Kilka myśli o granicy sacrum-profanum (5/8)

Rewolucja. Nie waham się użyć tak mocnego słowa w odniesieniu do tego, co wydarzyło się w architekturze - po raz pierwszy na tak dużą skalę - dzięki wizji jednego człowieka. Mnicha, mówiącego o sobie samym, iż jest „żebrakiem, którego mocna ręka Pana podniosła z gnoju”, czyniąc go opatem jednego z najważniejszych benedyktyńskich opactw średniowiecznej Francji.

Gdyby postawić pytanie, czym jest gotyk, w większości przypadków pierwsze skojarzenie prowadziłoby z pewnością do architektury. Co więcej, nie wątpię, że słowo to przywołałoby kształt bliżej nieokreślonego dużego kościoła, najpewniej starego, bo czasowo lokalizowanego gdzieś w średniowieczu; no i koniecznie z dwiema wieżami. Co bardziej zorientowani wspomnieliby może o dużych oknach i ostrym łuku. Tymczasem, mimo że jest w tym sporo prawdy, niestety wciąż poruszamy się w obszarze stereotypu. A stereotypy, jak to z nimi bywa, nierzadko zacierają zupełnie prawdziwe, ostre kontury problemu, którego dotyczą. Tak jest niestety i tym razem. Błąd polega na tym, że pakujemy do worka z etykietką „średniowiecze”, wszystko to, co kojarzy się nam z dawnością, wiekami ciemnymi, bliżej nieokreśloną tajemniczą mistyką. Dorzucamy do tego uproszczonego wyobrażenia romanizm i gotyk – to prawie to samo, czyż nie? Sparafrazuję zdanie, wypowiedziane na temat gotyckiego kielicha, a usłyszane przeze mnie z ust pewnego zakonnika: „Stare – niestare, czy to ma jakieś znaczenie?”

Otóż, drogi ojcze, ma. I to całkiem spore, o czym nieco niżej.

KatedraRewolucja. Nie waham się użyć tak mocnego słowa w odniesieniu do tego, co wydarzyło się w architekturze – po raz pierwszy na tak dużą skalę – dzięki wizji jednego człowieka. Mnicha, mówiącego o sobie samym, iż jest „żebrakiem, którego mocna ręka Pana podniosła z gnoju”, czyniąc go opatem jednego z najważniejszych benedyktyńskich opactw średniowiecznej Francji. Był to człowiek, który dzięki przyjaźni Ludwika VII, zyskał pozycję regenta królestwa, wynosząc swoje opactwo do roli stolicy monarchii i głównego kościoła koronacyjnego. Mowa o Sugeriuszu, który w latach 1122–1151 sprawował urząd opata Saint Denis (fot. 02). Opactwo założone na miejscu pochówku, zamęczonego na Montmartrze, apostoła Galii, nawróconego pod wpływem kazania świętego Pawła (Dz 17, 22-32) na ateńskim Areopagu – świętego Dionizego, stało się nekropolią władców Francji (fot. 02). Skąd ta nagła rewolucja w architekturze i narodziny gotyku?

Aby zbliżyć się do prawdy w odpowiedzi na to pytanie, należy spojrzeć retrospektywnie na charakter dotychczasowej architektury. W dużym uproszczeniu: Grecja dała światu ideał monumentalnych obiektów, przeznaczonych do oglądania z zewnątrz, Rzym przesunął akcent na wnętrze, zaś dojrzałe średniowiecze dzięki wykorzystaniu siły oddziaływania światła słonecznego, stworzyło nowy styl, pierwszy taki od tysiąca lat. Połączenie ze sobą światła i świadomego wykorzystania zdobyczy matematyki i geometrii zaowocowało zupełnym novum, które współcześni określali mianem architektury nowoczesnej – opus modernum. Nadana przez Vasariego nazwa gotyk, zgodnie z intencjami twórcy, miała wyłącznie negatywne konotacje, odwołujące się do owoców działalności północnych ludów barbarzyńskich. I choć plemię Gotów nie miało nic wspólnego z powstaniem nowej wizji architektury, pamięć o nim przetrwała w nieśmiertelnej, jak się okazało, nazwie.

