Kilka myśli o granicy sacrum-profanum (4/8)

Ostatnio, po raz kolejny, postawiłem sobie pytanie, o to, czym w dzisiejszym rozumieniu jest średniowiecze? Czy poznaliśmy je już w lepszym stopniu i czy je rozumiemy?

Czy może w dalszym ciągu pokutuje w nas przekonanie o wiekach ciemnych jako mało atrakcyjnych, a nawet budzących odrazę? Chociaż dzisiejszy stan wiedzy na temat kultury średniowiecza pozwala na postawienie obiektywnej oceny jej osiągnięć, to nadal przyglądamy się czasom Karola Wielkiego, Ottonów i mistyków nadreńskich z dużą dozą nieufności.

Zachodnioeuropejska architektura sakralna średniowiecza wczesnego i dojrzałego, której się dziś przyglądamy, rozwijała się, w dużym stopniu, w oparciu o wzory antyczne. Prawdą jest, że znaczny wpływ na ostateczny kształt kościołów karolińskich, a później bazylik romańskich i wczesnogotyckich, wywarły – znane nam już z wcześniejszych tekstów serii – bazyliki rzymskie. Jednakże o wiele cięższe piętno na tym, co dzisiaj oglądamy jako zachowane świadectwo wieków średnich, odcisnęły kościoły syryjskie. To tamtejsza interpretacja rzymskich bazylik okazała się najbliższa zachodniej, a w znacznie większym jeszcze stopniu północnej myśli estetycznej – jeśli wolno mi użyć właśnie takiego określenia.

Na początku dobrze byłoby zadać sobie pytanie o przyczynę niezwykle gwałtownego rozwoju zachodnioeuropejskiej i północnoeuropejskiej architektury sakralnej wczesnego i dojrzałego średniowiecza. Odpowiedź, wbrew pozorom, znajdziemy dość szybko. Określa ją jedno słowo – monastycyzm. Przedarł się on przez Alpy już w V wieku, dotarł prosto z Egiptu i Syrii. Idea mnicha – pustelnika zyskała ogromne grono naśladowców szczególnie w obszarze Brytanii i Galii, skąd rozprzestrzeniła się na tereny Irlandii i zachodniej Europy, gdzie starła się z odmienną, ukształtowaną przez św. Benedykta ideą wykształconego mnicha – erudyty.

Wedle tej koncepcji monastycyzm nie opierał się na samym jedynie odosobnieniu, równie duże znaczenie przypisywane było wartościom intelektualnym. W tym „konflikcie” bezdyskusyjnym zwycięzcą okazał się monastycyzm benedyktyński, którego centrum od samego początku było wielkie opactwo na Monte Cassino. Ta forma życia zakonnego zyskała poparcie Synodu w Whitby (664) dla całej Brytanii i Irlandii, następnie pozyskała przychylność Pepina Małego (768) dla Galii, by wreszcie, pod postacią Reguły świętego Benedykta, stać się oficjalną doktryną mniszego życia, zadekretowaną przez Karola Wielkiego w roku 789. Dynamika tych zmian doprowadziła, z jednej strony, do eksplozji budownictwa sakralnego, z drugiej zaś, zaowocowała ujednoliceniem niezwykle dotąd zróżnicowanej liturgii, której liczne ryty, charakterystyczne dla poszczególnych obszarów, jak Brytania, Normandia czy Galia zastąpiono jednym, wspólnym rytem wywodzącym się z Rzymu. Wszystko to nadało kształt całej późniejszej kulturze europejskiej w jej różnych zakresach – od literatury poczynając, przez liturgię, teologię czy sztuki plastyczne, na architekturze kończąc.

Sieć klasztorów i drobnych kościołów, które dały początek późniejszym parafiom, rozwijała się w ogromnym tempie, stając się nośnikiem nowych form, łączących te znane z tradycji antycznej kręgu rzymskiego, z tymi odleglejszymi, przybyłymi wraz z ideą monastycyzmu, z obszarów wschodniego cesarstwa. W rezultacie zaczęły powstawać kamienne budowle o coraz śmielszej konstrukcji, opartej na prostych bryłach geometrycznych, tworzących złożone układy.

