Kapłanami są wszyscy chrześcijanie

Redakcja Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego: Jakie jest znaczenie koncelebry w Wielki Czwartek? Jak należy interpretować koncelebrę w tym dniu, jeżeli kapłan występuje in persona Christi?

Tomasz Kwiecień OP: Znaczenie koncelebry jest całkiem jasne. Pełna koncelebra jest wtedy, kiedy sprawuje ją biskup, a wraz z nim koncelebrują jego prezbiterzy. Natomiast istnieje też inny typ koncelebry, który zachował się w tradycjach kościołów wschodnich, czyli koncelebra samych prezbiterów, bez osoby biskupa. Jakakolwiek koncelebra by nie była, jej sens pozostaje ten sam: jest jedna Eucharystia, którą celebruje kościelna wspólnota. I dlatego Eucharystia celebrowana w Wielki Czwartek jest przede wszystkim znakiem pełni wspólnoty kościelnej. Taki jest jej sens i taka jest jej istota. Z tego powodu przepisy współczesne zabraniają odprawiać Mszy Świętej w Wielki Czwartek prywatnie. Ksiądz tego dnia sam nie może odprawiać Mszy, musi odprawić ją w zgromadzeniu Kościoła. To jest zasada zupełnie podstawowa.

A jeśli chodzi o drugą kwestię, osobiście mam pewne zastrzeżenia co do sformułowania, że kapłan występuje in persona Christi: w celebracji eucharystycznej każdy, również świecki, jest in persona Christi. Zgodnie z liturgiczną świadomością chrześcijaństwa od samych jego początków Chrystus jest obecny także w zgromadzeniu Kościoła (mówi o tym także soborowa konstytucja o Liturgii). To ono również reprezentuje Chrystusa, nie tylko ksiądz. Ksiądz nie odprawia Mszy Świętej dla ludzi. Jeżeli tak robi, to znaczy, że nie rozumie, po co ona jest. Ksiądz odprawia Mszęz ludźmi. To dość istotna różnica. Dlatego też sądzę, że teologia podkreślająca bycie księdza in persona Christi, trochę się nie sprawdza. Nie sprawdza się w pojmowaniu Kościoła jako rzeczywistości, która cała jest podmiotem celebracji eucharystycznej. Każdy wierny, każda cząstka Kościoła jest w niej ważna i każda jest podmiotowa. Oczywiście nie każda ma tę samą rolę do spełnienia. Nikt nie jest w stanie zastąpić wyświęconego szafarza. Jego rola jest szczególna i wyjątkowa. To jednak nie oznacza, że zgromadzenie jest jedynie biernym słuchaczem, przyjmującym dobrodziejstwa. Ono także celebruje, także uczestniczy.

DOL: Ale czy to nie jest tak, że owa teologia in persona Christi jest związana właśnie z nieodzowną i nie do zastąpienia rolą szafarza? Czy rezygnacja z niej oznacza, że wszyscy koncelebrujący mają prawo mówić w pierwszej osobie: Bierzcie, to jest Ciało moje…?

T.K.: Tak, to jest związane ze sposobem myślenia o liturgii, w którym akcentuje się słowa ustanowienia Eucharystii, tak jakby pozostałe nie były równie ważne. Pamiętajmy o tym, że są Kościoły, które sprawują Eucharystię w ważny sposób, nie używając tych słów.

To jest teologia, która się sprawdza w pewnym konkretnym przypadku łacińskiej celebracji eucharystycznej sprzed Soboru Watykańskiego II. Ona wtedy rzeczywiście opisywała sposób przeżywania tego przez Kościół. Ale moim zdaniem nie jest adekwatna ani do reformy liturgicznej, ani też do całego chrześcijańskiego universum. To jest problem dużo bardziej skomplikowany. Prywatnie nie czuję żadnej specjalnej więzi ze sformułowaniem in persona Christi. Nie jest ono dogmatem wiary, lecz pewną formułą teologiczną, która ma coś wyjaśnić. Nie jest to jedyny sposób, żeby wyrazić znaczenie szafarza czy przewodniczącego Eucharystii, takiego jak wyświęcony prezbiter lub biskup. Mogę to wiedzieć, mogę to uznawać, nie używając sformułowania in persona Christi. To nie znaczy, że to określenie jest fałszywe – ono jest w pewnym sensie ograniczające i ekskluzywne. Wyłącza podmiotowość ludu Bożego z celebracji eucharystycznej, więc myślę, że ze spokojnym sumieniem można z niego zrezygnować.

