Katecheci, jak leci?

Dźwięk dzwonka kończący 45 minut lekcji religii jak Red Bull dodaje skrzydeł. Bywa, że nie  tylko uczniom. Czemu? Jako katechetka na zaś biję się w piersi - nasza wina. Nasza bardzo wielka wina.

Skazany na szkołę

Najprościej zawołać na Radzie Pedagogicznej – wszystkiemu winni są uczniowie! Bo gadają, bo rodzice znowu nie kupili ćwiczeniówki “a przecież prosiłam”, na dodatek Piotruś z 1b przeżegnał się lewą ręką. Zgroza! Jak na to zareaguje transcendentny Bóg, Duch nieskończenie doskonały? – myśli przerażony katecheta, świeżo po magisterium z teologii ogólnej z zerowym doświadczeniem pedagogicznym. Czemu te dzieci nie siedzą grzecznie i patrzą na przemian w moje  oczy i w tablicę, tylko biegają, kopią się pod ławkami, albo co chwila chcą siku? („wytrzymaj, jesteś ministrantem!”)   –  rozkłada ręce ze łzami w oczach katechetka – stara panna w szaroburym kostiumie, która oprócz dziennika przynosi na lekcję pożółkły skoroszyt z opracowanymi piętnaście lat temu tematami lekcji, straszy dzieci piekłem i stawia do kąta za gadanie. A może dzieci to dzieci, niech robią co chcą, byle notatkę zapisały, którą im podyktuję – macha ręką ucząca (na szczęście dawno) religii specjalistka BHP (bo nikogo innego nie było), z wypracowaną do perfekcji  strategią katechetyczną “dotrwać do dzwonka”. Z kolei ten, czy inny autor serii podręczników, lub raczej „udręczników” dla klas  1-6, proponuje zrealizować większość tematów w oparciu o wyłącznie Katechizm Kościoła Katolickiego (tak, ten gruby, niebieski), bez żadnych metod aktywizujących, zapraszając do analizy fragmentów tej książki czwartoklasistów. On nawet szczerze wierzy, że piąta klasa będzie piała z zachwytu po lekcji o historyczności Jezusa Chrystusa i jeszcze podyskutuje na przerwach o poglądach Swetoniusza i Pliniusza Młodszego. Cóż. Ksiądz to ksiądz – dzieci nie ma, ale dlaczego mam wrażenie, że nigdy nie był na wykładzie (obowiązkowym!) z psychologii rozwojowej w seminarium?

Młodzież wcale nie ma na religii lepiej. Nawet mimo tego, że „udręczniki” nie są już obowiązkowe, tak jak w podstawówce. Większość katechetów jak mantrę powtarza slogan: „ta dzisiejsza młodzież nie jest łatwa” i co gorsza nie chce nawet spróbować uwierzyć, że choć faktycznie nie jest łatwa, to nie bywa też tak trudna, by się jej bać, omijać z daleka lub spodziewać się po niej najgorszego. I albo się poddają, albo za wszelką cenę próbują zamienić się miejscami z Panem Bogiem i zajmują się nawracaniem na siłę. Skutek na ogół odwrotny – bo to Bóg jest od nawracania. Ten sam, który ustami Koheleta przypomniał, że „wszystko ma swój czas”. Zadaniem katechety jest Mu… nie przeszkadzać.

