie razem udają się na Mszę świętą, do kościoła, który jest niejako ich drugim domem:

Tymczasem zaczęli się zbliżać do Wątorów i do leżącego na wzgórzu wśród lip kościoła. Pod wzgórzem stało kilkanaście chłopskich drabiniastych wózków oraz kilka bryczek i powozików.
Pan Pławicki przeżegnał się.
– To nasz kościołek, który musisz pamiętać. Wszyscy Pławiccy tu leżą, i ja wkrótce będę leżał. Nigdzie nie modlę się lepiej jak tu.
– Widzę, że będzie sporo ludzi – rzekł Połaniecki. (…)
W tej chwili poczęto dzwonić na wieżyczce kościelnej.
– Spostrzegli nas i dzwonią – rzekł pan Pławicki – suma zaraz wyjdzie.[4]

Sakramenty święte, podobnie i pogrzeby, są ważnymi wydarzeniami w życiu naszych bohaterów, często wpisują się one w ich codzienność, szczególnie na wsi, gdzie każdy każdego zna. Zdarza się nawet, że Litka tak mówi do Połanieckiego:

I jak onegdaj zaczęli śpiewać na ulicy, a mamusi nie było w pokoju, to poszłam trochę do okna i zobaczyłam pogrzeb – i pomyślałam, że ja także pewno umrę.[5]

Życzenia Bożego błogosławieństwa są niemal nieodłącznym elementem pożegnań bohaterów.

Wiara i religia jest dla bohaterów „Rodziny Połanieckich” istotną częścią życia, można powiedzieć nawet, że jest ona dla nich oczywistością, a praktyki z nią związane wpisują się w naturalny tryb tego życia. Bohaterom sienkiewiczowskiej powieści liturgia towarzyszy od narodzenia do śmierci i w większym bądź mniejszym stopniu wpływa na ich życie.

II. Sakramenty święte w Rodzinie Połanieckich

Jak już wyżej zostało wspomniane, dla bohaterów omawianej powieści sakramenty, szczególnie małżeństwo (chociażby dlatego, że głównym wątkiem Rodziny Połanieckich jest miłość Maryni i Połanieckiego), są ważnymi, jeśli nie najważniejszymi, elementami ich ziemskiej egzystencji i często wpływają one na kształt i pojmowanie przez nich codziennej rzeczywistości.

a) Chrzest święty

O tym sakramencie autor, zdaje się, tylko raz wspomina, a mianowicie przy okazji chrzcin syna Połanieckich. 

I wszyscy otoczyli teraz małego Stasia, który na ręku niani, przybrany w powłóczyste muśliny i koronki, wyglądał dzielnie razem ze swoją łysiną i wytrzeszczonymi okrągłymi oczkami, w których świat zewnętrzny odbijał się tak mechanicznie jak w zwierciadle. Bigiel wziął go teraz na ręce i rozpoczął się obrzęd. Obecni słuchali w należytym skupieniu poważnych sakramentalnych słów, lecz młody poganin okazał wyjątkową zatwardziałość. Naprzód począł wierzgać tak, że wysunął się na współ z rąk Bigiela, po czym, gdy Bigiel wyrzekał się w jego imieniu czarta i jego nieprawości, uczynił wszystko, co było w jego mocy, żeby go zagłuszyć. Dopiero ujrzawszy niespodzianie wśród krzyku okulary Bigiela ucichł nagle, jakby chcąc dać do zrozumienia, że jeśli na świecie istnieją tak zdumiewające przedmioty to w takim razie co innego. Zresztą obrzęd się skończył i zaraz potem oddano go w ręce niani, która po chwili ułożyła go w przepysznym łóżeczku mającym kształt wózka[6].

W tym fragmencie przedstawiony jest jedynie jeden z wielu obrzędów, jakie odbywają się w czasie ceremonii chrztu dziecka. Najciekawsze jest jednak to, że autor zdaje się utożsamiać z ludowym wierzeniem, że, gdy szatan przez Chrzest święty jest odpędzany, to dziecko wtedy płacze, choć wcześniej, jak i potem jest już spokojne.

b) I Komunia święta

O pierwszej Komunii świętej autor wspomina raz i to przy okazji opisu ceremonii ślubnych Połanieckiego i Maryni: 

Poczęli powtarzać za księdzem zwykłe wyrazy przysięgi ślubnej, i Połanieckiego, trzymającego rękę Maryni, ogarnęło nagle takie wzruszenie, jakiego się nie spodziewał i jakiego nie doznał od czasu, gdy matka zaprowadziła go do pierwszej Komunii[7].