DOL: Jak to jest zatem z tym kluczowym znaczeniem słów ustanowienia? Z jednej strony były (są) one w liturgii łacińskiej w jakiś sposób akcentowane, a z drugiej Kościół zatwierdził możliwość używania anafory Addaja i Mariego, w której słowa te nie występują.

T.K.: Słowa ustanowienia są akcentowane od czasów świętego Ambrożego. Był on pierwszym, który stwierdził, że do wypowiedzenia tych słów mamy jeszcze zwykły chleb i wino, a po ich wypowiedzeniu – Ciało Pańskie i Krew Pańską. Natomiast na Wschodzie akcentowano zawsze o wiele bardziej rolę epiklezy, czyli prośby do Ojca o zesłanie Ducha Świętego.

Być może prawdziwa jest teza, mówiąca o dwóch źródłach lub dwóch teologiach celebracji eucharystycznej. Jedna z teologii, tzw. Pawłowa, akcentuje bardziej wydarzenie Krzyża Chrystusa, a w związku z tym również i słowa ustanowienia, które odnoszono do Krzyża i męki: Ciało wydane, Krew wylana. Druga teologia, tzw. apostolska – kładąca większy nacisk na doświadczenie obecności Pana Zmartwychwstałego pomiędzy uczniami – będzie bardziej akcentowała moment Zmartwychwstania. W związku z tym skupiać się będzie również na słowach wezwania Ducha Świętego jako Tego, który jest obiecany Kościołowi i który przyszedł, by go prowadzić. Ta teoria dwóch źródeł była dość powszechna w połowie XX wieku i w jakimś stopniu jest wytłumaczeniem dla obu tych sposobów myślenia. Jedno jest pewne: nie dowiemy się, jaka była pierwotna modlitwa eucharystyczna, nic o niej nie wiemy. Z dużą pewnością możemy powiedzieć tyle, że była formą dziękczynną i kończyła się słowem Amen. Natomiast co było w środku…?

DOL: Zwłaszcza że były one przecież w dużej mierze improwizowane.

T.K.: Tak, choć trzeba wiedzieć, na czym polegała owa ‘improwizacja’. To nie znaczyło, że biskup, który przewodniczył zgromadzeniu, mówił, co mu ślina na język przyniesie; on sobie tę formułę wcześniej układał. Tak więc w tym sensie były improwizowane, czyli układane przez każdego biskupa, choć oczywiście były pewne elementy wspólne tych modlitw. Wystarczy przywołać przykład Męczeństwa św. Polikarpa. Modlitwa, którą Polikarp odmawia przed śmiercią, jest ewidentnie formułą – aluzją do modlitwy eucharystycznej, która jest dziękczynna, wzywa Ducha Świętego, wspomina Trójcę, Paschę Chrystusa, a więc Jego mękę, śmierć, Zmartwychwstanie, dzieło zbawienia i wcześniejsze dzieło stworzenia. Kończy się trynitarną doksologią. Tekst ten zaczyna się od zmiany szat, od zdjęcia szat Polikarpa, po tym następuje ryt, który ewidentnie rodzi skojarzenie z celebracją eucharystyczną, ponieważ Polikarp się nie spala, ale przypieka jak chleb. Złoty kolor i przepiękny zapach. Kat przychodzi dobić Świętego, a z jego ciała wypływa mnóstwo krwi, która zalewa ogień. To ewidentnie symbole eucharystyczne. Modlitwa Polikarpa jest na kształt celebracji eucharystycznej: Polikarp odprawia Eucharystię z własnego życia i własnej śmierci. To on jest ofiarą na wzór Chrystusa, który sam jest ofiarą, nie ma tam w ogóle słów o Ostatniej Wieczerzy i słów ustanowienia.