Pozostający po dziś dzień stosunkowo nieznanym teologiem i filozofem z VI wieku myśliciel, o przydomku Dionizy Areopagita , oparł dzieło swojego życia na oczywistym dla wielu stwierdzeniu, iż światło jest źródłem wszelkiego widzialnego piękna. Na tym argumencie oparł on swoją teologię, wyłożoną w dziele O hierarchii niebieskiej, czyniąc światło jednym z głównym przymiotów Boga, odpowiedzialnym za stworzenie. Zgodnie z jego założeniami światło emanuje poszczególne byty, kierując je jednocześnie ku źródłu wszelkiego stworzenia. Anagogiczna metoda Pseudo-Dionizego Areopagity wiedzie więc od materialnego w niematerialne. Sugeriusz zafascynowany wznoszącą teologią Dionizego, zapragnął jedynie jej urzeczywistnienia…

Kościół opacki, miejsce przechowywania relikwii świętego Dionizego, nekropolia królów francuskich i wreszcie miejsce, w którym monarchowie składali regalia na czas swojej nieobecności, wymagał zdaniem Sugeriusza najgodniejszej oprawy:

„Niechaj każdy postępuje według własnego zdania. Co do mnie oświadczam, iż uznałem za słuszne, aby wszystko, co tylko jest najcenniejsze służyło celebrowaniu Najświętszej Eucharystii. Skoro zgodnie ze Słowem Bożym i nakazem Proroka do złotych kielichów i, złotych flaszeczek i małych moździerzy ze złota zbierano krew kozłów, cieląt i czerwonej jałowicy, o ileż bardziej przystoi używać naczyń ze złota, szlachetnych kamieni i wszystkiego co uchodzi za cenne wśród stworzenia, kiedy mamy przyjąć Krew Jezusa Chrystusa. Ci co nas krytykują, twierdzą, iż do składania ofiary wystarczy świętość duszy, czystość myśli i wierność intencji, i zgadzamy się, iż to właśnie liczy się przede wszystkim. Stwierdzamy jednak również, iż zewnętrzne ozdoby naczyń świętych także należą do posługi Ofierze Świętej, którą należy sprawować w całej czystości wewnętrznej i w całej szlachetności zewnętrznej” (fot. 03).

Sugeriusz odpowiadał w ten stanowczy sposób na zarzuty kierowane pod jego adresem ze strony św. Bernarda z Clairvaux, który jako płomienny mistyk i asceta, kościół lśniący blaskiem złota i srebra określał mianem synagogi szatana. Dla Sugeriusza jednak nadziemski blask służyć miał niczemu innemu jak większej chwale Boga Najwyższego.

„W tej światłości początkowej, nie stworzonej i stwórczej, uczestniczy wszelkie stworzenie. Wszelkie stworzenie otrzymuje i przekazuje światło boskie wedle swojej możności, to znaczy zależnie od szczebla, jaki zajmuje na drabinie istot, zależnie od poziomu, na jakim umieściła je w hierarchii myśl boża. Wywiedziony ze światła wszechświat sam wysyła potoki jasności, a światło emanujące z Istoty Pierwszej Wyznacza nieodmiennie miejsce wszystkiemu, co stworzone. Ale też i wszystko zespala. Jako więź miłości przenika świat, jest ładem i spójnią, ponieważ każda rzecz jest w mniejszym lub większym stopniu tego światła odbiciem, irradiacja ta aż z samych głębin ciemności nieprzerwanym łańcuchem odblasków pnie się ku górze, zmierza z powrotem do źródła swojego promieniowania. W ten sposób świetlisty akt stworzenia sam z siebie ustanawia ruch powrotny, który po stopniach prowadzi ku Istocie niewidzialnej i niewysłowionej, z której się wywodzi”.

