Kobieta w osobie Chrystusa?

Powracająca od czasu do czasu w mediach dyskusja na temat kapłaństwa urzędowego (ordo) kobiet ma swoje dwa nurty i właściwe im rytuały.

Pierwszy z nich koncentruje się na poszukiwaniu teologicznych argumentów mających przekonać, że dotychczasowa praktyka Kościoła jest nieprawomocna lub wymaga ciągłego dyskutowania na poziomie fundamentalnym zasad. Druga zaś, niemal zupełnie ignoruje tego typu argumentację i zajmuje się jedynie praktycznymi aspektami życia kościelnego, czy też szeroko rozumianymi strategiami „duszpasterskimi”. Chodzi w nich, ogólnie rzecz biorąc, o to by, nie oglądając się na władze kościelne, nikogo nie odstraszyć brakiem postępowej postawy. Szczególnie niewierzących.

Problem z Watykanem

Jakie cechy charakterystyczne znajdujemy w nurcie argumentacji, nazwijmy ją, „subtelnej”, czyli teologicznej? W numerze Miesięcznika Znak – zapowiadanym na marzec – ukaże się artykuł siostry Elizabeth Johnson C.S.J, znanej teolog feministycznej; już sam lid, zachęcający do lektury, dobrze oddaje ducha feministycznych argumentów. We fragmencie czytamy: „Kiedy w teorii przyznano kobiecie należną jej godność i uznano, że stanowi >obraz Boga<, kością niezgody stał się jej status jako >obrazu Chrystusa<. W dokumencie Inter insigniores (1976) odmówiono kobietom dostępu do posługi kapłańskiej, uzasadniając decyzję tym, że skoro Chrystus pod względem płci był mężczyzną, kobieta, która mężczyzną przecież nie jest, nie może występować podczas Eucharystii in persona Christi. Już wówczas wielu komentatorów zauważyło, że nauczanie to nie wywodzi się z tradycji, ale jest koncepcją nową, stworzoną przez Watykan (…). Bycie na obraz Chrystusa nie oznacza bycia kopią Jego płciowej tożsamości. Opiera się raczej na uczestnictwie w Jego życiu, w miłości Boga i miłości bliźniego oraz uczniowskim podążaniu śladem Jezusa” (Miesięcznik Znak, luty 2012, s. 80).

Tradycja vs Watykan

Pomijając już kwestię tego, że autorka nie rozróżnia bycia „obrazem Boga” i działania „in persona Christi”, które jest czymś innym niż bycie „obrazem Chrystusa”, mamy tu jeszcze inne poważne trudności. Tradycja zostaje ujęta przez Johnson jedynie punktowo i narracyjnie, co prowadzi do przeciwstawienia „tradycji” i „Watykanu”. Jeśli jednak rozumiemy Kościół jako Ciało Chrystusa, ujęcie takie jest niezwykle mylące. Parafrazując List do Koryntian, możemy zapytać: czy tradycja jest od św. Pawła, a Watykan od Apollosa, albo odwrotnie? Dla porównania, analogiczną argumentację do Johnson stosują choćby Świadkowie Jehowy, którzy z faktu sformułowania w Nicei Credo wyciągają wniosek, jakoby dopiero wtedy powstał Kościół katolicki (będący dla nich nowym Babilonem) i dopiero w tamtym momencie w ramach „nowej koncepcji Watykanu” (spisku starożytnych biskupów) narzucono chrześcijanom wiarę w coś, co było im zupełnie obce. Twierdzenia takie naiwnie traktują źródła historyczne jako sprawcze, a nie odzwierciedlające, w tym wypadku wiarę i praktykę. Treść Credo potwierdziła tylko to, w co wierzono już dotychczas, dając jedynie Kościołowi precyzyjne sformułowania nie podlegające interpretacjom heretyckim. Argument Johnson na temat katolickich wypowiedzi o kapłaństwie kobiet pozostawia takie właśnie wrażenie – dotychczas mieliśmy pełną swobodę wyświęcania kobiet, choć może niewykorzystaną, a Watykan nagle czegoś zakazał. Tradycja to jednak nie tylko dokumenty „Watykanu”. Johnson ignoruje suwerenną (ale i zgodną z Bożym ustanowieniem Starego Przymierza) decyzję Chrystusa o ustanowieniu jedynie mężczyzn kapłanami, a także konsekwentne trzymanie się wierzących tej praktyki od czasów Apostolskich przez wszystkie burzliwe epoki w dziejach Kościoła. Jeśli Rzym wydał wiążące powszechnie orzeczenia, to dlatego że okoliczności, czyli pomysły feminizacji kapłaństwa, wymagały zaktualizowania doktrynalnego dotychczasowej praktyki.

