Kilka myśli o granicy sacrum-profanum (1/8)

Od listopada zaglądajcie do działu Sztuka. W nowej serii artykułów chcemy przyjrzeć się zderzeniu profanum materii i sacrum ukrytego w liturgii. Interesuje nas symbol w architekturze, przestrzeni liturgicznej i w ich żywej relacji z człowiekiem. Dzisiaj część 1 cyklu: „Kilka myśli o granicy sacrum-profanum”.

Pomocą w lekturze tekstów mogą się okazać wyjaśnienia niektórych słów (zaznaczonych na szaro), dostępne po najechaniu na nie kursorem.

Słowo od autora serii

Nie tak dawno, jadąc pociągiem, zostałem zaskoczony serią dość agresywnych pytań, którym całkiem blisko było do, chciałoby się rzec, „zwyczajowych” zarzutów pod adresem Kościoła. Z grupy tych, które uznałbym za dość standardowe, moją uwagę przykuło jedno. Jako historyk sztuki (w rozmowie przyznałem się do swojej profesji) zostałem potraktowany pytaniem o powód „brzydoty” polskiej współczesnej architektury sakralnej, której pytający zarzucił ponadto pozbawienie sacrum i całkowite niezrozumienie tradycji. Pytanie, owszem, może i poszło hurtem z innymi „pretensjami”, ale nie jest pozbawione zasadności. Co więcej skłoniło mnie ono do zrewidowania opinii na temat roli architektury w liturgii, obie te przestrzenie przecież wzajemnie się przenikają, ich celem jest ponadto idealna harmonia. Naturalne przecież profanum architektury przeplata się z sacrum niesionym przez liturgię. Nawiązuje się pomiędzy nimi relacja.

W cyklu artykułów, który inauguruję poniższym tekstem, chciałbym podjąć niełatwą – czego mam doskonałą świadomość – próbę przejścia drogą rozwoju tradycyjnych form architektonicznych, nie dla ukazania samej architektury, lecz raczej wskazania na jej symbolikę, znaczenie tradycji w jej rozwoju i, co najistotniejsze, podkreślenia jej przenikania się z liturgią w całym ogromnie znaczeniowym tego słowa.

Naszą podróż rozpoczniemy w IV wieku, u samych początków chrześcijaństwa. Idąc szlakiem pierwszych bazylik chrześcijańskich, przez kościoły syryjskie i bizantyńskie, dotrzemy do średniowiecznej Europy, zaglądając do wielkich romańskich kościołów klasztornych i gotyckich katedr, po to, by przez pełne splendoru i kontrreformacyjnego przepychu świątynie nowożytne, idealne w swym wyrazie historyzujące bazyliki powstałe u schyłku XIX wieku, dotrzeć do czasów nam współczesnych i zrozumieć przestrzeń, w której kształtuje się nasza intymna relacja z Bogiem.

* * *

Pisząc ten tekst, stanąłem przed pytaniem o symbolikę kościoła wczesnochrześcijańskiego, jej granice, wymiar, znaczenie i wpływ, jaki wywarła na ukształtowanie się form wyrazu świątyń chrześcijańskich. Ale czy chodzi tylko o wyjaśnienie znaczeń symboli? Myślę, że chcąc dobrze odczytać sens treści zawartych w kościele jako budowli, niezbędnym jest spojrzenie na niego w pierwszym rzędzie jako na przestrzeń wzajemnego przenikania się sacrum, które wyraża liturgia i profanum reprezentowanego przez architekturę.

Ta ostatnia podlega sakralizacji nie inaczej jak tylko dzięki podporządkowaniu obrzędom liturgicznym. Jak doskonale zauważył Louis Bouyer, chrześcijańska architektura sakralna nie powstała z niczego w chwili nadejścia Chrystusa. Jej kształt u źródeł jest wynikiem stopniowej asymilacji elementów znanych i doskonale funkcjonujących we wcześniejszej architekturze zarówno sakralnej, jak i użyteczności publicznej, połączonej z twórczym ich przekształcaniem przez budowniczych chrześcijańskich. Doskonałym przykładem są tu wczesnochrześcijańskie bazyliki konstantyńskie, którym chciałbym przynajmniej po części poświęcić pierwszy artykuł cyklu.

Bazyliki chrześcijańskie pierwszych wieków są świadectwem erupcji dotychczas skrępowanych przez prześladowania, działań artystycznych o niezwykle bogatej i rozwiniętej treści i symbolice, charakteryzuje je stylistyka bardzo mocno zakotwiczona w konkretnych kanonach, których wymowa ma ściśle teologiczny charakter. Mamy więc do czynienia z przeważnie podłużną budowlą o korpusie składającym się z trzech lub pięciu naw, przedzielonych rzędami smukłych kolumn, nierzadko adaptowanych jako spolia ze starszych pogańskich budowli; o nawie środkowej wyższej i szerszej od bocznych, zakończonej półokrągłą apsydą (fot. 1, fot. 2, fot. 3, fot. 4, fot. 5). W bazylikach o większym znaczeniu, występuje ponadto nawa poprzeczna czyli transept, który ostatecznie nadaje całości rzutu kształt krzyża łacińskiego. Całość nakrywa prosty dach o otwartej konstrukcji.