Katechetka-marionetka

Każdy katecheta, zanim zacznie uczyć, na obowiązkowych praktykach uczy się, jak to robić. Zdarza się, że podczas tych praktyk dochodzi do wniosku, że katechizowanie w szkole gimnazjalnej lub ponadgimnazjalnej to walka z wiatrakami. Są szkoły i klasy, w których na lekcji, szumnie nazwanej katechezą, wszyscy szczęśliwi posiadacze telefonów komórkowych zajmują się wysyłaniem SMS-ów, graniem w węża, puszczeniem „głuchych”, buszowaniem po Internecie lub słuchaniem muzyki (im dłuższe włosy tym lepiej, bo można bardziej umiejętnie skryć słuchawki w uszach – por. wpis „Co za nuta!”). Wszyscy nieszczęśliwi nieposiadacze komórek (są w ogóle jeszcze tacy?), oglądają katalogi kosmetyków, prowadzą konwersacje z innymi nieszczęśliwymi na temat dowcipów, diety, tipsów, kolejnej imprezy lub też koloru tulipana, który zamierzają dać dyrektorowi na imieniny. Cała reszta, która nie uczestniczy w rozmowach i nie bawi się telefonem, przepisuje prace domowe, uczy się z innych przedmiotów lub też nieudolnie słucha księdza lub katechety. Ten z kolei mówi: „Ciszej!, „Zapiszmy chociaż temat”, „Słuchajcie no…, ile można wam powtarzać. Nie wykazujecie za grosz szacunku. Jesteście niepoważni! Zaraz się pogniewamy…”, aż w końcu przestaje mówić i zajmuje się kartkowaniem dziennika lekcyjnego i odliczaniem minut do dzwonka. Jakby to uczniowie sterowali lekcją i przy okazji nauczycielem lub nauczycielką. Tańczy jak mu (częściej jednak jej) zagrają. Wydaje się więc, że to wina uczniów. Ale czy na pewno?

Drogi Nauczycielu Stażysto…

Czeka cię wiele nowych doświadczeń – zapewnia początkujących belfrów portal pedagogika.com. O, tak. Dla każdego, kto zaliczy praktyki i się nie podda, nadchodzi ta wiekopomna chwila, gdy z praktykanta staje się stażystą.  Choć nadal ma opiekuna – tym razem nie praktyk, tylko stażu trwającego tyleż co podręcznikowa ciąża, jak to w ciąży – wiele się w jego życiu zmienia. Uzyskuje nieograniczony dostęp do dziennika lekcyjnego, w którym już pełnoprawnie stawia oceny od 1 do 6  bez konsultacji z opiekunem, wchodzi do pokoju nauczycielskiego bez pukania i – w przypadku szkoły ponadgimnazjalnej – otrzymuje szacowny, choć tylko zwyczajowy tytuł pana lub pani profesor. Uczestniczy również w Radach, które często wyglądają jak typowe lekcje i to religii właśnie, bo zwykle przybyłe na tę okazję grono pedagogiczne jest żywo zajęte zaległym wyliczaniem frekwencji, czytaniem gazet lub smsowaniem i wypisz wymaluj przypomina tych, których w godzinach przedpołudniowych uczy i wychowuje („Ja ci się ponawydurniam jeden z drugim!”).  Przebieg posiedzenia nauczycieli śledzi właściwie tylko sam prowadzący – dyrektor oraz biedny protokolant, który oprócz umiejętności skupienia uwagi musi mieć jeszcze wytrzymałą rękę i zapas długopisów. W sądach protokolanci mają już laptopy, w szkołach – mają na nie nadzieję.

Stażysta pisze tysiące konspektów lekcji, które w realiach szkolnych okazują się nie do przeprowadzenia, bo nie da się sprawić, że uczniowie szybko podzielą się na grupy („proszę pani ja nie chcę być z nim!”), potem będą pracować w nich oszacowane 7 minut i na końcu ustalony lider („ja nie chcę!”) przedstawi wyniki pracy. Właściwie konspekt realizuje się idealnie tylko raz w miesiącu – gdy na lekcję przychodzi opiekun stażu i przeprowadza hospitację, co – gdy opiekun ów jest postrachem szkoły – doprowadza niektórych uczniów prawie do hospitalizacji.

