In hac lacrimarum valle czyli o „herezji”

Jakiś czas temu śledziłem pewną facebookową dyskusję, w czasie której jeden z dyskutantów, zresztą ksiądz, zaczął dowodzić, że używanie wyrażenia "padół łez" trąci herezją. Poza kilkoma innymi uczuciami wzbudziło to moją irytację, a kiedy takiego typowego jajogłowca jak ja zaczynają irytować jajogłowe wywody, to wiedz, że coś się dzieje...

Na marginesie, czy macie to samo wrażenie co ja, że ostatnimi czasy sporo rzeczy staje się herezjami, i to zgoła takich, których byśmy o kacerstwo nie podejrzewali? A to rozróżnienie na sacrumprofanum jest heretyckie, a to oddzielanie w Kościele duchownych od świeckich ktoś chce wysłać na stos, i wreszcie "padół łez" też doczekał się inkwizycyjnej kartoteki. (Cóż, nie powinienem się dziwić, jeszcze niedawno sam poddałem w wątpliwość prawowierność jednej pieśni kościelnej, że też mi palce nie uschły…) Niedawno czytałem jeden tekst blogowy, którego autor zżymał się, iż 50 lat po soborze Kościół z powrotem zmienia się w zamkniętą twierdzę, co przejawia się m.in. mnożeniem się łatwych oskarżeń o herezję. Jak widać ma rację, z tym że "herezja" jest taką samą pałką w rękach tych "otwartych", jak i tych "zamkniętych". Ależ ja tu truizmy gadam…

Ad rem. Niestety nie jestem w stanie odgrzebać w głębinach facebooka tamtej dyskusji, nie mogę więc odnieść się szczegółowo do argumentów za heretyckością "padołu łez".  Zapamiętałem tyle, że chrześcijanie wierzący w Zmartwychwstanie powinni dostrzegać i przeżywać tę Rzeczywistość w świecie, stąd określanie go "padołem łez" byłoby de facto wyrazem a może i faktorem niewiary. Herezja czy myślenie "paschalno-jednowymiarowe", jak myślicie?

Tak jeszcze dla porządku, ponieważ nie pamiętam szczegółowych argumentów z góry zaznaczam, że nie polemizuję z konkretną osobą, a tylko z pewnym sposobem myślenia, który mi się z takim potraktowaniem "padołu łez" kojarzy.

Zapadło mi w pamięć to podejrzenie "padołu łez" o kacerstwo, bo jak kiedyś pisałem, swojego czasu zakochałem się w antyfonie Salve Regina, a jednym z powodów mojej miłości było to wyrażane w niej niesłychane zaufanie, przekraczające pełną świadomość ludzkiej kondycji z całą jej nędzą i cierpieniem. A wszystko to w kilku słowach: Ad Te clamamus, exules, filii Evae, ad Te suspiramus, gementes et flentes in hac lacrimarum valle ("Do Ciebie wołamy, wygnańcy, synowie Ewy, do Ciebie wzdychamy, jęczący i płaczący w tej łez dolinie"). Notabene, w tamtej dyskusji został wysunięty argument "z Salve Regina", ale został zlekceważony, na zasadzie: "Co prawda jest tak w pieśni, ale…".

Dodatkowo jeszcze wróciłem do myślenia o tej sprawie kilka tygodni temu, kiedy miałem szczęście odprawiać I tydzień ignacjańskich Ćwiczeń duchowych. I tam, w ramach wprowadzenia do aktywności wyobraźni podczas rozmyślania nad tajemnicą grzechu, św. Ignacy pisze: "…wyobrażenie miejsca będzie polegało na popatrzeniu na moją duszę, jakby była uwięziona w tym mogącym się zepsuć ciele, a cały ten układ na tej łez dolinie jakby był na wygnaniu wśród dzikich zwierząt. Przez wyraz układ mam na myśli duszę i ciało".

Temat wrócił do mnie jeszcze jakoś przedwczoraj. Siedziałem nad redakcją tekstów VI-wiecznych synodów i tam, wśród uchwał synodu z Orange z 529 r. (antypelagiańskiego), jeden z punktów mówił: "Nikt nie ma z siebie niczego, jak tylko kłamstwo i grzech. Jeśli zaś ma coś człowiek prawdy i sprawiedliwości, jest to z tego źródła, z którego powinniśmy pragnąć pić na tej pustyni (in hac eremo), abyśmy zroszeni z niego jakby jakimiś kroplami nie ustali w drodze".

Problem jaki widzę w próbach teologicznego dekonstruowania takich ugruntowanych w tradycji metafor jak "padół łez" wiąże się ze swojego rodzaju intelektualną nonszalancją. Polega ona m.in. na pośpiechu, z jakim sugeruje się konieczność odrzucenia sposobu myślenia, w tym wypadku o świecie, jakie mieli nasi przodkowie w wierze (chyba, że chodzi o mitycznych pierwszych chrześcijan), bo nie pasuje do różnych intelektualno-życzeniowych konstrukcji. Jest w tym jakieś urwanie się z kotwicy, przez które nagle to, co nas jakoś przekonuje, staje się wyznacznikiem tego jak jest i jak być powinno. Tymczasem myślę, że warto, zanim zacznie się dekonstruować, odrzucać i heretyzować "padół łez" (i nie tylko) warto zatrzymać się nad tym wyrażeniem i przekontemplować je, najlepiej w jego liturgicznym czy duchowym kontekście, jakiego dostarczają teksty tradycji. Innymi słowy, zaufać tradycji, że nawet jeśli na pierwszy rzut oka mocno uwiera, to może jednak mówi coś ważnego, mało tego, kluczowego. 

Nie ma w moim odczuciu absolutnie żadnej sprzeczności pomiędzy widzeniem tego świata jako "doliny łez" (na marginesie, czyż to nie piękna poetycko metafora?) a wiarą w totalność Zmartwychwstania. Przede wszystkim to sformułowanie opisuje bardzo adekwatnie naszą ludzką rzeczywistość. Nadzieja chrześcijańska to nie różowe okulary albo maskon (dla tych, którzy nie czytali Kongresu futurologicznego Lema: maskon to substancja generująca halucynowanie rzeczywistości jako świata idealnego). Tak jak jest to genialnie ujęte w Salve Regina, nadzieja chrześcijańska, czerpiąc z łaski wiary w Zmartwychwstanie, transcenduje świadomość naszej skrajnej nędzy, grzechu, słabości i miernoty, transcenduje fakt, iż człowiek potrafi być makabrycznym potworem, niezależnie od tego czy żyje sobie w bogatym świecie zachodnim, czy w jakimś buszu (Marks bardzo się mylił ze swoim bytem określającym świadomość), transcenduje fakt, że żyjemy na padole łez… Jeśli tej świadomości brak (bo się ją np. wykasuje), jeśli zostaje zniesiony ten paradoks wiary w nowy, przemieniony świat podczas gdy żyjemy w starym świecie, wiara stanie się myśleniem życzeniowym albo obszarem abstrakcyjnych teoryjek.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.