Dzień, w którym Połaniecki przyjął I Komunię świętą, był dla niego jednym z najważniejszych dni w życiu, doznał wtedy ogromnego wzruszenia, jakiego nie spodziewał się już nigdy. Mimo tego podobne uczucia ogarnęły go, gdy stanął na ślubnym kobiercu ze swą wybranką. Możemy stąd wysnuć wniosek, że dni, w których bohaterowie przyjmowali Sakramenty święte (szczególnie chodzi o I Komunię świętą i małżeństwo), były dla nich jednymi z najważniejszych dni w życiu, jeśli nie najważniejszymi.

c) Spowiedź święta

Podobnie jak Ostatnie Namaszczenie, sakrament spowiedzi świętej pojawia się raz w całej powieści. Autor pisze o nim pod koniec książki, kiedy to ciężarna żona Połanieckiego na krótko przed porodem ciężko zachorowała i wszystkim zdawało się, że niedługo umrze:

I spowiedź odbyła się nazajutrz. Połaniecki tak był już pewien, że to jest koniec wszystkiego, iż niemal dziwiło go, że Marynia żyje jeszcze, a nawet, że wieczorem uczyniło się jej nieco lepiej. Nie śmiał już wpuścić nadziei do duszy. Ona jednak stała się rzeźwiejsza i mówiła, że jej lżej oddychać[8].

Choć nie ma w tej kwestii pewności, można snuć domysły, że intencją autora było ukazanie, iż duchowe uzdrowienie, pociągnęło za sobą polepszenie się stanu Maryni. Jak można dalej przeczytać, wszystko dobrze się skończyło, a Marynia urodziła Połanieckiemu zdrowego syna.

d) Ostatnie Namaszczenie

Zdaje się, że w całym utworze sakrament Ostatniego Namaszczenia (po Soborze Watykańskim II nadano mu nazwę „Namaszczenia chorych”, a także zmieniono jego obrzędy, podobnie jak to się stało ze wszystkimi innymi sakramentami w czasie posoborowej reformy liturgicznej), podobnie jak chrzest i I Komunia święta, pojawia się tylko raz:

Marynia weszła szybko z kapeluszem przewieszonym na wstążkach przez ramię i uściskawszy ojca, podała rękę Połanieckiemu. W różowej, perkalowej sukni wyglądała nadzwyczaj zgrabna i ładna. Było w niej coś z nastroju niedzielnego, a przy tym z rzeźwości poranku, który by pogodny i jasny. Włosy miała nieco roztargane przez kapelusz, policzki zarumienione – młodość biła od niej. Połanieckiemu wydała się dziś weselsza, i ładniejsza, niż była wczoraj.
– Suma będzie dziś trochę później – rzekła do ojca – bo kanonik zaraz po rannej mszy pojechał do młyna dysponować Siatkowską. Z nią bardzo źle. Ma papa jeszcze z pół godziny czasu.
– Dobrze – odrzekł Pławicki[9].

Sakrament ten jest wspomniany tylko na marginesie, warto jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy: po pierwsze na to, że godzina odprawienia Mszy świętej została przesunięta ze względu na posługę kapłana dla zapewne umierającej kobiety; po drugie na „niedzielny nastrój” Maryni. Ukazuje to, że niedziela była dla naszych bohaterów dniem innym niż wszystkie pozostałe, dniem po prostu świątecznym.

e) Małżeństwo

Choć sakrament ten przewija się w przygodach, rozmowach, czy myślach bohaterów niemal cały czas, to krótki opis ceremonii zawarcia małżeństwa znajdujemy jedynie w miejscu, gdzie autor opisuje ślub Połanieckiego i Maryni:

Potem szli oboje, prowadzeni pod ręce, przez szpaler zaproszonych i ciekawych, widząc trochę jak przez mgłę: w dali świece migocące przy ołtarzu, a obok twarze znajome i nieznajome. Oboje dojrzeli wyraźniej twarz pani Emilii, przybraną w biały kwef siostry miłosierdzia, i jej oczy, zarazem uśmiechnięte i zalane łzami. Obojgu przypomniała się Litka i przyszło im na myśl, że to ona właściwie prowadzi ich do ołtarza. Po chwili klęczeli mając przed sobą księdza, wyżej zaś płomyki świec, blaski pozłoceń i święte twarze głównego obrazu. Ceremonia się rozpoczęła. Poczęli powtarzać za księdzem zwykłe wyrazy przysięgi ślubnej, i Połanieckiego, trzymającego rękę Maryni, ogarnęło nagle takie wzruszenie, jakiego się nie spodziewał i jakiego nie doznał od czasu, gdy matka zaprowadziła go do pierwszej Komunii. Oto poczuł, że to nie tylko jest zwykły, prawny obrządek, na mocy którego mężczyzna zyskuje prawo do kobiety; ale że w tym związaniu rąk, w tej przysiędze jest jakaś tajemnicza, zaświatowa moc – jest po prostu Bóg, przed którym się uchyla dusza i serce drży. O uszy obojga odbijały się teraz wśród ciszy uroczyste słowa: Quod Deus junxit, homo non disjungat – a Połaniecki odczuwał, że ta Marynia, którą brał, staje się jego ciałem i krwią, i częścią jego duszy, i że dla niej również on ma być tym samym. Tymczasem na chórze wybuchnął chór głosów: Veni Creatori w kilka chwil później Połanieccy wyszli z kościoła[10].

Jak widać autor ogranicza się w swym opisie do rzeczy najważniejszych, a mianowicie do przysięgi małżeńskiej, słów kapłana, który mówi, że „to co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” i hymnu „O Stworzycielu Duchu przyjdź”, a także ogólnego przedstawienia prezbiterium: ołtarza, na którym stoją świece, a który prawdopodobnie ma nad sobą złocone retabulum, w centrum którego znajduje się obraz przedstawiający jednego z świętych Pańskich. Najbardziej istotne jednak wydają się być uczucia i myśli głównego bohatera, dla którego obrządek ten nie jest tylko „obrządkiem prawnym”, ale czymś więcej, czymś, co wykracza poza uczucia i rozum człowieka, czymś, co dotyka Nieskończoności, Boga, „przed którym uchyla się dusza i serce drży”.

III. Pogrzeb w Rodzinie Połanieckich

Jako że pogrzeb nie jest sakramentem, przedstawiam go osobno. Ceremonie pogrzebowe są najczęściej wspominanymi obrzędami religijnymi w powieści, zapewne po prostu dlatego, że kilku bohaterów książki umiera, bądź jest bliskich śmierci. Nie oznacza to bynajmniej, że całe dzieło ma wymowę smutną czy melancholijną. Obrzędy te są jednak powodem do zadumy dla bohaterów książki, jak i dla samych czytelników. Obraz pogrzebu jawi się nawet jako ten, który towarzyszy bohaterom powieści, jak to było w przypadku Litki[11], która rzeczywiście niedługo po rozpoczęciu opowieści umiera. Podobny przykład mamy dla państwa Połanieckich:

W tym czasie nadszedł jakiś pogrzeb, bo w dzwonnicy stojącej na środku cmentarza poczęto dzwonić. Połaniecki podał Maryni rękę i poszli ku bramie[12].

Jednak na nich, pisząc kolokwialnie, nie wywiera to żadnego wrażenia, jest „oczywistą oczywistością”. Natomiast po śmierci Bugackiego znajdujemy taki opis katolickiego pochówku:

Świrski, Maszko, Połaniecki i Osnowski wzięli na ramiona wąską trumnę ze szczątkami Bugackiego i poczęli ją nieść do przygotowanego grobu. Księża w białych komżach, które to rozbłyskały w słońcu, to gasły, szli przed trumną, za nią czarno ubrany młode kobiety, i cały ten orszak posuwał się z wolna przez cieniste aleje, cicho, spokojnie, bez łkań i łez towarzyszących zwykle pogrzebom, tylko z powagą i smutkiem, który tym był na ich twarzach, czym cień od drzew na grobowcach[13]. 

Jest to opis żałobnego orszaku, który wędruje od kościoła, po żałobnej Mszy świętej (tzw. Requiem), na cmentarz, by pochować zmarłego. Procesji przewodzą kapłani, za nimi idzie lud, zaś na końcu mężczyźni, przyjaciele i znajomi Bugackiego, którzy niosą trumnę.