Stażysta ma ten plus, że całkiem niedawno sam był jeszcze uczniem. Ma szansę złapać kontakt z uczniami, bo choć stoi po drugiej stronie barykady – wbrew pozorom – więcej go z uczniami łączy niż dzieli. Bo czasem prawie jak uczniowie podczas odpowiedzi ustnych – improwizuje, czyli mówi co wie, zamiast wiedzieć co mówi. Z drugiej jednak strony stażysta to ktoś, komu się chce. Jeszcze. Jak to mówią: początkujący nauczyciel wszystko ma w torbie. Doświadczony – w głowie. A stary – domyślcie się. Tymczasem tak, jak ważna jest treść (zwłaszcza ta teologiczna, święta), tak samo ważny, jeśli nie ważniejszy jest sposób jej przekazu. Wtedy można odkryć jedną, prostą ale zasadniczą rzecz w pracy nauczyciela – kontakt z uczniem jest bezcenny. Jeśli zostanie prawidłowo nawiązany nie jest ważne czy uczysz chemii, historii czy religii, czy to przedmiot ścisły czy humanistyczny, łatwy czy trudny. Jeśli przekonasz do siebie ucznia – także lesera – nauczy się. Może nie tyle co ten z najwyższą średnią, ale tyle, ile zdoła. A to znaczy, że można już kłaść fundamenty. Bo przecież Kościół trzeba budować, a nie chronić przed rzekomymi ignorantami wiary.

O Bogu najpierw z Bogiem

“Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie” – słyszę w duchu jak woła Jezus niektórym obecnym i przyszłym katechetom. Sama misja kanoniczna, czyli formalne wysłanie przez biskupa do uczenia wiary katolickiej nie wystarczy, by być w tym naprawdę dobrym. Ojcowie Kościoła trafiają w sedno: “Karm ich tym, czym żyjesz” – religii nie mogą uczyć przypadkowi ludzie, którzy się nie rozwijają, bo po co, skoro takie pensje cieszą chyba tylko tych, co szczerze nienawidzą mamony („tysiąc dwieście, kuźwa, na rękę!”), a na dodatek strajkować mogą tylko w czasie przerwy letniej. To proste – staram się, wiem co, komu i po co mówię. Inaczej dzieci do Boga nie trafią, nie rozpoznają, skoro ci, co niby o Nim uczą, tworzą Go na obraz i podobieństwo…swoje. Poza tym, żeby uczciwie mówić o Bogu do kogokolwiek, trzeba najpierw umieć mówić z Bogiem samym. Czyli modlić się. Za nich, za siebie.

Wniosek jest oczywisty – to nie tylko uczniowie są winni niskiej jakości katechezy czy jakiejkolwiek innej lekcji w szkole. Swoje trzy grosze często dorzucają ci, których notorycznie „wykańcza(!) proces dydaktyczny” i to nie tylko na 8 godzinie lekcyjnej z rzędu, ale nawet o 7.58 rano. A przecież starać się warto. Dla każdego – i dla olimpijczyka, który w czerwcu wraca do domu z nagrodami za wzorowe zachowanie, bardzo dobre wyniki w nauce i aktywny udział w życiu klasy i szkoły; i dla tego, który pod pachą niesie tylko – liche, ale zawsze – świadectwo. Bo przecież wysiłek nie zawsze idzie w parze z wynikami. A każdy sensowny pedagog wie – najważniejsze są starania. Czasem lepsza mocna trójka, zamiast piątki „wyjeżdżonej” na tzw. dobrej opinii.

Na skrzydłach modlitwy

Pamiętam, że w ostatnim dniu moich pierwszych praktyk w podstawówce dziewczynki namalowały dla mnie laurkę z wielką żółtą koroną i podpisały „Pani Małgożata jest krulowom”, a chłopcy umówili się i zrobili mi na pamiątkę 16 (sic!) samolotów z papieru. Na skrzydłach napisali: “Dla pani Małgorzaty – Julek”; “Ten samolot jest od  Tomka i Łukasza”. Myślałam, że już lepiej i milej w tej pracy nie będzie. Myliłam się.