Dążąc do jak najpełniejszego oddania idei świątyni jako obrazu wędrówki drogą światła ku temu co niematerialne, zapragnął całkowitej przebudowy kościoła opackiego (fot. 04).Dzieło swojego życia zaplanował w całości, podporządkowane w najdrobniejszych szczegółach wizji, którą misternie uplótł. Świątynia łącząca ziemski, królewski splendor z Boskim majestatem wiązać miała ze sobą realną przestrzeń władzy monarszej – uosobionej przez króla – z ponadrealną, nie dającą się zamknąć w granicach ludzkiego pojmowania przestrzenią Boskiej obecności, której pośrednikiem stać się winien kościół opacki. Sugeriusz zaplanował więc całkowicie nową strukturę, a proces realizacji swojego pomysłu podzielił na trzy etapy: przedsionek, chór z prezbiterium oraz nawę, każdej ze stref przypisując konkretne znaczenie. Rozpoczął, chciałoby się rzec, całkiem niewinnie. Przysadzisty, budzący wrażenie ciężkiego i niezdobytego, masyw zachodni, zapragnął uczynić metaforą przestrzeni odzwierciedlającej władzę ziemską, która w jego wizji sama budząca respekt i święty wręcz szacunek, stanowić miała bramę, przedsionek do chwały boskiego majestatu, stać się miała początkiem drogi do nieba, dolną, umocnioną bramą Niebieskiego Jeruzalem (fot. 05). Sugeriusz nadał jej formę wciąż masywną, aczkolwiek odważnie wysmukloną, z której dolnej, zwartej i nieznacznie tylko przysadzistej, trójosiowej części wyrastały pierwotnie dwie smukłe, doskonałe wręcz w swych proporcjach wieże. U nasady łączy je krenelaż, charakterystyczny dla budowli obronnych, poniżej przebiega delikatna, zanurzona w płaszczyźnie muru galeria złożona z rzędu opartych na niewielkich kolumienkach ostrołukowych arkadek, z których każda wypełniona jest postacią jednego z królów starotestamentowych. Są oni jak stróże starego przymierza w zwieńczeniu bramy, która nieodwołalnie już prowadzi w nowe. Idea bramy została przez Sugeriusza pomyślana jako symbol Trójcy Przenajświętszej, każdy więc z trzech portali wiodących do wnętrza poświęcony został jednej osobie Boskiej, razem wiodą jednak ku Jedynemu. Jest to manifestacyjne wyznanie wiary w Boga Trójjedynego, stanowiące ogromnej siły kontrargument i antytezę wszelkich ówczesnych dywagacji na temat Trójcy, tak wówczas gorących.

Chrystus w okresie krucjat jest postacią centralną Trójcy Świętej i to Jemu poświęcony jest środkowy najbardziej monumentalny portal, zdobią go w obramieniach posągi królów i królowych Starego Testamentu, które stanowią zarówno odwołanie do królewskich korzeni Chrystusa, jak też stają się swoistą prefiguracją Jego królewskiej natury.

Portale w zamierzeniu opata mają jednak jeszcze jedno znaczenie: są interpretacją rzymskiego Łuku Konstantyna, który dla przechodzącego pod nim cesarza był, zgodnie z tradycją, oczyszczeniem na drodze do Boskości. Idąc dalej za antyczną tradycją chrześcijańską, przedsionek kościoła opackiego ponownie nabrał znaczenia bramy, przez którą ochrzczeni wchodzą na ucztę, bramą, która zatrzymuje grzeszników. Ta sama brama katechumenom każe trwać w cierpliwości na moment oczyszczenia, który pozwoli z godnością spoglądać w zarysowaną w perspektywie Boskość. Ponownie brama świątyni stała się nienaruszalną granicą między sacrumprofanum, nie pozwalającą się przekraczać bez zrozumienia tajemnicy, jakiej strzeże.

Zarówno idea jak i forma jej nadana odcisnęły na architekturze dojrzałego średniowiecza tak silne piętno, że nieustannie poszerzane i udoskonalane na kolejne dziesiątki lat kształtowały kanon zachodniochrześcijańskiej architektury katedralnej.

