In persona Ecclesiae

– Kobiety nie powinny uczyć mężczyzn, a już na pewno nie kapłanów – usłyszałam kiedyś od konserwatywnego kuzyna. Przekonanie, że kobiety, jako mniej zdolne, powinny przede wszystkim zostać w domu przy dzieciach, jest wśród mężczyzn dość rozpowszechnione.


Teraz, kiedy poproszono mnie o krótki tekst na temat roli kobiety w Kościele, przypomniała mi się ta wyrazista opinia kuzyna. To bardzo miły człowiek, dlatego postanowiłam zastanowić się, czy przypadkiem nie ma racji.

Jest jeszcze inny problem. Spór wokół miejsca kobiety w Kościele toczy się głównie wokół sprawy kapłaństwa kobiet. Tymczasem tutaj nie ma po prostu o czym dyskutować. Chrystus, ustanawiając Eucharystię, związał ją wyraźnie z posługą Apostołów. Kapłan działa in persona Christi. Kobieta nie mogłaby stać się Oblubieńcem – Tradycja i nauczanie Kościoła są tutaj jednoznaczne. Poza tym: Roma locuta, causa finita. Nie wydaje mi się jednak, aby z tego wynikała dla mnie jakaś krzywda. Jestem katolikiem, chcę mieć zatem dostęp do sakramentów, ale nie muszę sprawować ich osobiście.

Jeśli jednak nie kapłan, to kto? Cóż właściwie my, kobiety, mamy tu do zrobienia i czy na pewno nasza rola w Kościele ogranicza się do urodzenia i wychowania dzieci? Wydaje mi się, że kłopot jest ciekawy. Nie jestem teologiem, opiszę go zatem z perspektywy publicystki–katolika, która, jak każdy wierny dowolnej płci, ma dostęp do nauczania Kościoła.

*

Przyznam, że osobiście nie spotkałam się nigdy z problemami na linii kobieta–Kościół. Nie natrafiłam także na większe kłopoty związane z tym, że jestem przedstawicielką płci pięknej. Wynika to pewnie stąd, że nie mam ambicji kapłańskich; mam inne. Powołania kapłańskiego po prostu u siebie nie rozpoznałam (podejrzewam, że stało się tak nie bez przyczyny; Bóg takich powołań po prostu kobietom nie daje). W Kościele instytucjonalnym – mam tu na myśli przede wszystkim duchownych, z którymi współpracowałam – moje umiejętności zawsze szanowano. Jeśli chodzi o świeckich, bywało różnie.

Problem zatem do jakiegoś stopnia istnieje, bo świeccy to także Kościół. Na ugruntowaną przez wieki siatkę tradycyjnego podziału ról, nakłada się wspomniany na początku, często przybierający humorystyczne formy, mizoginizm. Kobiecie do niedawna nie wolno było wielu rzeczy i sporej liczbie panów wydaje się, że tak powinno pozostać. Problem dostrzega również sam Kościół – wystarczy wspomnieć adhortację apostolską Jana Pawła II Vita consecrata (57): „należy uznać zasadność wielu rewindykacji dotyczących miejsca kobiety w różnych środowiskach społecznych i kościelnych” – stwierdza Papież. „Nowa świadomość kobiet pomaga również mężczyznom poddać rewizji swoje schematy myślowe, sposób rozumienia samych siebie i swojego miejsca w historii” – dodaje.

Nauczanie Kościoła dotyczące kobiet staje się coraz bardziej obszerne. Wystarczy zajrzeć do Mulieris Dignitatem Jana Pawła II (dalej MD). Wydźwięk tego dokumentu jest tak prokobiecy, że bł. Jan Paweł II bywał czasami nazywany „feministą”.

Paradoksalnie, dokument ten robi największe wrażenie tam, gdzie odnosi się do mężczyzn. Papież wspomina na przykład o podwójnym opisie stworzenia człowieka w biblijnej Księdze Rodzaju. Jak pamiętamy, w drugiej wersji kobieta powstaje z żebra Adamowego i ma stanowić dla mężczyzny pomoc. Z własnego doświadczenia wiem, że to bardzo eksploatowany fragment Pisma Świętego. Tymczasem, jak wyjaśnia Jan Paweł II, „kontekst biblijny pozwala rozumieć to także w ten sposób, że kobieta ma „pomagać” mężczyźnie — a zarazem on ma jej pomagać — przede wszystkim w samym „byciu człowiekiem” […]. Chodzi o „pomoc” obustronną, o „pomoc” wzajemną […]. Bezinteresowny dar z siebie ze strony kobiety winien znaleźć odpowiedź i dopełnienie w analogicznym „darze” ze strony mężczyzny” (MD 7, 10). Muszę przyznać, że ta wykładnia, tak prosta i oczywista, robi na mnie duże wrażenie. Kobieta jest powołana do służby i miłości. Bez wątpienia, ale mężczyzna również – argumentuje Papież.