Jak wobec tego wyglądały budowle, które stały się zaczątkiem monumentalnej architektury zachodnioeuropejskiej? Nie bez przyczyny chciałbym, żebyśmy przyglądnęli się tym, które znajdują się na terenie dzisiejszych Niemiec. Wieki X i XI to w Niemczech okres świetności i rozwoju. Choć idea cesarstwa upadła po śmierci Karola Wielkiego, uległa ona odrodzeniu dzięki znakomitej polityce Ottona I, koronowanego na cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, w Rzymie w 962 roku. Cesarstwo, składające się głównie z obszarów germańskich oraz północnej Italii, podążało odtąd całkowicie inną od francuskiej drogą rozwoju kulturalnego. Był to czas rozwoju systemu feudalnego, formującego się w oparciu o zgodną koegzystencję władzy cesarskiej i kościelnej. Wykształcił się wówczas obraz Kościoła walczącego, dla którego – jak się niebawem przekonamy – architektura okazała się znakomitą ramą. Potężny, stojący na mocnych fundamentach, dostojny i budzący szacunek – tak przez pryzmat architektury, postrzegano ówczesny Kościół. Czy słusznie? Spójrzmy.

Jest rok 1060. W Spirze trwają prace wykończeniowe przy ogromnej katedrze, ufundowanej przez Konrada II, mającej być panteonem cesarskiej dynastii salickiej [ryc. 3]. Olbrzymia, wzniesiona z kamiennych ciosów bazylika posiada nawę o niewiarygodnej, nawet jak na dzisiejsze warunki, długości 134 metrów i plan powtarzający kształt krzyża łacińskiego [ryc. 2]. Potężny masyw zachodni, ukształtowany jest przez monumentalny westwerk, który zgodnie ze swoim przeznaczeniem mieści na piętrze obszerną emporę cesarską. Poprzedza go para przysadzistych wież, o ciężkich kopułach, dających wrażenie mocno osadzonych w ziemi, mających w sobie coś z cesarskiego majestatu [ryc. 4]. Po stronie wschodniej, przestrzeń ukształtowana została niemal analogicznie – potężny oktogon wyłaniający się z wyraźnie podkreślonego w bryle transeptu, poprzedza prezbiterium zamknięte wielką, półokrągłą absydą z przyległymi do niego dwiema smukłymi wieżami [ryc. 1ryc. 7]. Ich lekkość podkreśla niemal ażurowa struktura, spotęgowana przez otwarcie wież na każdą ze stron obszernymi triforiami. Wieże wieńczą spiczaste dachy, co stanowi dopełnienie całej struktury [ryc. 5].

Elewacje zewnętrzne wzmacniają wrażenie niezmierzonej potęgi całego założenia. Solidne, monumentalne, proste, chciałoby się rzec, surowe ściany boczne są jak tafle grubego szkła poprzecinane rzędem ogromnych okien, ponad którymi ciągnie się obiegająca całą budowlę galeria arkadowa. Jeżeli potęga oglądanej z zewnątrz bryły kościoła jest tylko skromnym preludium do tego, co ukazuje się oczom w chwili przekroczenia wielkiego portalu ( nasyconego fantazyjnymi rzeźbiarskimi motywami, przeplatanymi z wyobrażeniami antropomorficznymi o bogatej symbolice), to używając terminologii muzycznej, wnętrzu nadać musielibyśmy określenie bliskie monumentalnym dziełom Wagnera. Tym, co uderza najbardziej, jest długość i wysokość nawy głównej. Wspomnianym 134 metrom długości towarzyszą 33 metry wysokości od posadzki do sklepienia. Sześciu kwadratowym przęsłom nawy głównej, wspartym na dwunastu masywnych, kwadratowych w przekroju filarach, odpowiada po dwanaście przęseł naw bocznych. Ten potężny "tunel" poprzedza ogromny trójprzęsłowy transept. Nad jego środkowym przęsłem wznosi się ośmioboczna kopuła [ryc. 10]. Transept poprzedza mieszczącą ołtarz przestrzeń absydy, podniesioną za pomocą kilkudziesięciu stopni i zamkniętą półkoliście [ryc. 9]. W okresie pomiędzy ukończeniem katedry w 1060 roku a początkiem wieku XII pierwotny płaski strop, znany z bazylik konstantyńskich, zastąpiono dzisiejszym sklepieniem krzyżowym na gurtach.

