Idzie wiosna, będą kwiatki!

Dnia 9.03.2009  podzielono użytkowników blogów (a sądząc po rozmaitych komentarzach, podział się przyjął) na tych, którzy ratują lasy, i tych, którzy ratują róże. Należę do drugiej grupy; uważam bowiem, że zniszczenie od róż się zaczyna, a do lasów dochodzi, a wielkie problemy powstają z zaniedbania małych spraw. Ale nie o tym miało być. Miało być o różach i innych kwiatach w sensie jak najbardziej dosłownym. I osobistym.

W komentarzu Bedy do Księgi Rodzaju znajduje się fragment, który Charles W. Jones nazywa odą Bedy do wiosny i do stworzenia. (Jones przygotowywał wydanie In Genesim dla serii Corpus Christianorum.) Jest to komentarz do Rdz 1:11-13 – trzeci dzień stworzenia, kiedy ziemia zaczyna rodzić wszelkiego rodzaju rośliny. Oto, co pisze Beda:

Jasno z tych słów wynika, że przyozdobienie świata roślinnością dokonało się w porze wiosennej i letniej; to jest bowiem czas, kiedy trawa zielona pojawia się na ziemi, a drzewa uginają pod ciężarem owoców. Trzeba też zauważyć, że pierwsze źdźbła traw i pędy drzew wyrastają nie z nasienia, ale z ziemi. Na jedno bowiem słowo Stwórcy ziemia, która była tylko suchym lądem, przyozdobiła się nagle zielenią i okryła kwitnącymi gajami, a każda roślina, każde drzewo natychmiast wydały owoc i nasienie stosownie do swego gatunku. Wypadało bowiem, aby u początków stworzenia wszystko, co powstało na rozkaz Pana, było od razu w doskonałej formie. Tak samo człowiek, dla którego wszystko na ziemi zostało stworzone, został od razu uformowany w doskonały sposób, to jest w świeżości i pełnej młodości swego człowieczeństwa.

Rośliny wyrastające wprost z ziemi: mi się kojarzą przede wszystkim z pieśnią Kementari, i pojawieniem się Dwóch Drzew, i ze stworzeniem Narnii przez Aslana. Dokładnie taki sam obraz się tam pojawia, bardzo piękny zresztą. A jednocześnie odpowiedź na pytanie: Co było pierwsze, jabłko czy pestka?

To był Beda i północna Anglia; teraz spójrzmy na słoneczną Italię. Kard. Ratzinger w swojej książce „Szukajcie tego, co w górze”, przytacza następującą historyjkę:

Franciszek [z Asyżu] poprosił brata zakonnego, który uprawiał ogród, by „nigdy nie 
obsadzał całego pola warzywami, lecz pozostawił część ogrodu na kwiaty, tak 
aby o każdej porze roku ziemia rodziła nasze siostry, kwiaty, z miłości do 
Tej, która jest nazwana ‘kwiatem pól i lilią doliny’ (Pnp 2:1)”. Chciał, by 
zawsze była piękna rabata z kwiatami, aby ludzie wszystkich czasów, patrząc
na kwiaty, zachwyceni chwalili Boga, bo „każde stworzenie woła do nas: Bóg
stworzył mnie dla ciebie, człowieku (Zwierciadło doskonałości XI, 118)”.

Straszne marnotrawstwo gruntu, prawda? Można sobie przecież wyjść na łąkę i poszukać tam kwiatków…

W 1993, kiedy doświadczyłem pierwszych objawów choroby, która towarzyszyć mi będzie do końca moich dni, ojciec mój przywiózł z działki lilie. Był lipiec, lilie kwitły. Zwykłe, kolorowe lilie azjatyckie: żółte, pomarańczowe, czerwone, nie te białe olbrzymy o duszącym zapachu, jakie można kupić w kwiaciarniach. Pamiętam, jak mnie wtedy te kwiaty ucieszyły, a właściwie – pocieszyły, chociaż tu trzeba by użyć raczej angielskiego comfort – tak jak o Duchu Świętym się mówi comforter; o ten rodzaj pocieszenia tu chodzi. Jak wspomniałem, był lipiec, zbliżał się dzień świętej Dziewicy z Góry Karmel. Pomyślałem wtedy, że te moje lilie są jak z ogrodu Matki Bożej. „Jam jest róża Saronu, jam jest lilia dolin”.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.