Kiedy uczeń porzuca Mistrza…

Od pewnego czasu z bólem i niepokojem przyglądam się zjawisku degradacji wiary chrześcijańskiej (i katolickiej) dokonywanej często (i bezmyślnie) przez samych chrześcijan: widać to na poziomie liturgii, podejścia do Pisma, życia społecznego, rodzinnego i moralnego.

Być może jest to wpływ psychologii, która w miejsce Boga i Jego woli postawiła nas samych i nasze pragnienia. Być może jest to też wpływ tego że uwierzyliśmy w naukę i w psychologię, tak jak wcześniej wierzyliśmy w Prawo i Słowo Boże. Co więcej, czcimy naukę tak, jak czcimy dogmaty – to co naukowe jest dla nas niepodważalne, jest jedyną i ostateczną prawdą. Zapominamy przy tym, że nauka z samej swojej definicji musi być podlegać reinterpretacjom, musi być podważalna, stanowić przedmiot dyskusji i badań (to co dziś jest „prawdziwe”, jutro „w świetle nowych badań” okaże się błędne) bo jeśli nie jest staje się…religią. Zapominamy też, że w przeciwieństwie do prawd wiary, których gwarantem uczynił się sam Bóg i które są stałe, „prawdy” naukowe często są zwyczajnie „sponsorowane” i produkowane na zamówienie w zależności od tego, co kto pragnie sprzedać.

Kiedyś z chrześcijanami walczono i zabijano. Działo się tak, bo prawdy chrześcijańskie są dla wielu niewygodne: potrafią przemienić człowieka oraz obdarzyć go prawdziwą wolnością. I dzieje się tak nadal w krajach, gdzie barbarzyństwo (szczególnie w myśleniu) ciągle ma przewagę nad kulturą. A co dzieje się w jaśnie oświeconych krajach Zachodu? W tych krajach wielkiej tolerancji i głębokiego zrozumienia dla każdego, nawet najbardziej chorego wytworu ludzkiego umysłu, religia chrześcijańska, a szczególnie katolicka stała się zagrożeniem nie tylko dla osobistego szczęścia człowieka ale i dla ładu publicznego. Czymś czego pozbycie się jest zasługą i cnotą. Jest wyzwoleniem człowieka do pełnej wolności bez ograniczających go norm i zasad, bez poczucia grzechu – owego reliktu przeszłości, wikłającego człowieka w niepotrzebne skrupuły, nie pozwalającego mu rozwinąć skrzydeł.

Tak, znów walczy się z chrześcijaństwem i co przerażające, czynią to nie obcy ale post chrześcijanie,  manipulując i kształtując to, co się dzisiaj nazywa „opinią społeczną”. Dodajmy walczą się z tym chrześcijaństwem, któremu zawdzięczają tak wiele – choćby tę wolność walki z nim bez groźby utraty życia. To dzięki chrześcijaństwu mamy dzisiaj szpitale, i te wszystkie fundacje mniej lub bardziej znane, wyrażające taką czy inną troskę o człowieka bo to chrześcijanie pierwsi troszczyli się o ubogich i potrzebujących, to oni uwrażliwiali na ich potrzeby. To dzięki chrześcijaństwu mamy naszą tak wychwalaną demokrację i prawa człowieka i humanizm i ten, coraz bardziej niepewny, pokój. Bo to nauka Chrystusa wtłaczała do naszych głów przez dwa tysiące lat, że każdy człowiek jest ważny. Drążyła jak woda skałę: kropla po kropli. Przez dwa tysiące lat  próbowała przegryźć się przez oporną ludzką duszę i jeszcze bardziej oporny ludzki umysł. Aż wydało się, że w końcu zrozumieliśmy, choć trzeba było na to jeszcze doświadczenia dwóch wojen światowych i ogromnego okrucieństwa człowieka względem człowieka. I cóż się wówczas stało? My ludzie Zachodu poczuliśmy się mocni. Uczeń stwierdził, że może już odrzucić swego Mistrza, że Go już nie potrzebuje, że przyjął od Niego to co najważniejsze – Jego wzniosłą naukę, że już Wie. Sam Chrystus, jako Zbawca przestał być potrzebny. A potem i Jego nauka stała się niewygodna…

Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać: prawa człowieka zaczęły przeradzać się w karykaturę samych siebie: w ich imię dokonujemy mordów na bezbronnych, których jedyną winą jest to, że ośmielili się począć. W ich imię dokonujemy mordów na tych, co na złość nam nie chcą się począć na nasze życzenie, więc giną na taśmie produkcyjnej i w chłodniach. W ich imię oraz w imię fałszywie rozumianego współczucia, domagamy się śmierci dla starych, niedołężnych, i chorych; dla tych, którzy winni być naszą pamięcią i naszą troską, a są dla nas ciężarem, cierniem w boku, przypominającym że oprócz praw mamy jeszcze jednak obowiązki. Selekcjonujemy ludzkie płody, aby usuwać jednostki „niepełnowartościowe” – ile czasu upłynie gdy wołanie o aborcję postnatalną z tego właśnie powodu stanie się kolejnym „prawem człowieka”? Szczycimy się prawami dziecka, a tratujemy je jak przedmiot posiadania: rzucamy je tym, który krzyczą teraz najgłośniej albo są „politycznie uprzywilejowani”, nie bacząc na dobro (i często życie) samego dziecka, odmawiamy mu prawa do własnej płciowości w imię jakiś absurdalnych racji, co więcej odmawiamy mu prawa do ojca i matki, to zwykły produkt x na życzenie rodzica A i B (a może A i A – by nie dyskryminować). Doprawdy, żaden totalitaryzm nie rozmontował nigdy tak społeczeństwa jak aktualnie czyni to nasza tak wielbiona demokracja. Niszczymy małżeństwo traktując je jako przeżytek, uważając, że to tylko „kwestia papierka” zapominając o roli granic i początków; w imię „miłości” pochwalamy rozbijanie rodzin, promujemy jałowe związki jako normę i jako społeczne dobro, sankcjonujemy zdrady, rozwiązłość, niewierność tak, że nasze życie seksualne czasem niewiele już różni się od życia seksualnego zwierząt, reagujących na każde wezwanie swego popędu. I tak powoli, dumni ze swych osiągnieć pogrążamy się ponownie w otchłań barbarzyństwa.

A smutne dla mnie jest to, że chrześcijanie dają się na to nabrać i sami w tym czynnie uczestniczą. Zamiast stać wiernie prze swoim Panu i przy Jego Słowie (a w przypadku katolików jeszcze przy Eucharystii) stoją przy różnych zdaniach, opiniach, ruchach. Są medialni, są otwarci, tak, że już bardziej chyba nie można, więc są jak… słoma, którą wiatr rozmiata. Są puści. Nie ma w nich ognia. Nie ma w nich nic. Nic, co mogłoby przemienić świat. To już nie jest chrześcijaństwo. To drobnomieszczaństwo. Sposób na ułożenie sobie dobrych relacji z sąsiadami. A jeśli muszę poświecić jakąś prawdę? Cóż znaczy „nie zabijaj”, „nie cudzołóż”, czy „mężczyzną i niewiastą stworzył ich” w obliczu potęgi ludzkiej miłości i oczywiście dobrych stosunków? Przecież każdy ma prawo do szczęścia, powinien dążyć do samorealizacji – cokolwiek to znaczy, co więcej każdy ma prawo do własnego zdania ale jednak my, katolicy nie powinniśmy go mieć, a już na pewno nie powinniśmy go wyrażać. Chrystus przecież (jak ciągle nam przypominają swoi i obcy) kazał nam kochać! Mamy więc być uprzejmi i wyrozumiali, mamy uśmiechać się aż nam czubek głowy odpadnie i, broń Boże, nikogo nie urazić. Mamy chodzić na paluszkach wokół świata i otulać go kołderką miłości i mówić, że nie istnieje żadne zło, żadna podłość, żadne odstępstwo, które nie byłoby wybaczone już z góry; że przecież wszystko w porządku, bo Bóg go kocha. Do tego przecież służymy, do tego się tylko nadajemy…

Po co bowiem wracać do tego, co nas dzieli… od świata? Po co walczyć z pochodzącą od niego pożądliwością ciała i oczu, z pychą tego życia? Zostaliśmy przecież do niego posłani aby głosić… tylko, że już często nie mamy co głosić. A miłość, którą głosimy jest już tylko groteskową lub upiorną parodią prawdziwej Miłości, Tej która dała się ukrzyżować za grzechy świata.

„Wy jesteście solą dla ziemi.
jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?
Nic się już nie przyda,
chyba na wyrzucenie
i na podeptanie przez ludzi”
(Mt 5,13)


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Agnieszka Myszewska-Dekert

Agnieszka Myszewska-Dekert na Liturgia.pl

Matka pięciorga dzieci. Z wykształcenia pedagog rodziny i katecheta. Pisze artykuły, tworzy opowieści a także chrześcijańskie midrasze. Zafascynowana Pismem Świętym jako żywym Słowem i Przestrzenią w której "żyjemy, poruszamy się i jesteśmy", stara się Je coraz bardziej poznawać i zgłębiać. Publikowała w kwartalniku eSPe i miesięczniku List. Autorka książek: "Modlitwa - nieustanna wymiana miłości" (Kraków, 2001) oraz "Cynamon i Marianna. Baśń inicjacyjna" (Kraków 2015).