Więcej szczegółów autor podaje opisując ceremonie towarzyszące pogrzebowi Litki:

Kondukt ruszył wreszcie, wśród pochodni, liczny, ciągnący za sobą ogon karet, poprzedzany przez księży i posępny śpiew, a z miejsca otoczony gromadą ciekawych, którzy w nowożytnych miastach tak pasą oczy ludzką boleścią jak w starożytnych pasiono je ludzką krwią po cyrkach. Kondukt wyszedł wreszcie z miasta na otwartsze, widniejesz przestrzenie i za rogatką posuwał się wzdłuż cmentarnego muru przybranego w girlandy żebraków i w girlandy z nieśmiertelników i z choiny, przeznaczone na groby. Szeregi księży w białych komżach, służba pogrzebowa z pochodniami, karawan z trumną i ludzie idący za nim zatrzymali się przed bramą, po czym zdjęto Litkę, i Połaniecki, Bukacki, Chwastowi i Bigiel ponieśli ją do grobu ojca. (…). Trumna stanęła wreszcie nad otwartym grobem. Ozwało się rozdzierające: Requiem aeternam, a następnie: Anima Pius. (…). Gdy na wieko rzucano garść piasku, on [Połaniecki – przyp. B. K.] poszedł za przykładem innych, gdy zaś po spuszczeniu na pasach trumny w głąb grobu zamykano kamienne drzwi, znów porwało go coś za gardło, tak że wszystko, o czym myślał i co uświadamiał dzisiaj, zmieniło się w jedną nicość[14].

W tym fragmencie, jako część konduktu pogrzebowego, wymieniona jest także służba pogrzebowa, która niesie na przedzie palące się pochodnie. Tym razem autor krótko opisał także ceremonie, które odbywają się już na cmentarzu, zaraz przed tym, jak trumna zostaje umieszczona w krypcie grobowej (oczywiście nie zostały wymienione wszystkie obrzędy, brak np. wspomnienia o antyfonie Salve Regina, czy pokropieniu trumny wodą święconą).

IV. Służba Boża w Rodzinie Połanieckich 

Przez całą powieść Henryka Sienkiewicza, Połanieckiemu towarzyszy „służba boża”, którą szczególnie nauczył się miłować i doceniać dzięki swej żonie, Maryni, a to wszystko dzięki swoistemu zbiegowi okoliczności i swego rodzaju gapiostwu Połanieckiego.

a) Naczelna wartość „służby bożej”

Na niedługo przed ślubem Połanieckiego z Marynią miała miejsce ich rozmowa, która jak się potem okazało, wywarła największy wpływ na duchową przemianę głównego bohatera:

Połaniecki, któremu karta się podobała, poniósł ją nazajutrz koło południa Maryni. Zapomniał jednak, że to niedziela, i ułożywszy sobie z góry miłe spędzenie czasu do obiadu, doznał jakby rozczarowania, zastawszy Marynię w kapeluszu.
– Pani wychodzi? – spytał.
– Tak. Do kościoła. Dziś niedziela.
– A, niedziela!… Prawda! A ja myślałem, że sobie posiedzimy razem. Tak by było przyjemnie…
A ona podniosła na niego swoje pogodne niebieskie oczy i rzekła z prostotą:
– A służba boża?
Połaniecki na razie przyjął te słowa tak, jakby był przyjął każde inne, nie przewidując, że w duchowym procesie, jaki mu później przyszło przechodzić, odegrają one, właśnie z powodu swej prostoty, pewną rolę. Tymczasem odrzekł, jakby powtarzając je mechanicznie:
– Mówi pani: „służba boża”. Owszem! Ja mam czas, pójdziemy razem.
Marynia przyjęła to oświadczenie z wielkim zadowoleniem. Po drodze rzekła:
– Ja to im jestem szczęśliwsza, tym bardziej Pana Boga kocham.
– To także znak dobrej natury; inni tylko myślą o Bogu, jak bieda[15].

Z wyżej przytoczonego dialogu wynika, że „służba boża” dla Maryni nie jest przykrym obowiązkiem, ale radością, gdyż uczestnictwo we Mszy świętej pozwalało jej pogłębiać swoją miłość do Pana Boga. Z wielkiej wartości tej rozmowy, Połaniecki zdał sobie sprawę niedługo po ślubie:

Ulegał przy tym rozmaitym wpływom, które, same przez się drobne, wywierały jednak pewne działanie, choćby dlatego, że im się już umyślnie nie opierał. Takim był wpływ Maryni. Połaniecki nie zdawał sobie z niego sprawy i nie byłby go przyznał, a jednak ciągła obecnośc przy nim tej duszy pogodnej, szczerze i bardzo po prostu religijnej, bardzo obowiązkowej w stosunku do Boga, dawała mu mimowolnie poczucie spokoju i pogody, jakie w wierze znaleźć można. Ilekroć też prowadził żonę do kościoła, przypominał sobie te słowa, które mu powiedziała w Warszawie: „Jakże? To służba boża!” I wciągał się w nią, chodził bowiem zawsze z żoną do kościoła, z początku dlatego, by jej nie puszczać samej, a później i dlatego jeszcze, że sprawiało mu to pewne wewnętrzne zadowolenie, jakie na przykład uczonemu może sprawić przypatrywanie się objawom, które go szczególnie zajmują[16].