Opisując nawę użyłem określenia „przęsła”, któremu towarzyszyły całkiem spore liczby. Rodzi się pytanie – skąd aż tak duża różnica pomiędzy ilością przęseł w nawie głównej a nawami bocznymi? Aby na nie odpowiedzieć, musimy przyjrzeć się strukturze konstrukcji omawianej katedry. Jak już wspomniałem, nawa główna składa się z sześciu, poprzedzających transept kwadratowych przęseł, które określić możemy jako segmenty. Są one jakby dostawione do siebie, a ich cały ciężar opiera się na wspierających je filarach – jest to świetnie widoczne na planie, który zamieszczamy poniżej. Znany nam już z bazylik konstantyńskich układ tego typu kościołów, zakłada istnienie naw bocznych, które swoją szerokością sięgają połowy szerokości nawy głównej. Przęsło nawy głównej możemy określić mianem „dużego kwadratu”. Jeżeli w nawach bocznych odpowiadają mu dwa „małe kwadraty”, to rozwiązanie to wynika z zastosowania w sklepieniu łuków półokrągłych i nosi nazwę systemu wiązanego. Efektem tego jest dający się zauważyć „las” podpór, który nadaje nawie głównej niespotykaną jak dotąd rytmikę [rys. 8]. Powraca znane z bazylik rzymskich wrażenie „biegu” przestrzeni w kierunku wschodnim. Rytm ten jest dodatkowo wzmocniony przez umieszczenie na każdym z filarów wspierających przęsła nawy głównej, tak zwanych służek, na których opierają się łuki kolejnych segmentów sklepienia, nazywane gurtami. Nawy boczne oświetlają wielkie zamknięte półkoliście okna, które dzięki obszernym arkadom przenoszą światło do nawy głównej, doświetlonej dodatkowo dwoma rzędami okien. Przestrzeń wnętrza, choć niewiarygodnie stabilna, wydaje się nabierać dynamiki wraz z przybliżaniem się do prezbiterium. Jest ono wyniesione ponad poziom nawy. Jest to spowodowane ulokowaniem poniżej rozległej krypty [ryc. 11], mieszczącej wspomniany panteon salickiej dynastii cesarskiej.

Ogrom katedry stanowił manifestację potęgi cesarstwa, co zostało zrealizowane zgodnie z zamierzeniem kolejnych przedstawicieli dynastii salickiej. Świątynia tej rangi była również miejscem sprawowania najbardziej uroczystych liturgii, często zarezerwowanych tylko dla niej. Wiele z elementów symbolicznych, znanych z bazylik wczesnochrześcijańskich i bizantyńskich, funkcjonowało i tutaj. Najistotniejszym elementem, wokół którego kształtuje się cała głębia znaczeniowa świątyni jako Niebieskiego Jeruzalem, jest jej zorientowanie. Wkraczamy zatem w przestrzeń, która tak jak w Rzymie, wydaje się pędzić ku wschodowi, tu jednak jakby dynamiczniej i bardziej dramatycznie – schodami, wprost do prezbiterium, gdzie uobecniony w Eucharystii Chrystus zajmuje miejsce po środku ołtarza. Cesarska katedra staje się świątynią i tronem Najwyższego, którego obecność rozlewa się od wschodu wypełniając całe wnętrze, tak jak w wizji Ezechiela: „i oto chwała Boga Izraela przyszła od wschodu” oraz w innym miejscu Pisma Świętego: „A chwała Pańska weszła do świątyni przez bramę, która skierowana była ku wschodowi”.