Kolejnym etapem w zamyśle Sugeriusza stała się całkowita przebudowa chóru wraz z prezbiterium, jak sam później pisał „kresu liturgicznej wędrówki”, miejsca z którego światłość wdziera się do wnętrza świątyni, wypełniając ją nadludzkim blaskiem, splendorem wschodzącego Słońca. Słońce to przynosi z sobą Chrystusa zajmujący miejsce najświętsze w majestacie chwały nieznanej i nie należącej się żadnemu z ziemskich monarchów (fot. 06).

Ołtarz jako tron Najwyższego, zgodnie z pragnieniem Sugeriusza, miał tonąć w blasku, który wszystko kieruje ku niebu. Opat zaplanował tę przestrzeń z jeszcze większą starannością. Wiedział doskonale, jak bardzo pożąda światła i znał też potrzeby wynikające z wzrastającej nieustannie liczby kapłanów. Chór wraz z prezbiterium otaczać miał w półokrąg wieniec kaplic – jedna obok drugiej, jakby przytulone do siebie, wszystkie otwarte w kierunku prezbiterium (fot. 07). Wcześniejsza architektura znała tego typu rozwiązania, ale Sugeriusz zapragnął czegoś, na co do tej pory żaden architekt i pomysłodawca nie byłby w stanie się porwać. Jego zalecenie dla budowniczych było proste i treściwe – przepruć ściany, tak by stały się wielkimi oknami, kaplice zaś miały być pozbawione ścian działowych. Wszystko po to, by do wnętrza dostała się jak największa ilość niematerialnego światła, spajającego przestrzeń w jedno: 

„Niechaj sam półokrąg kaplic, a bardziej jeszcze to jednoczące światło, skupią i zestroją w jedno w uniesieniu wszystkich celebrujących. Niech w nim właśnie, ich jednoczesne gesty staną się jednym, jak głosy stopione w pełni chóralnego śpiewu. Niechaj skąpane w tym samym świetle równoległe obrzędy przemienią się w jeden obrzęd. Oto symfonia”.

Stało się dokładnie tak, jak sobie to zaplanował, prezbiterium ze sklepieniem wzniesionym na sporą jak na ówczesne możliwości wysokość, otoczyło obejście z wieńcem kaplic, otwartych względem siebie i do wnętrza chóru, szerokimi arkadami. Ta przestrzeń stała się jak las smukłych kolumn nakryty wymyślnym sklepieniem wpartym na delikatnych zebrach, które jak gałęzie przenikały się nawzajem, ginąc jakby gdzieś w koronie. Ogromne, bo sięgające szczytu niemalże z poziomu posadzki okna, wypełniły tafle szkła ubogaconego różnobarwnymi witrażami, w których postaci ujęte zostały w obramienia do złudzenia przypominające antyczne gemmy (fot. 08).

Jak wobec tego wyglądało wnętrze chóru i czym odróżniało się od dotychczasowych?

Gdybyśmy chcieli odtworzyć sobie pierwotny kształt rozległego prezbiterium Sugeriusza wraz z obejściem i kaplicami, nie musielibyśmy specjalnie przeciążać naszej wyobraźni. Dzisiejszy stan pozwala z powodzeniem zobaczyć to, co w głowie genialnego opata powstało niespełna 900 lat temu. Gdy staniemy u progu chóru, w samym środku nawy poprzecznej, naszym oczom ukazuje się smukła przestrzeń o trójstrefowej strukturze (fot. 09). Biegnące bo bokach i wsparte na monolitycznych kolumnach arkady w jednej chwili wpadają w półokrąg zamykający strefę prezbiterium, przestrzeń staje się jakby nieznacznie ograniczona, pozostając jednak szeroko otwartą. Arkady zdają się zdradzać nam nieśmiało kolejną przestrzeń, która ukrywa się za nimi: to krzyczące światłem obejście i otwierające się za nim kaplice stojące równo jakby w szyku, wdzierają się do wnętrza chóru, a wielość staje się niewiarygodnej urody jednością (fot. 10). Powyżej chciałoby się szukać już tylko wysokich okien, lecz w oczy rzuca się pas znacznie niższych arkadek, kryjących wąskie przejście, za którym znajdują się wypełnione wielobarwnymi witrażami okienka, ta strefa to galeria tryforialna, dopiero teraz unosząc oczy w górę, dostrzegamy ogromne, wąskie, niebywale smukłe i zamknięte w ostrołuk okna prezbiterium. Szklane tafle kolejnych okien niemalże sąsiadują ze sobą, dzielą je jedynie cienkie kolumienki, ciągnące się od nasady najniższych kolumn aż po samo sklepienie – Sugeriusz w obsesyjnym więc pragnieniu światła nie przewidywał nawet niewielkich rozmiarów ściany. To, co widzimy, jest istotnie przepiękną demonstracją możliwości światła, które z każdej niemalże strony wdziera się do wnętrza, topiąc je w mozaice przenikających się barw (fot. 11).