W pierwszym roku mojej pracy, a nie praktyki w szkole przyszedł do mnie Tomek, uczeń klasy maturalnej. Od początku liceum nie uczestniczył w lekcjach religii, swego czasu obraził się na Pana Boga i wbił sobie do głowy, że On na niego też i że na dodatek to Tamten zaczął. Stał pod salą, gdy wpuszczałam jego kolegów po dzwonku na katechezę. „Pani profesor, mogę wejść?” – spytał zapatrzony we własne buty. Wszedł. Przez chwilę myślałam, że przyszedł poprzeszkadzać, że rozwali mi temat. A on usiadł sam i zwyczajnie zaczął brać udział w lekcji. Zszokował mnie, nawet wzruszył. Na dodatek wypowiadał się całkiem do rzeczy. Nie mogłam wstawić mu piątki za aktywność z jednego powodu – przez rezygnację z uczestnictwa w zajęciach nie podlega klasyfikacji.

W drugim roku mojej pracy na katechezę wrócił, po 2 latach niechodzenia, Marcin. Nie dość, że został, prowadził zeszyt i udzielał się, to jeszcze sam się zgłosił do przygotowywania tematu lekcji. Ba. Zagrał Józefa w jasełkach. Ba! ZALICZYŁ ZALEGŁY MATERIAŁ Z DWÓCH LAT. I na religię chodził do samego końca, nawet gdy w klasie maturalnej, po wystawieniu ocen, maturzyści zamiast chodzić na lekcje „zostawali w domu, by lepiej przygotować się do egzaminu dojrzałości”. Aha, jeszcze po zakończeniu roku przyszedł mi podziękować.  A mówią, że młodzież nie wie co to wdzięczność. Otóż wie. Nieraz lepiej niż ja.

Nie wiem, czy moim uczniom katechezy się podobają. Wiem, że nie lubią wypluwać gumy do żucia do kosza na moje polecenie. Ale, choć klną pod nosem, to wypluwają. Także ci, którzy są dwa razy wyżsi ode mnie. Tacy, którzy mogliby z powodzeniem grać rolę Ursusa w Quo Vadis, podczas gdy ja – niestety – mogłabym się wcielić co najwyżej w rolę Adama Małysza na diecie. Właściwie ochroniarz szkolny już nie myli mnie z uczniem i nie każe zmieniać butów, ale nadal chodzę podczas dyżuru na przerwie po korytarzu z dziennikiem, żeby było wiadomo who is who.

To nieprawda, że wszystkiemu winni są uczniowie, choć czasem nie brak powodów do wstydu. Prawdą jest, że jaki nauczyciel – tacy jego uczniowie. Patrząc czasem na stare samoloty z papieru od chłopców z podstawówki, którzy dziś już zaczęli liceum, wspominam słowa zanotowane kiedyś przez jakiegoś duszpasterza młodzieży:

Jeśli ty zwalniasz, oni zatrzymują się,
jeśli ty słabniesz, oni upadają,
jeśli ty siadasz, oni się kładą,
jeśli ty wątpisz, oni popadają w rozpacz,
jeśli ty krytykujesz, oni demolują.

jeśli idziesz naprzód, oni cię wyprzedzają,
jeśli dajesz rękę, oni dają ci skórę,
a jeśli się modlisz, wówczas oni staną się świętymi

I modlę się. Za nich i za siebie, bym  “doleciała” tymi samolotami do nieba razem z nimi.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

  • Wakacyjne lekcje religii

    Wakacje. Nie ma szkoły. Nie ma lekcji religii. Nie ma tematów, dyskusji, sprawdzianów. Nie ma... więcej

  • Lubię to!

    Tak. Lubię być katechetą. Lubię nawet wtedy, gdy cała klasa nie odrobi zadanej pracy domowej,... więcej

  • Jeśli chcesz

    Co roku w Wielkim Poście organizowane są rekolekcje szkolne. W wielu placówkach to trzy dni... więcej

Małgorzata Janiec

Małgorzata Janiec na Liturgia.pl

Teolog i dziennikarka. Na świecie obecna od ponad 30 lat. W szkole jako katechetka – 10 razy krócej. Na lekcjach pyta z pytającymi. Szuka z szukającymi. Wierzy z wierzącymi i wierzy w „niewierzących”. Modli się ze wszystkimi i za wszystkich. Do pracy ma pod górkę. A w pracy uczy siebie i innych, że do nieba idzie się zwyczajnie – pod górkę lub nie – po ziemi.