Wejście do wnętrza nawy poprzedzone jest poprzeczną, sklepioną lub przykrytą prostym, drewnianym stropem halą, tak zwanym narteksem (fot. 8). Bazylikę w wielu przypadkach poprzedza ponadto atrium czyli prostokątny dziedziniec kolumnowy, bliski formą znanym nam dzisiaj z wielu zachowanych przykładów krużgankom, na który prowadzi sporych rozmiarów, często wieloprzelotowa brama. Pośrodku natomiast znajduje się studnia przeznaczona do ablucji.

Schemat ten wrósł w tradycję niezwykle silnie, do tego stopnia, że stał się wyznacznikiem, kanonem idealnie pojętego Domus Ecclesiae. Jego kształt jednak przejęty został ze starszych republikańskich i cesarskich bazylik foralnych, miejsc sprawowania urzędów, sądów czy wprost handlu, w których rodząca się, stopniowo rozbudowywana liturgia Kościoła, znalazła doskonały grunt, dzięki ich twórczej adaptacji. Kiedy mówimy o pierwszych świątyniach chrześcijańskich, niezwykle ważnym jest podkreślenie ich podstawowej cechy, która wyostrza się w zestawieniu ze świątyniami pogańskimi. Są to bowiem świątynie wewnętrzne. Forma zewnętrzna bazyliki chrześcijańskiej nie ma większego znaczenia, jest tylko zewnętrzną skorupą, cała istota odnosi się natomiast do jej wnętrza, które jest ziemskim obrazem Civitas Dei – Miasta Bożego.

W przestrzeni architektoniczno -liturgicznej kościoła wczesnochrześcijańskiego dają się wyodrębnić trzy, a właściwie cztery strefy odpowiadające nie tyle poszczególnym etapom liturgii, co konkretnym grupom biorących w niej udział wiernych. Bezpośrednio przed świątynią, w obszarze atrium swoje miejsce zajmowali pokutnicy. Przebywali tam czasem nawet latami, czekając na możliwość pełnego uczestnictwa w świętych obrzędach, którą przywrócić mógł jedynie biskup, we wnętrzu bazyliki mogli bowiem przebywać tylko wierni uczestniczący w liturgii w pełni, zdolni do pełnej komunii (fot. 6).

Tuż za atrium znajdował się narteks, przestrzeń przeznaczona dla katechumenów przygotowujących się do przyjęcia sakramentów inicjacji chrześcijańskiej. Chcąc znaleźć dzisiejszy odpowiednik tego miejsca szukać musielibyśmy nie gdzie indziej jak w przedsionku kościoła, między jednymi i drugimi drzwiami, tuż przed progiem świątyni. Znaczenie „oddzielenia w oczekiwaniu” niesłychanie wymownie, choć już nieco póżniej, podkreślało umieszczenie pośrodku progu nawy głównej chrzcielnicy, w momencie kiedy nie posiadała ona formy zewnętrznego baptysterium. W pierwszych wiekach chrzcielnica miała formę zagłębionego w posadzce basenu, ułatwiającego przeprowadzanie obrzędu przez zanurzenie. Katechumen, któremu udzielano chrztu, wchodził do basenu chrzcielnego od strony zewnętrznej świątyni i wychodząc, zmierzał w kierunku ołtarza, gdzie u progu czekał na niego biskup wraz z diakonami. Narteks więc nie jest już tylko pomieszczeniem „wyłapującym wiatr” – jest przestrzenią wytrwałego wyczekiwania, granicą pomiędzy światem grzechu a terytorium chwały.

Katechumen dzięki wytrwałemu wyczekiwaniu, nabiera tęsknoty, która uczy go wytrwałości. Tak staje się gotowy, aby przystąpić do Ołtarza Bożego, a zanurzenie w wodach chrztu jest jego ostatecznym wejściem w mistyczne ciało Chrystusa, którego ofiary doświadczy w pełni. Jego droga wiedzie od zachodu, skąd kierując się w stronę ołtarza podąża na wschód, z ciemności w światło przychodzącego Chrystusa. Takie też znaczenie ma tak zwana orientacja kościołów, czyli skierowanie ich osi prezbiterium na wschód, w stronę, skąd nadejdzie „z wysoka Wschodzące Słońce/ By oświecić tych co w mroku i cieniu śmierci mieszkają/ aby nasze kroki skierować na drogę pokoju” (Łk 1, 78-79, fragment Kantyku Zachariasza).