Kolejny fascynujący fragment MD dotyczy grzechu pierworodnego. Po pierwsze, niezależnie od biblijnego podziału ról, zdaniem Jana Pawła II, nie można upadku wiązać z samą Ewą; jak pisze Papież, „pierwszy grzech jest grzechem człowieka, którego Bóg stworzył mężczyzną i niewiastą” (MD 9). Dużo ciekawszy jest jednak ciąg dalszy. Upadek pierwszych rodziców miał wśród swoich skutków także późniejsze losy kobiet: „opis biblijny z Księgi Rodzaju, zarysowując prawdę o następstwach grzechu ludzkiego „początku”, wskazuje również na zakłócenie tej pierwotnej relacji pomiędzy mężczyzną a kobietą, jaka odpowiada osobowej godności każdego z nich” (MD 10).

Do sfery upadku będzie należało zatem i to, co opisuje Jan Paweł II w Liście do kobiet z 1995 roku (LdK 3): „Jesteśmy, niestety, spadkobiercami dziejów pełnych uwarunkowań, które we wszystkich czasach i na każdej szerokości geograficznej utrudniały życiową drogę kobiety, zapoznanej w swej godności, pomijanej i niedocenianej, nierzadko spychanej na margines, a wreszcie sprowadzanej do roli niewolnicy. Nie pozwalało jej to być w pełni sobą i pozbawiało całą ludzkość prawdziwych bogactw duchowych”. Chociaż wiele feministek zaprzecza temu z całej siły, Kościół po prostu dostrzega ten problem.

*

Wydaje mi się, że błędem jest przeciwstawianie męskiemu powołaniu do kapłaństwa kobiece powołanie do macierzyństwa. Biologicznemu macierzyństwu (nazwijmy je tutaj biologicznym, chociaż może, oczywiście, przyjmować również formę adopcji czy przysposobienia) odpowiada przecież biologiczne (i rozumiane analogicznie) ojcostwo. Mówiąc krótko, gdzie jest matka, tam zawsze jest również ojciec – i także ojciec powołany jest do miłości, wychowania dziecka i opieki nad nim.

Relacja matki i dziecka jest, oczywiście, zupełnie specjalna. Jak zauważa Jan Paweł II, „rodzicielstwo — chociaż należy do obojga — urzeczywistnia się o wiele bardziej w kobiecie, zwłaszcza w okresie prenatalnym. […] Trzeba więc, aby mężczyzna był tego w pełni świadom, że w tym wspólnym ich rodzicielstwie zaciąga on szczególny dług wobec kobiety”. Jednak ojcostwo jest elementem niezbywalnym, przypomina Papież. „Całościowo rozumiane wychowanie nowego człowieka winno zawierać w sobie dwoisty wkład rodzicielski: wkład macierzyński i ojcowski” (MD 18).

Kobiety są powołane do macierzyństwa tak, jak mężczyźni są powołani do ojcostwa, a przecież nikt nie sprowadza istnienia tych ostatnich jedynie do funkcji ojca. Przyzwyczailiśmy się do tego, że mężczyzna może być jednocześnie ojcem i prawnikiem, poetą, malarzem, ślusarzem lub wykładowcą. Macierzyństwo i ojcostwo istnieją bowiem na innej płaszczyźnie niż talenty, które dostajemy od Boga, aby je pomnażać i realizować; które, podkreślmy, dawane i zadawane są również kobietom. Chcę podkreślić słowo „zadawane” – nie chodzi o samolubną realizację własnych upodobań, ale wykorzystanie danych przez Boga darów. Dostaje się je w jakimś celu. Właśnie dlatego – jeśli kobieta ma talent – powinna mieć możliwość realizowania go obok macierzyństwa. Również z punktu widzenia dobra własnej duszy.

Ojcostwo duchowe kapłana ma z kolei odpowiednik w duchowym macierzyństwie konsekrowanej dziewicy. Jan Paweł II wyjaśnia w MD: „Duchowe macierzyństwo przybiera wielorakie formy. W życiu kobiet konsekrowanych […] może się ono wyrażać jako troska o ludzi, zwłaszcza najbardziej potrzebujących” (MD 21). W Vita consecrata czytamy z kolei: „Kobiety konsekrowane są w bardzo szczególny sposób powołane, aby przez swoje poświęcenie, przeżywane w pełni i z radością, być znakiem czułej dobroci Boga dla ludzkości oraz szczególnym świadectwem tajemnicy Kościoła, który jest dziewicą, oblubienicą i matką”. Jeżeli kapłan działa in persona Christi jako Oblubieniec, konsekrowana dziewica działa jak gdyby in persona Ecclesiae, Oblubienicy.