Połaniecki, dzięki swej małżonce, odkrył wielką wartość „służby bożej”, choć z początku uczestniczył we Mszy świętej razem z Marynią, tylko dlatego, aby przy niej czuwać. I chociaż ludzie uczestnicząc we Mszy świętej sprawowanej w języku łacińskim, zapewne wiele z niej nie rozumieli, to dzięki niej rozwijali swą religijność i przesiąkali pobożnością eucharystyczną.

Gdy Marynia będąc w ciąży była chora, dzień przed swą spowiedzią, w takich słowach pocieszała swego męża:

Ona przypomniawszy sobie, że niegdyś podobało mu się jej wyrażenie: „służba boża”, i chcąc mu dać poznać, że tu nie chodzi o nic innego, jak tylko o wypełnienie zwykłych religijnych obowiązków, powtórzyła z uśmiechem, niemal wesołym:
– Służba boża![17] 

I choć w tym przypadku jako „służbę bożą” określiła ona „religijne obowiązki” to już teraz możemy stwierdzić, że ich życie małżeńskie także można nazwać wypełnianiem „służby bożej”, która przejawia się na miłowaniu się nawzajem, czy wspólnym cierpieniu i radowaniu się (wszak Połaniecki swej żony, dopóki nie urodziła, nie odstępował na krok, sprowadzając się na skraj fizycznego i psychicznego wyczerpania). Jest to „liturgia życia codziennego”:

Połaniecki wiedział, że jego rozum był sprężystszy, myślenie rozleglejsze i wiedza głębsza niż jej, a jednak czuł, że przez nią – i jedynie przez nią – wszystko to, co było w nim, stawało się jakoś bardziej wykończone i szlachetniejsze. Przez jej również wpływ te wszystkie zdobytego przez niego zasady przechodziły z jego głowy, gdzie były martwą teorią, do jego serca, gdzie stawały się życiem. Pomiarkował, że nie tylko szczęście, ale on sam jest poniekąd jej dziełem. Było w tym nawet trochę rozczarowania do siebie, widział bowiem teraz bez żadnej wątpliwości, że gdyby był dostał byle jaką kobietę, to i sam mógłby wyjść na byle kogo. Czasem dziwił się nawet, jak ona mogła go pokochać – przypomniał sobie jednak wtedy jej wyrażenie „służba boża” – i to tłumaczyło wszystko. Dla takiej kobiety małżeństwo było także „służbą bożą”, a zatem i miłość nie jakąś dziką siłą leżącą poza wolą ludzką, ale właśnie aktem dobrej woli, służbą przysiędze, służbą bożemu prawu, służbą obowiązkom[18].

„Służba boża” jest więc dla Połanieckiego wyjaśnieniem zagadki jego własnego szczęścia i przemiany. Autor na samym końcu swej powieści, pisząc o Połanieckich spędzających razem czas w swym ogrodzie, stwierdza, że: 

To wszystko, co ich otaczało, to miał być ich świat. Oboje czuli, że ta wieś bierze ich w siebie, że poczyna się zawiązywać jakiś stosunek między nią a nimi i że odtąd życie msi im spłynąć tu, a nie gdzie indziej – pracowite, oddane „służbie bożej”, z ludem – na roli[19].

Tak oto uważny czytelnik może dostrzec, że Henryk Sienkiewicz w opisywanej tu powieści delikatnie ukazuje to, że „służba boża” powinna mieć naczelną wartość w życiu człowieka, oraz że dzięki niej człowiek nauczyć się może głębiej kochać Boga, jak i innych ludzi, a także, że Msza święta daje siły potrzebne do zmierzania się z szarą, codzienną rzeczywistością. Jako dopowiedzenie i potwierdzenie tych słów przytoczymy jeszcze krótkie zdanie wypowiedziane przez Bigiela do Połanieckiego: „Chwałą Bogu! Żona moja dała dziś na mszę (…)” (za chorą Litkę), na Mszę, która powinna być źródłem i szczytem życia każdego katolika.

b) „Msza po staremu się odprawia”

Dla wielu najsłynniejszym fragmentem Rodziny Połanieckich jest ten, w którym sam Połaniecki będąc w kościele i widząc wychodzącego do Mszy kapłana rozmyśla o tym, jak to wszystko przemija, a Msza ciągle po staremu się odprawia:

Tymczasem zajechali i obszedłszy kościół weszli bokiem do zakrystii, nie chcąc przeciskać się przez tłum. Panie siedziały w bocznych ławkach, tuż przed stallami. Pan Pławicki zajął ławkę kolatorską, w której byli tylko państwo Jamiszowie: on, człowiek wyglądający bardzo staro z twarzą inteligentną i zgnębioną; ona, kobieta dobrze pod sześćdziesiąt, ubrana niemal tak jak panna Marynia, to jest w suknię perkalową i słomiany kapelusz. (…). Potem wyszedł ksiądz ze mszą. Na widok tej mszy i tego kościółka pamięć Połanieckiego znów wróciła do lat dziecinnych, gdy bywał tu z matką. Mimo woli rodziło się w nim zdziwienie, jak dalece na wsi nic się nie zmienia, prócz ludzi. Jednych składają na księżej grudzi, drudzy się rodzą, ale nowe życie podstawia się w dawne formy, i kto przyjeżdża po długiej niebytności, z daleka, temu się zdaje, że to wszystko, co poprzednio widział, było wczoraj. Kościół był ten sam; nawa była równie pełna płowych głów chłopskich, szarych sukman, czerwonych i żółtych chustek, oraz kwiatów na głowach dziewek; tak samo pachniało kadzidłem, świeżym tatarakiem i wyziewami ludzkimi. Za jednym z okien rosła ta sama brzoza, której cienkie gałązki wiatr, gdy się podniósł, rzucał na okno i przesłaniając je, napełniał kościół zielonawym światłem; tylko ludzie byli nie ci sami: część tamtych rozsypywała się sobie spokojnie w proch lub wydostawała się trawą spod ziemi; ci zaś, którzy zostali jeszcze, byli jacyś pochyleni, zgarbieni, mniejsi, jakby powoli zasuwali się pod ziemię. Połaniecki, który chlubił się tym, że unika wszelkich zagadnień ogólnych, a który w gruncie rzeczy, mając jakby niewyłonioną jeszcze dostatecznie z wszechbytu słowiańską głowę, zajmował się nimi mimo woli ciągle, myślał teraz, że jednak jest okropna przepaść między tą wrodzoną ludziom namiętnością życia a koniecznością śmierci. Myślał także, że może dlatego wszystkie systemy filozoficzne mijają jak cienie, a msza po staremu się odprawia, iż ona jedna obiecuje dalszy i nieprzerwany ciąg[20].

Fragment ten, niedługo po zakończeniu obrad II Soboru Watykańskiego, we wstępie do swej książki pod znamienitym tytułem: Msza po staremu się odprawia, przypomniał o. Paweł Sczaniecki OSB, stwierdzając, że dzięki nadchodzącej reformie liturgicznej „żaden wnuk czy prawnuk Połanieckiego nie pomyśli, że msza odprawia się po staremu”[21].

Przywołajmy jeszcze fragment z ostatniego rozdziału „Rodziny Połanieckich”:

Lecz tym czasem zadzwoniono na sumę. W kościele znów dawne wspomnienia poczęły się Połanieckiemu cisnąć na myśli. Wszystko, co go otaczało, było takie jakieś znane, iż chwilami miał złudzenie, że był tu wczoraj. W nawie tak samo pełno było szarych głów chłopskich i zapachu tataraku; ten sam ksiądz celebrował przy ołtarzu, te same gałęzie brzozy poruszane wiatrem biły od zewnątrz w okno – i Połaniecki znów tak samo myślał, że wszystko mija – mija życie, mijają bóle, nadzieje, porywy, mijają kierunki myśli i całe systemy filozofii – a msza po staremu się odprawia, jakby w niej jednej była wieczysta niespożytość[22].  

Powyższe słowa skomentował, trzydzieści lat później, ks. Dariusz Olewiński w swej głośnej książce o Mszy świętej i Tradycji katolickiej:

Sienkiewicz pisał te słowa w okresie nie mniej burzliwym i tragicznym dla Polski niż czasy obecne [chodzi o postępujący kryzys liturgiczny – przyp. B. K.]. Czyż słowa te nie tchną ponadczasową mądrością, łagodnym powiewem wiecznej świeżości, unoszącej się nad zgliszczami historii? Dziś Sienkiewicz nie mógłby napisać, że ‘msza po staremu się odprawia’, albo musiałby dodać, że tylko gdzieniegdzie… Czy Połaniecki powinien był myśleć, że również msza przemija, tak jak mijają ideologie i systemy filozoficzne? Czy Sienkiewicz zbyt pochopnie wyraził swoje może nierealne życzenie?[23] 

Kilka lat później, Paweł Milcarek, komentując te same słowa, dodał, że w niemal dziesięć lat po opublikowaniu książki o. Szczanieckiego, inny autor pisał z „rewolucyjną emfazą”, że Msza święta, taka jaka była znana Sienkiewiczowi już nie istnieje[24].