Ostatni etap zaplanowanej przez Sugeriusza przebudowy nie został zrealizowany za jego życia. Powodem nie był brak środków, a przekonanie wyznawane głęboko w ówczesnej Francji, że konsekracji pierwotnego kościoła świętego Dionizego dokonał sam Chrystus w asyście zastępów niebieskich. Z dużym prawdopodobieństwem myśl o wyburzeniu nawy w celu wzniesienia jej w odmiennej formie napawała samego Sugeriusza czymś w rodzaju lęku, o czym sam wspominał.

W roku 1144, w trakcie konsekracji chóru, istniał więc nowy masyw zachodni, romańska nawa główna oraz arcydzieło w postaci chóru wschodniego z prezbiterium. Nawy w dzisiejszej postaci wzniesiono według planów opata w końcu XIII stulecia (fot. 12).

Chciałbym więc, żebyśmy jeszcze raz spojrzeli na tę pierwszą manifestację gotyku, trochę jakby z góry, sumarycznie, próbując przejść tę, jak nazywa ją w swoich pismach Sugeriusz, liturgiczną wędrówkę wiodącą nas od tego, co ciemne i grzeszne, zwyczajne i codzienne, do spraw niematerialnym, skąpanych w światłości, która daje początek wszelkiemu istnieniu.

U stóp ciągle jeszcze przysadzistej, nieznacznie przyciężkawej fasady, rysuje się nam jej nieco zniekształcona – bo pozbawiona jednej z wież – bryła. Stajemy przed bramą Niebieskiego Jeruzalem, granicą światów, łukiem tryumfalnym oczyszczającym wchodzących na drodze do przebóstwienia, który jednocześnie jest wyznaniem wiary w Boga Trójjedynego. Chrystus w majestacie zasiada w owej bramie, w miejscu centralnym, unoszony przez postaci starotestamentowych królów, dokonuje sądu nad światem. Stare Przymierze unosi Nowe, dawni królowie wspierają postać Króla Przedwiecznego, monarchia ziemska ustępuje niebiańskiej. Przekroczenie progu świątyni zostało pomyślane jako wejście w nadnaturalną rzeczywistość, którą należałoby określić jako strefę sacrum, o niezwykle głębokim znaczeniu.

