In lacrimarum valle czyli o Kościele walczącym

Kiedyś tam zwierzałem się z mojej miłości do antyfony Salve Regina. Jest w niej fragment, który od samego początku mojej z nią znajomości uderza mnie swoim głębokim realizmem. Ad te clamamus exsules filii Hevae, ad te suspiramus, gementes et flentes in hac lacrimarum valle. "Do Ciebie wołamy, wygnańcy, synowie Ewy, do Ciebie wzdychamy, jęcząc i płacząc w tej dolinie łez".

Żyjemy w dolinie łez. Mam wrażenie, że ta niezwykle głęboka katolicka intuicja została w dużej mierze wyegzorcyzmowana ze świadomości Kościoła jako nie licująca z radosnym obliczem współczesnego chrześcijanina, nadzieją pustego piekła, albo po prostu z wygodnictwem i samozadowoleniem cywilizacji dobrobytu. Oczywiście w warstwie uzasadnień można usłyszeć, że chrześcijaństwo musi być optymistyczne, a wszelkie ponuractwo jest zakazane, bo stoi w sprzeczności z wiarą w zwycięstwo naszego Pana nad złem i śmiercią. Dlatego metafory typu „dolina łez” są szkodliwe, bo taki język czyni nas jęczyduszami, które nie wierzą w to, co głoszą. Wszystkim doketom, twierdzącym podobne dyrdymały sugeruję ćwiczenie filozoficzne, polegające na odwołaniu się do doświadczenia potocznego. Inaczej mówiąc, niech rozejrzą się uważnie wokół siebie i – last but not least – niech równie uważnie zajrzą w głąb siebie. Jeśli po tym dalej będą upierać się przy opcji radosnego optymizmu, to moim zdaniem świadczyć będzie o trwałym upośledzeniu władz poznawczych (określanym przez dawne autorytety dźwięcznym terminem stultitia). Nie ma Zmartwychwstania bez męki i krzyża. Nie ma prawdziwej radości ze zbawienia, bez głębokiego poznania naszej kondycji i uznania realności działania zła.

W tym kontekście warto się zastanowić nad inną metaforą (a może już nie metaforą?) – Kościoła walczącego. Też wyegzorcyzmowaną, bo podobno sprzeczną z nową, dialogiczną twarzą Pielgrzymującego Ludu Bożego (może to tylko moja przypadłość, ale jak słyszę tego rodzaju określenia to przechodzą mnie ciarki zażenowania). Ja bym powiedział, że o tyle sprzeczną, o ile pielgrzymujący i dialogiczny Lud Boży zapomina, że nie jest na wycieczce krajoznawczej albo Internacjonalistycznym Zjeździe Młodzieży, ale wędruje doliną łez, z której jedyna droga wiedzie przez krzyż. Doliny łez nie da się tak po prostu przepielgrzymować, w dolinie łez każdy krok jest walką, zarówno z tym, co wewnątrz mnie samego, jak i z tym, co na zewnątrz. Nie jest to bynajmniej walka bez radości w sercu – i tej wynikającej z ufności w to, co nas czeka po drugiej stronie i tej z drobnych zwycięstw czy z bliskości „towarzyszy broni”; zresztą w życiu chrześcijanina jest w ogóle mnóstwo radości z niezwykłego, żeby nie powiedzieć noszącego znamiona cudu dobra, ukrytego w rzeczach najzwyklejszych: więzach, dzieciach, relacjach itd. Niemniej jest to radość paradoksalna, bo jej tłem jest brutalny realizm doliny łez, przekraczany w wierze i nadziei, ale w żaden sposób przez to nie negowany czy lekceważony.

Zacząłem w ogóle myśleć na ten temat, ponieważ dotarła do mnie jedna rzecz. Czytałem czyjąś wypowiedź, nt. katolików i wielodzietności i ów ktoś zżymał się na to, że rodziny wielodzietne są często automatycznie klasyfikowane jako patologia. I pomyślałem sobie wówczas, że niepotrzebnie się zżyma. Bo gdzieś u podstaw tego rodzaju sposobu myślenia jest ukryte założenie, że możliwe jest zbudowanie na tym świecie Królestwa Bożego. Że kiedyś będzie można spocząć na laurach, bo zostanie zbudowany taki system, w którym zachowania zgodne z prawem Bożym będa przedmiotem uznania, krótko mówiąc, że skończy się walka. Tu znowu kłania się paradoksalna natura chrześcijaństwa. Bo to nie chodzi o to, aby nie walczyć o kulturę i życie społeczne oparte na wierze i zasadach chrześcijańskich, ale o to, aby robić to ze świadomością, że ta walka tu na ziemi nigdy się nie skończy. W dolinie łez Kościół nie triumfuje.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.