Droga od progu świątyni wiedzie więc na wschód w stronę ołtarza, który poprzedza jednak umieszczona idealnie pośrodku nawy bima (fot. 9). Jest to nieznacznie wyniesione ponad poziom posadzki podium mieszczące pulpit dla lektora, ambonę do lekcji Ewangelii oraz ławy dla chóru, całość otacza niska, kamienna balustrada zwana cancelli. Genezy bimy szukać należy w tradycji żydowskiej, odnajdujemy je bowiem już w synagogach starożytnych, gdzie funkcjonują jako podwyższenia służące wykładaniu i lekcji Tory. W literaturze greckiej pod pojęciem tym kryje się przestrzeń pomiędzy ołtarzem a ikonostasem (fot. 12, fot. 7).

Granicę nawy i apsydy podkreśla tak zwany łuk tęczowy, powstały w miejscu zetknięcia się nawy głównej z poprzeczną, wieńczy go mozaikowe przedstawienie Chrystusa Pantokratora (fot. 10) przedstawienie to umieszczone bezpośrednio ponad amboną, na granicy przestrzeni liturgicznej ołtarza, podkreśla niewiarygodnie mocno moment wkraczania na terytorium chwały Najwyższego, w tym miejscu wszystko, co nazywamy napięciem narasta, uwaga koncentruje się na Słowie, które zapowiada największą ofiarę, potwierdzoną tryumfem Chrystusa. Przewodniczący liturgii biskup wraz z towarzyszącymi mu prezbiterami zajmował miejsce pośrodku sklepionej półkopułą apsydy na specjalnym wyniesieniu za ołtarzem. Tę przestrzeń wyróżnia najbogatsza dekoracja mozaikowa, najczęściej w postaci przedstawienia Chrystusa jako Dobrego Pasterza lub jako Nauczyciela pośród dwunastu Apostołów – jak ma to miejsce w najstarszej pochodzącej z 2. połowy IV wieku mozaice na terenie Rzymu, która zachowała się w apsydzie bazyliki Santa Pudenziana. Takie rozwiązanie ikonograficzne podkreśla wymowę usytuowania tronu biskupiego poniżej. Biskup jako nowy dobry pasterz i nauczyciel, zajmuje miejsce pośród ludu, nad którym roztacza opiekę i do którego kieruje powierzone mu na zasadzie traditio legis Słowo.

Takie rozlokowanie kolejnych elementów wyposażenia świątyni, kształtujących liturgię, podkreśla jej kierunek biegnący ku wschodowi wraz z narastaniem głębi wtajemniczenia. Architektura ten mistyczny bieg jedynie podkreśla i potęguje. Jej ostatecznym wyrazem jest narastający splendor dekoracji mozaikowej, o ikonografii, która staje się tym bujniejsza i bogatsza, im bliżej ołtarza się znajduje. Złoto nie jest już tylko drogocennym kruszcem, ono jest tutaj odbiciem blasku wschodzącego Słońca Sprawiedliwości. Wyobraźmy sobie moment wejścia w przestrzeń wnętrza świątyni u progu liturgicznej celebracji. Podłużna nawa ograniczona bo bokach rzędami gęsto ustawionych, smukłych kolumn o bogato rzeźbionych głowicach nierzadko zdominowanych motywem hi-ro, które swoją rytmiką zdają się pospieszać zmysły, kierując wzrok na umieszczony pośrodku bimy pulpit z księgą Ewangelii, za którym oczom ukazuje się częściowo przysłonięty kotarą ołtarz, spowity wpadającym przez sporych rozmiarów, wypełnione cieniutkimi jak szklane tafle, płytkami alabastru okna apsydy, która zamyka tę wzdłużną, pędzącą ku wschodowi perspektywę (fot. 11, fot. 13, fot. 14).

W jednej chwili wnętrze wypełnia tłum, naturalnie podlegający pewnym zwyczajowym podziałom, prowadzona przez służbę liturgiczną procesja diakonów, prezbiterów oraz biskupa podąża w kłębach dymu kadzideł, lewą znacznie ciemniejszą – bo północną – nawą, docierając do progów narteksu, skąd nawą główną zmierza w stronę bimy i dalej do apsydy, gdzie biskup zajmuje miejsce pomiędzy diakonami i prezbiterami, pośrodku kamiennej, półokrągłej ławy. Ta podróż ilustrowana architekturą ma także swój symboliczny wymiar, północ jako pełne ciemności terytorium panowania zła, jest tylko elementem drogi, która przez spowity mrokiem zachód prowadzi do źródła światła.

Ten przedstawiony tylko w niewielkim zarysie kształt wczesnochrześcijańskiej przestrzeni architektoniczno-liturgicznej jest drobnym świadectwem początków kształtowania się kanonów przepełnionej symboliką sztuki chrześcijańskiej, która w kolejnych wiekach osiągać będzie ramy przyprawiające o zdumienie, wobec których mówienie o pozbawionej sacrum i wyzutej z tradycji sztuce religijnej jest tylko naiwnym „pobożnym” życzeniem.

[slickr-flickr search=”sets” set=”72157625339787666″ type=”gallery” size=”large”

 

Zobacz także