Wejście w przestrzeń świątyni jest istotnie podjęciem ewangelicznej poniekąd wędrówki u boku Chrystusa, rozpoczynanej inicjacją w postaci Chrztu Świętego, sakramentu wejścia w śmierć i zmartwychwstanie Syna Bożego. Stajemy w miejscu, w którym symbolikę chrztu podejmowała kamienna chrzcielnica, to od niej rozpoczynało się pełne i realne uczestnictwo w sakramentach. Podnosząc głowę ku górze, architektura kreśli nam przestrzeń o nieznanej dotąd świetlistości – rytmiczną, pełną harmonii i klarownych układów, sięgającą do najgłębszych otchłani naszej wrażliwości. Filary otoczone wiązkami delikatnie zarysowanych służek, odważnie pędzą ku górze, zupełnie bez przeszkód, jakby niezauważalnie w jednej chwili stając się sklepiennymi żebrami. Sugeriusz, pisząc o nich, używał metafory dłoni złożonych w modlitewnym geście i ujął to, jak sądzę w niezwykle trafny sposób. Tak jak modlitwa unosi się w górę, tak i tutaj filary biegną w naszych oczach w stronę nieba, a perspektywa naszego widzenia zawęża się, by wreszcie pozostać zamkniętą splotem skrzyżowanych żeber. Kierunek naszej wędrówki ku liturgicznemu celowi wyznaczają wypełnione wielobarwnymi witrażami ogromne wręcz okna. Światło wpadające przez nie do wnętrza nawy jest jak słońce ślizgające się po palcach dłoni, którą próbuje się je przysłonić. Droga rozpoczęta przez chrzest przyciągający nas z powrotem nad Jordan toczy się dalej, witraż za witrażem, scena za sceną przez powołanie pierwszych apostołów, cud rozmnożenia chleba, kazanie na górze, po uroczysty wjazd do królewskiej Jerozolimy, ostatnią wieczerzę, a wreszcie mękę i zmartwychwstanie. Okna wypełnione przypowieściami i kolejnymi, następującymi po sobie etapami działalności Chrystusa ulegają stwórczej mocy światła, które przecież zgodnie z filozofią Pseudo–Dionizego uosabia nam Wszechmogącego Boga. Jeśli iść tym śladem, to sam Bóg w swojej światłości przenika kolejne obrazy Ewangelii, nadając im życie. Taka perspektywa zanurza nas w tajemnicy liturgii przestrzeni. Architektura w jej najbardziej dotykalnym charakterze, w tej kompozycji gra w idealnym zestrojeniu z metafizyczną z gruntu sferą liturgii. Prowadzi nas jak kolejne dźwięki nieskazitelnej symfonii do finału dzieła, które w naszych oczach jawi się niby rozbłysk wielkiej świetlistej kuli, która wpadając do wnętrza chóru napotyka na laskowania i maswerki. Sama przy tym ulega rozbiciu na dziesiątki małych i wielkich, niebywale intensywnych promieni; wszystkich, jednym ciosem uderzających wprost w miejsce najświętsze. Majestat Najwyższego Boga, „słońce wschodzące z wysoka, by oświetlić tych, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają”, Chrystus Najwyższy Kapłan, Król królów i Pan Wszechświata w tajemnicy Eucharystii staje się obecny pośród przenikającej wnętrze światłości. To ona toruje Mu drogę, by mógł ogarniać całą świątynię swoją chwałą, która dzięki majestatowi i potędze jest niewypowiedzianym ciepłem dotykającym do głębi.

„Gdy splatając się rozkoszą, obudzoną pięknością Domu Bożego, różnobarwnych kamieni nadobność oderwała mnie od trosk codzienności, a szlachetne rozmyślanie – wiodąc od tego, co materialne, ku niematerialnym rzeczom – pobudziło w umyśle pamięć o nieskończonej wielości świętych cnót – poczułem się tedy przeniesiony w jakąś dziwną krainę wszechświata, która choć nie cała z mułu ziemi, nie była też cała w czystości Niebios, i tak za sprawą łaski Bożej przenosić się mogę z niższego świata w świat wyższy sposobem anagogicznym”.

Słowa Sugeriusza oddają prawdę o rzeczywistości. Dzisiaj, widząc jego dzieło, przed oczami mamy zmaterializowaną wizję Dionizego, wolną od nadinterpretacji i niezrozumienia, lecz zamkniętą w doskonałej formie, która idealnie spełnia każdą, uniwersalną definicję piękna. Architektura sięgnęła mistyki, dotknięta światłem stworzyła doskonałą symfonię w idealnej relacji z liturgią, otwierając jedyną w swoim rodzaju drogę do zgłębienia i poznania najcudowniejszych jej tajemnic. Powstała ponadczasowa przestrzeń doznania niematerialnej, przenikającej ducha obecności żywego Boga, który objawiając siebie w Eucharystii przychodzi w chwale.

[slickr-flickr search=”sets” set=”72157626974364564″ type=”gallery” size=”large”

 

 

Zobacz także