Didache, w modlitwie dziękczynnej, która dla wielu badaczy jest pewnym wzorcem modlitwy eucharystycznej, również nie spotkamy tych słów. A najstarsza zachowana modlitwa eucharystyczna, którą posiadamy, to właśnie anafora Addaja i Mariego, która też tych słów nie zawiera i w takiej formie już pozostała. Oczywiście, burzy ona tradycjonalistów, jednak fakty pozostają faktami. Z nimi się nie dyskutuje, można je jednak interpretować. Większość liturgistów powie dzisiaj – i myślę, że to najwłaściwsze podejście – iż to, co naprawdę istotne, to modlitwa eucharystyczna. W niej wspomina się wydarzenia Ostatniej Wieczerzy i wzywa Ducha Świętego i ona cała jest konsekrująca, nie zaś same słowa ustanowienia. Skupianie się na konkretnych słowach sprowadza nasze myślenie o Eucharystii do zaklęcia, które musimy wypowiedzieć. Takie hokus-pokus (zresztą słowa te pochodzą najpewniej od: Hoc est enim Corpus Meum). Wypowiadamy hokus-pokus i „robimy” Pana Jezusa… W takim razie pozostaje pytanie o całą resztę, czy jest ona konieczna. W ten sposób koncentrujemy się na ornamencikach do tego, co istotne, czego konsekwencją jest jurydyczne myślenie, i wspomniane już myślenie magiczno-prawne. Zupełnie jak gdyby wszystko poza formułą było mniej istotne, nieistotne albo drugorzędne. Tylko czy wspominanie tajemnicy zbawienia jest drugorzędne?

Zapomina się, że Eucharystia jest rzeczywistością, w której cały Kościół uświadamia sobie to, czym jest i jakie jest dzieło zbawienia. Nie uczestniczymy w liturgii tylko po to, by asystować w „zrobieniu” Pana Jezusa, którego następnie spożyjemy. To jest wulgarne myślenie i można się oburzać na sposób, w jaki tę myśl wyrażam, ale cóż z tego, skoro wielu ludzi właśnie tak wulgarnie myśli? I nawet nie uświadamiają sobie tego, że jest to myślenie wulgarne

To wszystko nie znaczy, że słowa ustanowienia nie mają wartości konsekracyjnej. Mają, ale nie należy rozumieć ich magicznie, jak zaklęcie. Łacińska teologia zazwyczaj w tej kwestii opiera się na tekście św. Ambrożego z Mediolanu z IV księgi dzieła De sacramentis, która sugeruje konieczność wypowiedzenia słów ustanowienia z wieczernika przez księdza. Jednak chwilę później przypisuje skuteczność konsekracyjną efektywności Słowa Bożego i porównuje ją do dziela stworzenia, gdzie Bóg na początku rzekł i stało się (por. Sakramenty, IV, 5, 21-24). Wieczernik dla eucharystii, można powiedzieć, jest jak dzieło stworzenia wobec tego, co istnieje teraz. Wyraźniej ujmą to samo święci Doktorzy Kościoła ze Wschodu. Jan Chryzostom (IV-V w.) ujmuje to tak: „To jest Ciało moje’, powiedział. To słowo (…) raz wypowiedziane, od tamtego czasu aż do dnia dzisiejszego (…) czyni Ofiarę dokonaną na każdym stole w Kościołach” (Homilia o zdradzie Judasza, 1/2.6). Jan Damasceński (VIII w) z kolei mówi: „Bóg mówi: ‘To jest moje Ciało’ i ‘To jest Krew moja’ i ‘To czyńcie na moją pamiątkę’. I przez swój wszechmocny nakaz to się dokonuje aż do czasu, gdy przyjdzie”. (Wykład wiary prawdziwej 86 (IV,13). Te teksty nie sugerują bynajmniej konieczności wypowiadania słów ustanowienia podczas każdej celebracji, choć prawda, że taka była i jest praktyka większości kościołów. Wybitny teolog Robert Taft, zresztą konsultor watykańskich kongregacji, wspomina ich nauczanie w swim artykule o modlitwie eucharystycznej Addaja i Mariego i tak konkluduje: „W sensie patrystycznym zatem, Słowa Ustanowienia są zawsze konsekracją, nawet Anafora Addaja i Mariego, ponieważ wypowiadanie przez Jezusa tych słów podczas Ostatniej Wieczerzy pozostaje skutecznie konsekracją każdej Eucharystii aż do końca czasów. W ten sposób dary chleba i wina zostają poświęcone [konsekrowane] przy użyciu anafory, która ma zastosowanie do obecnych darów chleba i wina, które podał Jezus. To, w jaki sposób poszczególne anafory dokonują tego zastosowania, jest bardzo różnorodne i zależy od lokalnej tradycji, specyficznej historii i doktrynalnych związków z czasem i miejscem” (Tł. M. Blaza, SI)