Postępująca w średniowieczu klerykalizacja liturgii doprowadziła do znacznego odseparowania ołtarza od wiernych. Wrażenie dystansu między nawą i prezbiterium potęgowały schody, poprzedzone chórem kanonickim, oraz lektorium, będąca przegrodą, przybierającą najczęściej formę ściany o trzech stosunkowo szerokich arkadach. Ujednolicenie liturgii zaowocowało wprowadzeniem łaciny jako oficjalnego języka celebracji i, w konsekwencji, ograniczeniem roli wiernych do biernej obserwacji. Nastąpił wyraźny podział przestrzeni liturgicznej. Liturgia, sprawowana w prezbiterium, zogniskowana była pomiędzy lektorium na zachodzie, a ołtarzem na wschodzie. Część pierwsza, związana z lekcją, odbywała się w lektorium, u szczytu którego znajdowała się ambona w formie niewielkiego balkonu, z której lektorzy odśpiewywali Epistołę bądź Ewangelię, po której następowała homilia, głoszona z tego samego miejsca. Duchowieństwo zajmowało miejsca w specjalnie dla niego przeznaczonych stallach, umieszczonych po obu stronach chóru, zgodnie z obowiązującą hierarchią. Efektem takiego odseparowania prezbiterium stało się wyeliminowanie procesji z darami – elementu, który w liturgii wschodniej stanowił jeden z najważniejszych komponentów celebracji, a także ograniczenie do niezbędnego minimum formy komunii wiernych. Żywe, czynne uczestnictwo w liturgii eucharystycznej zastąpiono możliwością biernej jej obserwacji.

Wierny , pragnący wziąć udział w Mszy świętej, wchodził do wewnątrz przez potrójny, symbolizujący Trójcę Świętą portal, ponad którym znajdowały się rzeźby: Najświętszej Marii Panny i św. Szczepana – patronów katedry, św. Michała Archanioła – patrona Niemiec, św. Jana Chrzciciela oraz św. Bernarda z Clairvaux. Ponad nimi, wokół rozety umieszczone zostały apokaliptyczne symbole czterech ewangelistów. Wymowa ideowa rzeźb zdobiących portal odnosiła się do raju, drzwi świątyni symbolizować miały bowiem bramę Niebieskiego Jeruzalem, a jej wnętrze to – urzeczywistnienie idei Miasta Bożego. Dwanaście filarów, wspierających sklepienie nawy głównej i poprzedzających przestrzeń prezbiterium, nawiązuje do liczby dwunastu apostołów, otaczających stół Baranka. Absydę oświetlają trzy najbardziej na wschód wysunięte okna, symbolizujące Trójcę Świętą jako źródła światła świecącego w ciemności. Są one w pewnym sensie potrójną bramą, przez którą światło ze wschodu – chwała Najwyższego – wkracza do świątyni, skąd od prezbiterium obejmuje najpierw duchowieństwo i służbę ołtarza, by wreszcie ogarnąć wszystkich wiernych.

Szukam słów, które w moim przekonaniu, najlepiej oddadzą istotę tej katedry, a za nią wielu innych, większych i mniejszych kościołów, które zwykło się zamykać w ramach określenia „styl romański”. Bez wątpienia, budowla ta jest manifestacją potęgi cesarstwa i chrześcijaństwa jednocześnie, punktem, od którego biorą swój początek dzieje monumentalnej gałęzi architektury sakralnej. Nosi ona nazwę „katedry cesarskiej”, zarówno przez swoją surowość i monumentalizm, jak i odmienność liturgii w niej sprawowanej, różniącej się także od tej, której odzwierciedleniem jest konstantynopolitańska Hagia Sofia.

Wydaje się, że architektura ta na moment zdominowała liturgię, która mówiła jakby cichszym głosem, mniej donośnie. To na razie początek dziejów, kształtowania się przestrzeni liturgicznej w zachodnioeuropejskiej architekturze sakralnej. Niespełna osiemdziesiąt lat później, w niedalekim Saint Denis, opat Sugeriusz opowie Kościołowi o istocie Światła, obejmując jednym niemalże gestem architekturę, teologię, filozofię i liturgię…

[slickr-flickr search=”sets” set=”72157626696456016″ type=”gallery” size=”large”

 

Zobacz także