Katolicyzm otwarty/zamknięty a ja

Rzadko czytuję dzienniki (podobnie jak tygodniki, miesięczniki, kwartalniki, roczniki..., troglodyta ze mnie straszny). Jechałem jednak do Warszawy w odwiedziny do chorego dziadka i dzięki hojności PKP Inter City dane mi było zapoznać się z weekendowym wydaniem "Gazety Wyborczej". A w nim z artykułem Katarzyny Wiśniewskiej, pt. "Śmierć Kościoła otwartego".

Tekst był utrzymany w tonie tragicznym, pełen żalu i dramatycznych pytań retorycznych (np. "Kogo dziś obchodzi sobór?"). Nic dziwnego, wszak miało to być epitafium wielkiego i dobrego projektu, błogosławionego pokłosia Vaticanum II, (który, jak pisze Wiśniewska, "wywrócił odwieczny kościelny porządek"), a który został zgnieciony przez kościelny integryzm spod znaku toruńskiej Twierdzy. Ale, ale, żebym nie uległ skłonności do wyzłośliwiania się*… W zasadzie nie chciałem pisać o tekście, tylko o kilku myślach, które się w mojej głowie pod wpływem lektury zrodziły. Takie trochę oderwane będą, ale Samuel od ponad tygodnia wyciąga mnie rano z łożka przed piątą, więc proszę ode mnie za wiele nie oczekiwać.

No więc najpierw zadałem sobie pytanie czy jestem katolikiem otwartym czy zamkniętym. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby to zrobić. Pierwsze, do czego doszedłem, to że zupełnie nie wiem co te pojęcia oznaczają. Tak precyzyjnie, nie na poziomie publicystycznej intuicji. (Swoją drogą można zasadnie chyba przypuszczać, że są one wyłącznie takiej właśnie intuicji produktem, ale zostawmy to na boku.) 

Drugie, to że niezależnie od konkretnej treściowej zawartości jednego i drugiego, samym rdzeniem tego rozróżnienia jest konflikt, wydaje się, że nieprzezwyciężalny. To, co "otwarte" definuje się przez swoje "nie bycie zamkniętym", to co "zamknięte" – odwrotnie.

Trzecie, to że prosta analiza językowa wyrażenia "katolicyzm otwarty" (a więc versus "zamknięty") i a rebour wykaże od razu jego (ich) zasadniczą oksymoroniczność. Jak coś może być "powszechne", skoro definiuje się przede wszystkim przez negatywne odniesienie do "tego drugiego"? Może być co najwyżej opcją, tudzież interpretacją, zniekształcającą ogląd całości.

Tyle sofizmatów.

A jak to jest w końcu ze mną? Ano nie wydaje mi się, żebym chciał należeć albo do jednego, albo do drugiego, bardzo dziękuję. W moim poczuciu podział ten kompromituje się własnym istnieniem.

______________________________
* Byłoby nad czym.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.