Jest jeszcze jeden powód, dla którego należy traktować modlitwę eucharystyczną jako całość: Eucharystia jest zawsze uczestnictwem w rzeczywistości, która przekracza czas. Często stosujemy kategorię dzisiejszego czasu,chronos, czasu, który biegnie ku śmierci, podczas gdy jesteśmy w rzeczywistości, którą przywykliśmy nazywać kairos– czas święty, czas zbawienia, czas właściwy. Nie sposób wymierzyć chronometrem rzeczywistości eschatologicznych, a Eucharystia i przemiana eucharystyczna należą do porządku nowego świata, tego, który nadchodzi. Dlatego, moim zdaniem, pewną niezręcznością, żeby nie powiedzieć gafą, jest szukanie konkretnego, precyzyjnego momentu przeistoczenia. Choć trzeba wiedzieć, że tradycja łacińska traktuje te słowa jako konieczne do tego, żeby Eucharystia się stała. Przy tym należy też mieć świadomość, że przecież Duch Święty jest obecny w każdym słowie Pana, że cała misja Chrystusa jest w Duchu Świętym. On jest nam dany i nawet jeżeli nie wzywamy go wprost, to i tak wiemy o Jego obecności i Jego działaniu.

DOL: Nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie w kwestii kapłaństwa. Skoro rezygnujemy z teologii in persona Christi, to jak inaczej uzasadnić nieodzowność obecności kapłana?

T.K.: Zawsze był ktoś, kto przewodniczył Eucharystii. Po prostu. Widać to już w Nowym Testamencie. Tymoteusz jest wyraźnie przestrzegany przed zbyt pospiesznym nakładaniem rąk na innych. Czym jest gest nałożenia ręki? Gestem utożsamienia, gestem zaproszenia kogoś do wspólnoty ze mną, do wspólnoty z moją posługą. Biskup nakłada ręce na prezbitera na znak włączenia go w swoją posługę, którą pełni. Jest to moment święceń: wzywa Ducha Świętego w modlitwie konsekracyjnej, nakłada ręce na znak wspólnoty, dlatego też pozostali prezbiterzy również czynią ten gest na znak wejścia do wspólnoty. Warte podkreślenia jest to, że prezbiterzy są wtedy współkonsekrującymi wraz z biskupem. Dla nich jest to akt włączenia do kolegium. Oczywista jest więc konieczność obecności wyświęconego szafarza, który jest gwarantem tego, że Eucharystia pozostanie darem, a nie czymś, co wspólnota sama bierze. On jest gwarantem, że przestrzeń daru zostanie zachowana. I tu nie jest wcale konieczne używanie sformułowania in persona Christi, również dlatego, że znaczyłoby to, że Chrystus jest niejako nieobecny. Ale On obecny jest. Jest głównym celebransem każdej liturgii, od jej początku do końca. „Konstytucja o Liturgii” Soboru Watykańskiego II mówi o obecności Chrystusa w zgromadzeniu: „Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, szczególnie w czynnościach liturgicznych. Jest obecny w ofierze Mszy świętej, czy to w osobie odprawiającego, gdyż "Ten sam, który kiedyś ofiarował się na krzyżu, obecnie ofiaruje się przez posługę kapłanów", czy też zwłaszcza pod postaciami eucharystycznymi. Obecny jest mocą swoją w sakramentach tak, że gdy ktoś chrzci, sam Chrystus chrzci. Jest obecny w swoim słowie, albowiem gdy w Kościele czyta się Pismo święte, wówczas On sam mówi. Jest obecny wreszcie, gdy Kościół modli się i śpiewa psalmy, gdyż On sam obiecał: "Gdzie dwaj albo trzej są zgromadzeni w imię moje, tam i ja jestem pośród nich" (Mt 18,20)” (KL nr 7).

Boję się, że jesteśmy bardzo mocno przyzwyczajeni do tego, że jak ktoś powie, że jak ksiądz nie jest in persona Christi, to od razu zakwestionuje całą realność konsekracji. To pozostałość mało udanych polemik ze światem protestanckim.To także wina ograniczonego myślenia, czy pewnych kalek myślowych, które mamy w głowie i schematów, których nie jesteśmy w stanie się wyzbyć. Kościoły Wschodnie nie używają sformułowania in persona Christi, a wierzą w realność Eucharystii i posługi duchownej tak samo jak my.

