Języki ludzi i duchownych

Lubię uczyć greki w kolegium na Służewcu, będzie mi tego bardzo brakowało, kiedy przestanie ono istnieć w czerwcu. Lubię też, co z pewnością może poświadczyć wielu dominikanów, rozwodzić się nad doborem słów w tłumaczeniu, opowiadając przy tym słynną historyjkę o kawie. (Nota bene, kawy nie pijam z tych samych powodów, dla których nie jadam mięsa.)

A historyjka o kawie jest przykładem, jakiemu wynaturzeniu ulec może język osób duchownych. Otóż dawno temu, pewien miły ksiądz, któremu pomagałem przy tłumaczeniu łacińskiego tekstu, zwrócił się do mnie z pytaniem: "Czy mogę panu uczynić kawę?" [Sic!!!] Oczywiście, chodziło o zrobienie kawy (i równie oczywiście, odmówiłem; herbata górą!). Czasownik "uczynić" jest jednym z kilku słów, które zrobiły i robią oszałamiającą karierę w polskim języku klerykalnym, znanym również jako język księżowski, kaznodziejski, duchow(n)y etc., etc. Podejrzewam, że słowo "zrobić" brzmi zbyt wulgarnie dla osoby duchownej, bo zrobić może np. dziecko w pieluchę, ewentualnie jeszcze kilka innych związków frazeologicznych można znaleźć, których nie będę tu wymieniał, aby nie narazić się na zarzut demoralizacji. Inne wytłumaczenie: słowo "zrobić" jest zbyt zwyczajne, zbyt przaśne, zbyt codzienne, i jako takie nie powinno kalać ust, które przeznaczone są do głoszenia tego, co święte. O ileż lepiej przecież brzmi "uczyniłem mu na złość" niż przyziemne "zrobiłem mu na złość"!

Inne słowo, które uwielbiają duchowni, to "ubogacić". Co tylko się da, należy ubogacić, aby było ubogacone. Chór ubogacił uroczystość, lektura może nas ubogacić, a po spotkaniu z księdzem X każdy poczuł się ubogacony… Nie cierpię tego słowa, pewnie w dużej mierze jest to po prostu moje osobiste poczucie estetyki lingwistycznej*), ale można przecież powiedzieć, że coś nas wzbogaciło duchowo czy intelektualnie…

Idźmy dalej: czasownik "miłować". W kościele nie kochamy, tylko miłujemy. Ale – czy przy spowiedzi ktoś mówi, że nie miłował Boga czy rodziców, żony, współpracownika? Czy nie powie raczej, że ich nie kochał? Czy dziecko mówi: "Mamusiu, jak ja cię miłuję"? Owszem, "miłować" to piękne słowo, tu akurat nie mam żadnych zastrzeżeń lingwistyczno-estetycznych, ale w wielu sytuacjach można po prostu powiedzieć "kocham"; dotyczy to także przekładów biblijnych czy liturgicznych.

A taka "niewiasta"? "W środę będzie nauka stanowa dla niewiast", jak ogłaszał mój śp. proboszcz w czasie rekolekcji. Współcześnie raczej tego słowa nie używamy, pojawia się w przekładach Biblii, chociaż nie jestem całkiem pewny, czy wszędzie jego użycie jest niezbędne. Chyba że osoby duchowne uznają jedną z możliwych etymologii "kobiety" (od ‚kob’, czyli chlew), i uważają ją za zbyt obraźliwą dla płci przeciwnej. Ale "niewiasta" też zbyt pochlebnym słowem nie było, jeśli wierzyć Brucknerowi.

Osobiście nie lubię jeszcze jednego zwrotu: Pan Bóg. Pan Bóg nas powołuje, odpowiadamy Panu Bogu, Pan Bóg łaskę daje etc. To głównie moje poczucie estetyczne, ale nie tylko – podeprzeć się mogę tekstami Pisma. Weźmy np. Iz 40:10 – "Oto Pan Bóg przychodzi z mocą" (nawet to śpiewają u dominikanów). A w oryginale mamy "Adonai JHWH" – mój Pan, JHWH.  "Oto mój Pan, Bóg, przychodzi z mocą" – dla mnie brzmi lepiej. Czy np. Am 8:11 – "wyrocznia mojego Pana, JHWH". "Pan, nasz Bóg"; "nasz Pan i Bóg" (jak w Apokalipsie**); "nasz Pan"; czy po prostu "Bóg", brzmią dla mnie o wiele mocniej niż zbitka "Pan Bóg", która jest tak oklepana, że chyba już nawet nie dostrzegamy jej znaczenia. Przecież słowo "Pan" nie jest tu użyte w takim samym znaczeniu, jak np. w zwrocie "pan Kowalski", czy nawet "pan prezydent". A "Jezus Chrystus"? Ile osób zdaje sobie sprawę z tego, że to nie jest imię i nazwisko? Dlatego wolę nowotestamentalne "Chrystus Jezus", ma dla mnie więcej siły, i więcej świeżości, podkreśla godność Jezusa z Nazaretu, którego Bóg uczynił i Panem, i Chrystusem (Mesjaszem), jak głosił św. Piotr (Dz 2:36).

Zdaję sobie sprawę z tego, że wyrażam w dużej mierze moje osobiste językowe predylekcje, i nie każdy musi się z nimi zgadzać. Ale jako filolog zapewniam, że dobrze jest czasami zastanowić się nad znaczeniem słów, których używamy, nad ich dźwiękiem, barwą, obrazami, jakie w sobie niosą.

*) Przypomina mi się inne słowo na ‚u’, z tzw. Brytyjki, czyli protestanckiego przekładu Biblii: zamiast ‚nawrócić się’ wszędzie było ‚upamiętać się’ (greckie metanoeo).

**) Domicjan kazał się tytułować "dominus et deus", pan i bóg; najwyraźniej autor Apokalipsy użył tego samego zwrotu, aby wskazać na prawdziwego Pana i Boga.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.