Poza funkcją kapłańską, kobiety mogą pełnić w Kościele wszystkie inne możliwe funkcje. Jan Paweł II w Ecclesia in Europa (43) pisze wyraźnie: „konieczne jest — przede wszystkim w Kościele — promowanie godności kobiety”. I dalej w tym samym fragmencie: „Należy sobie życzyć, […] aby — dla umożliwienia kobietom pełnego udziału w życiu i misji Kościoła — ich zalety zostały w większym stopniu dowartościowane, również przez powierzanie im funkcji kościelnych, jakie prawo wyznacza osobom świeckim”.

A zatem kobiety mogą, jeśli zachodzi taka potrzeba, brać udział w soborach powszechnych, być ekspertami na synodach biskupów, pracować w sądach kościelnych, a podczas liturgii – być lektorami czy kantorami. Mogą w zastępstwie kapłana udzielać chrztu (i tak się dzieje na przykład na misjach, gdzie pod nieobecność kapłana robią to siostry zakonne), a nawet pod określonymi warunkami rozdzielać Komunię świętą, ale wówczas, kiedy ksiądz nie może wypełnić tych obowiązków samodzielnie (łatwo tutaj o nadużycia i parytetową przesadę). W świetle prawa kanonicznego kobiety mają prawo nauczać, w tym nauczać teologii, jeżeli otrzymają misję od Kościoła. Mogą taką misję otrzymać. Mogą również nauczać innych przedmiotów, w tym nauczać kapłanów.

Z tego, że kobieta „może” nie zawsze wynika jednak, że „musi” i to jeszcze na zasadzie odgórnego parytetu. Długa tradycja, na którą katolicy zawsze spoglądali co najmniej ze zrozumieniem, lokuje w pobliżu ołtarza jedynie mężczyzn. Ministrantura była często wstępem do drogi święceń. W tzw. mszy trydenckiej ministrant całuje kapłana w dłoń. Zrobiłam eksperyment myślowy i wyobraziłam sobie w tej roli wyemancypowaną feministkę. Efekt był zabawny. Jeżeli jednak gdzieś brakuje chłopców chętnych do posługi ministranckiej, a są natomiast takie dziewczęta, nie widzę w ministrantkach niczego szczególnie zdrożnego.

Kościół nie rezerwuje zatem dla kobiet wyłącznie roli matki. Nie licząc kapłaństwa, Kościół daje nam możliwości dokładnie takie same, jak mężczyznom (ba, daje również możliwości, których nie daje płci brzydkiej – mężczyzna na przykład nie zostanie urszulanką). Niech znakiem tego „równouprawnienia” będą kobiety na liście Doktorów Kościoła, a zatem świętych o wyjątkowym wpływie na doktrynę katolicką. Na razie są tam tylko trzy święte. Przypomnijmy jakie: św. Katarzyna ze Sieny, św. Teresa z Avila (Wielka), św. Teresa z Lisieux (Mała). Fakt, od niedawna. Chociaż żyły w XIV, XVI i XIX wieku, na tę czcigodną listę trafiły dopiero w 2. połowie XX wieku. Jak widać, Kościół nie podziela jednak tezy, że kobiety nie miały w historii wpływu na jego życie, że były mniej wybitne i mniej głębokie. Po prostu wcześniej rzadziej spoglądał w ich stronę; teraz robi to coraz częściej. W kolejce czeka już Hildegarda z Bingen (XII wiek), która ma stać się świętą i Doktorem Kościoła jeszcze w tym roku.

Kto wie, co będzie dalej? W historii Kościoła było wiele wspaniałych kobiet. Wśród kwiatów samego drzewa karmelitańskiego znajdziemy jeszcze św. Edytę Stein. Nawiasem mówiąc, historia Karmelu jest bardzo pouczająca – reformę karmelitańską, której znaczenie dla nowożytnej Europy po prostu trudno przecenić, zapoczątkowała właśnie kobieta, wspomniana św. Teresa Wielka, której współpracownikiem stał się potem (dla gałęzi męskiej) św. Jan od Krzyża, również Doktor Kościoła. To wspaniały przykład damsko–męskiej współpracy, która zmienia dzieje Kościoła. Karmelitanką była także Mała Tereska.

Na zakończenie jeszcze jedna historia. Tym razem mowa o pewnym znajomym kapłanie. Opowiedział mi, że odprawił mszę świętą z okazji 50–lecia małżeństwa swoich rodziców. Było tam, oczywiście, również kazanie. – Mogłem opowiedzieć im o teologii małżeństwa, o tym, co na ten temat mówi Pismo Święte. Ale o tym, jak przeżyć w miłości i wierności 50 lat, nie mogłem ich nauczać. „To Wy powinniście nas tego uczyć”, powiedziałem – relacjonował mi. Ten sam kapłan zachęcał mnie do podjęcia wykładów na uczelni kościelnej. W Kościele jest bowiem cała różnorodność funkcji i miejsc posługiwania. Niech kobiety odnajdą w nim miejsce zgodne w własnym doświadczeniem i powołaniem.

Marta Kwaśnicka (1981) – dziennikarz, blogerka, publicystka.

 

 

Zobacz także