DOL: Przez długi okres czasu narosło coś na kształt mistyki kapłaństwa. Jakby sam urząd został napompowany taką treścią…

T.K.: On rzeczywiście jest napompowany może trochę bardziej niż powinien… Jest już czas, aby mocniej dowartościować to, co jest bezsprzecznym faktem płynącym wprost z Nowego Testamentu. Na pogłębienie czeka wciąż świadomość tego, że cały Kościół jest kapłański i że każdy chrześcijanin mocą chrztu i bierzmowania jest uczestnikiem tego kapłaństwa. W Nowym Testamencie posługa biskupa czy prezbitera nigdy nie jest nazwana wprost kapłaństwem (hierateuma), ani oni nie są nazwani kapłanami (hiereis). Jeśli mowi się o kapłaństwie w sensie nowym, nie starotestamentalnym wprost, to tylko w dwu przypadkach. Arcykapłanem Nowego Przymierza jest Jezus Chrystus (tak Hbr 10), kapłaństwem, bądź kapłanami są wszyscy chrześcijanie (tak 1P 2,5.9 i Ap 1,6; 5,10; 20,6) Nie można tak po prostu ignorować tego, co expressis verbis napisano w Słowie Bożym. Pamiętam, że jednym z zarzutów, jakie otrzymał wybitny dominikański teolog, o. Congar w latach pięćdziesiątych XX w., było to, że przyznawał kapłaństwu powszechnemu (bo tak przywykło się je nazywać) znaczenie realne, a nie metaforyczne, jak chciał rzymski cenzor. Zgroza. Kilka lat później prawda o kapłaństwie wszystkich ochrzczonych znalazła się, kilkakrotnie powtórzona, w dokumentach Soboru. Tę myśl tak streszcza kościelny Katechizm: KKK 1547: „Kapłaństwo urzędowe (…) oraz kapłaństwo wspólne wszystkich wiernych, chociaż "jedno i drugie… we właściwy sobie sposób uczestniczą w jedynym kapłaństwie Chrystusowym" (Lumen Gentium 10), różnią się jednak co do istoty, będąc sobie wzajemnie przyporządkowane (jw). (…) Podczas gdy kapłaństwo wspólne wiernych urzeczywistnia się przez rozwój łaski chrztu, przez życie wiarą, nadzieją i miłością, przez życie według Ducha, to kapłaństwo urzędowe służy kapłaństwu wspólnemu” (nr 1547). Jak widać przywrócenie świadomości kapłaństwa wspólnego nie musi się dokonywać kosztem dezawuowania kapłaństwa ministerialnego, ale może taki obrót spraw wreszcie ustawi kapłaństwo ministerialne na właściwym miejscu. Bo zastanówmy się, do czego ono służy? Do tego, by podtrzymywać w całym ludzie Bożym świadomość jego kapłaństwa powszechnego. Kapłaństwo ministerialne, czyli służebne, jest służebne wobec czegoś. Wobec czego? Wobec kapłaństwa powszechnego, czyli wobec wszystkich ochrzczonych. Jednym słowem jest nakierowane na to, żeby cały Kościół Boży był świadomy swojej misji kapłańskiej. Kapłaństwo urzędowe w Kościele, będące przedłużeniem, a może lepiej wyrazem misji Chrystusa, ma podtrzymywać w wiernych świadomość ich kapłaństwa powszechnego.

DOL: Trochę na zasadzie pars pro toto?

T.K.: Podobnie jak w Starym Testamencie, gdzie kapłani mieli przecież za zadanie być stróżami świadomości, że cały Izrael jest ludem kapłańskim. Na tej samej zasadzie Nowy Izrael też jest ludem kapłańskim, mającym swoją hierarchię, której jedynym celem jest podtrzymywanie świadomości kapłańskiego wybrania całego Kościoła. Tak to zresztą ujął kilka lat temu kard. Ratzinger w przemówieniu do biskupów na synodzie rzymskim o kapłaństwie. W innym przypadku, Kościół staje się dwukastowy: jest kasta świecka i kasta duchowna. Takie podejście nigdy nie przekłada się dobrze na życie Kościoła. Jesteśmy dziś sami świadkami klerykalnego podejścia: funkcja kościelna, służba kościelna, służba sakramentalna zostaje połączona z liturgicznymi faktami i z pewnego rodzaju wybraniem, które ma przełożenie w całkiem świeckich dziedzinach życia. Myślę, że jeszcze przynajmniej kilka pokoleń będzie z tym walczyć.

DOL: Dziękujemy za rozmowę.

Redakcja: Anna Wojna

 

Zobacz także