Oddajmy teraz głos Połanieckiemu, dla którego to, że Msza ciągle po staremu się odprawia, jest wielką tajemnicą:

I w kościele przyszło mu znów na myśl to, o czym myślał w czasie pierwszej swej bytności w Krzemieniu, gdy razem ze starym Pławickim byli na nabożeństwie w Wątorach: „Wszystkie filozofie i systemy licho bierze, jeden po drugim, a msza po staremu się odprawia”. Zdawało mu się, że jednak jest w tym coś niepojętego[25].

Msza, która „po staremu się odprawia” skłania Połanieckiego do głębokiej refleksji nad istnieniem człowieka i jego pogoni za odnalezieniem sensu życia, które nieustannie przemija. Można pokusić się o stwierdzenie, że Połaniecki, dzięki uczestnictwu w liturgii, która była niezmienną od setek lat, odkrył ważną prawdę, którą kilkanaście wieków wcześniej opisał św. Augustyn, mianowicie, że serce człowieka nie zazna spokoju, dopóki nie spocznie w Bogu: 

Wyjechali już pod zachód. Od drzew kładły się długie cienie, słońce stało się wielkie i czerwone. Dalekie akwedukty i Góry Albańskie świeciły różowo. Byli w połowie drogi, gdy z wieży św. Pawła zadzwoniono na Anioł Pański – i wnet za tym dzwonem ozwał się drugi, trzeci, dziesiąty. Każdy kościół podawał głos następnemu, i zrobił się chór tak ogromny, tak rozdźwięczało się całe powietrze, jakby na Anioł dzwoniło nie tylko miasto, ale cała okolica, równiny i góry.

Połaniecki spojrzał na oświeconą złotym blaskiem twarz Maryni. Był w niej wielki spokój i skupienie. Widać było doskonale, że tak sobie teraz odmawia Anioł Pański, jak odmawiała w Krzemieniu, gdy dzwoniono w Wątorach. Zawsze i wszędzie jednako. Połanieckiemu przypomniała się znów „służba boża”. Wydało mu się to tak proste i uspokajające jak nigdy. Ale zarazem teraz, zbliżając się do miasta, zrozumiał trwałość, żywotność i ogrom tych wierzeń. „To wszystko – pomyślał – przecie tak trwa od półtora tysiąca lat, i nie w czym innym moc i niepożytość tego miasta, tylko w tych wieżach, dzwonach, w tej stateczności krzyża, który trwa i trwa”. Tu znów przypomniały mu się słowa Świńskiego: „Tu ruina, na Palatynie ruina, na Forum ruina, a nad miastem krzyże, krzyże i krzyże!” I wydało mu się niewątpliwym, że w samej tej trwałości jest coś nadludzkiego. Tymczasem dzwony biły, a niebo nad miastem oblewało się zorzą. Pod wrażeniem modlącej się Maryni i dzwonów, i tego nieszpornego nastroju, który zdawał się unosić nad miastem i całą ziemią, w Połanieckim, który miał wiele duchowej prostoty, poczęła się wyłaniać następna myśl: „Jakim musiałbym być głupcem i pyszałkiem, gdybym wobec tej potrzeby wiary i tego poczucia Boga miał szukać jakichś swoich własnych form czci i miłości, zamiast przyjąć te, które Marynia nazywa „służbą bożą” i które muszą być jednak najlepsze, skoro świat żyje w nich od blisko dwóch tysięcy lat…” Po czym, jako człowieka praktycznego, uderzyła go rozsądna strona tej myśli, i jął dalej mówić sobie, niemal wesoło: „Z jednej strony tradycja tysięcy lat, życie Bóg wie ilu pokoleń, Bóg wie ilu społeczeństw, którym było i jest w tych formach dobrze, powaga – Bóg wie ilu głów, które uważają je za jedyne – z drugiej strony, kto taki! – ja! Wspólnik domu komisowego pod firmą Bigiel i Połaniecki! – i ja miałbym mieć pretensję, że wymyślę coś lepszego, w co się Pan Bóg lepiej pomieści? Toż trzeba by chyba być durniem! Ja przecie jestem z sobą szczery człowiek i nie zniósłbym, gdyby mi przychodziło od czasu do czasu na myśl, że jednak jestem kiep. A do tego, tak wierzyła moja matka i tak wierzy moja żona – a nie widziałem w nikim więcej spokoju jak w nich”[26]. 

Myśli te przyszły Połanieckiego do głowy w Rzymie, który jest sercem chrześcijaństwa, a gdzie swą stolicę ma Sacerdos maximus (papież). Narodziły się one, gdy dzwony wszystkich kościołów, które mówią, że „pełno jest tęsknoty i „Bóg wzywa”[27],  poczęły bić na Angelus Domini.

V. Siła Tradycji

Refleksje i rozterki Połanieckiego pozwalają nam dostrzec wielką wartość różnorakich tradycji, a przede wszystkim Tradycji liturgicznej Kościoła świętego. W ostatnim czasie, mimo tego, że w wyniku reformy liturgicznej dokonanej po Soborze Watykańskim II, Msza trydencka została zepchnięta na margines życia Kościoła, przeżywa ona swe „nowe życie”[28], odprawiając się „po staremu”.

W tym uświęconym poprzez wieki rytuale tkwi swego rodzaju siła, która pozwala i dzisiejszemu człowiekowi odkrywać sacrum i zbliżać się w pokorze do Boga. Myślę, że jest to liturgia atrakcyjna dla człowieka, który dziś ciągle żyje w hałasie zagłuszającym pragnie modlitwy i spotkania z Bogiem.

Sytuacja ta zaistniała dzięki motu proprio Summarum Pontificum papieża Benedykta XVI, który w towarzyszącym mu liście napisał ważne słowa:

W historii liturgii jest wzrost i postęp, ale nie ma żadnego rozłamu. To, co przez poprzednie pokolenia było święte, również dla nas pozostaje święte i wielkie, i nie może być nagle całkowicie zabronione albo potraktowane jako szkodliwe. Nas wszystkich buduje zachowywanie wartości, jakie wyrosły z wiary i modlitwy Kościoła oraz przyznanie im słusznego miejsca[29].

Tak więc i dziś Połaniecki mógłby odetchnąć z ulgą, widząc, jak to, czym żył, co go ukształtowało i dzięki czemu tak mocno kochał Marynię, powraca i staje się źródłem wiary i pobożności dla ludzi żyjących w obecnych czasach. Dzięki papieżowi Benedyktowi XVI i ci, którzy dawnych czasów nie pamiętają, mogą uczestniczyć we Mszy świętej, która „po staremu się odprawia”.

Bartłomiej Krzych

 

 


[1] Por. H. Sienkiewicz, Rodzina Połanieckich, Warszawa 1986, s. 482-483.

[2] Ibidem, s. 192.

[3] Cyt. za: N. Gihr (ks.), The Holy Sacrifice of the Mass, St. Louis 1908, s. 337.

[4] Rodzina…, s. 19.

[5] Ibidem, s. 145.

[6] Ibidem, s. 628.

[7] Ibidem, s. 282.

[8] Ibidem, s. 619.

[9] Ibidem, s. 16.

[10] Ibidem, s. 282-283.

[11] Zob. wyżej.

[12] Ibidem, s. 246.

[13] Ibidem, s. 441.

[14] Ibidem, s. 167-168.

[15] Ibidem, s. 267-268.

[16] Ibidem, s. 298.

[17] Ibidem, s. 619.

[18] Ibidem, s. 638.

[19] Ibidem, s. 654.

[20] Ibidem, s. 20-21.

[21] P. Sczaniecki (o.), Msza po staremu się odprawia, Kraków 1967, s. 7.

[22] Rodzina…, s. 649-659.

[23] D. Olewiński(ks.), W obronie Mszy świętej i Tradycji katolickiej, Komorów 1997, s. 7-8.

[24] Por. P. Milcarek, Między Mszą i Mszą, [w:] Christianitas nr 9 (2001), s. 155.

[25] Rodzina…, s. 268.

[26] Ibidem, s. 312-313.

[27] Por. R. Guardini, Znaki święte, Wrocław 1982, s. 81.

[28] Numer 33 (2007) pisma „Christianitas” ukazał się pod tytułem: „Nowe życie starej Mszy”.

[29] Benedykt XVI, List do biskupów z okazji publikacji listu apostolskiego w formie motu proprio SummorumPontificum o stosowaniu liturgii rzymskiej w postaci sprzed reformy przeprowadzonej w 1970 roku, Poznań 2007, s. 20.

 

 

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.