Ciało nie ma znaczenia?

Jeśli Kościół przypomina o naturalnych predyspozycjach koniecznych do przyjęcia kapłaństwa, to dlatego, że już dawno wielu teologów zapomniało, że prawo Boże dotyczy także naszej natury, ciała i płci. Nie jesteśmy platonikami, dla których znaczenie ma tylko dusza, podczas gdy ciało jest jedynie więzieniem, a jeśli ciało coś znaczy – ma ono też wpływ na nasze powołanie i relację z Bogiem i Kościołem.

W tym miejscu możemy powrócić do trudnej sytuacji, w której stawia się ktoś, kto miesza takie sformułowania jak „obraz Boga” i in persona Christi. Tożsamość tych dwóch pojęć, rzeczywiście oznaczałaby, że mężczyznom przypada kapłaństwo ze względu na bycie, jak gdyby, kopią Pana. Mielibyśmy tutaj faktycznie specyficzny platoński idealizm. Jednak trudno przekładalne sformułowanie in persona Christi wskazuje na coś innego – na odpowiedniość, koherencję mężczyzn w czasie liturgii z Chrystusem jako mężczyzną. Johnson sama wpada w pułapkę, którą próbowała zastawić, bowiem abstrahując od płci i cielesności, daje czytelnikowi wrażenie, że chrześcijanin wobec Boga jest tylko samą duszą, a Bóg nie mógł podjąć żadnej decyzji warunkującej nasze życie duchowe na podstawie przynależności płciowej. Dalsze konsekwencje możemy sobie wyobrazić i sprowadzają się do pytań, czy grzech może dotyczyć ciała, czy poprzez ciało możemy czynić dobro, czy sposób, w jaki żyjemy ma znaczenie i czy cokolwiek poza samorealizacją ducha (dobrym samopoczuciem) ma sens. To dylemat tych, którzy oddzielili wiarę od życia moralnego, politycznego, kościelnego.

Kościół bez Boga

W ten niespodziewany sposób doszliśmy do owego drugiego nurtu optującego za kapłaństwem kobiet. Nurtu pozornie nie związanego z „subtelnymi” tendencjami teologicznym. Jego przykładem może być ruch, jaki pojawił się w Austrii z inicjatywy ks. Hellmuta Schullera znany jako „Wezwanie do sprzeciwu”. Ten zorganizowany sprzeciw, grupy kapłanów, już nie tylko wybrał sobie jakiś szczególny element kontestacji nauki Kościoła, ale wręcz zebrał cały katalog sprzeciwu. Należy do niego dopuszczanie do komunii świętej osób żyjących w powtórnych związkach po rozwodzie, ale też apostatów, innowierców i „wszystkich ludzi dobrej woli”. Zwolennicy ruchu są też zwolennikami „bezkapłańskiej celebracji Eucharystycznej”, odrzucają ewangeliczny zakaz rozwodów, sprzeciw wobec antykoncepcji, a także celibatu księży. I oczywiście są za kapłaństwem kobiet. Możemy zapytać co to ma wspólnego z siostrą Elizabeth Johnson? Przede wszystkim trzeba zauważyć dwie wspólne teologiczne konsekwencje dla obu postaw – pierwsza to odrzucenie związku, jaki zachodzi między prawem Bożym i zbawieniem a doczesnością. W radykalnej postaci teologia ta lekceważy nawet Pismo Święte. Drugą konsekwencją jest porzucenie wizji Kościoła jako Mistycznego Ciała Chrystusa, które przenika Logos, i wola Trójcy, a wejście w logikę heretycką, która separuje i przeciwstawia sobie różne aspekty tego Logosu (tradycję i Watykan, tradycję i magisterium, magisterium i charyzmat). Logika heretycka tworzy coś nowego, tracąc jednak żywotność otrzymywaną od Boga. Dla Johnson i Schuller tradycja nie jest czymś żywym, to znaczy potwierdzającym Boży wybór dla Kościoła, ale martwym narzędziem służącym realizacji ideologii, wygodnego życia, uznania, a może świętego spokoju. Oceny tej dokonuję z perspektywy sposobu myślenia, jakiego się podejmują, a nie intencji im przyświecających. Wszak w dobrej wierze wielu ludzi Kościoła popierało teologię wyzwolenia.

Kościół to nie rękodzieło

Postulaty, rzekłbym: antyewangeliczne, dotyczące takich spraw jak celibat czy kapłaństwo kobiet opierają się na przekonaniu, że „kapłaństwo nie ma charakteru charyzmatycznego i że należy w nim widzieć urząd, na który wyznacza instytucja w trosce o własne bezpieczeństwo i z racji konkretnych potrzeb. (…) Ale wtedy trzeba będzie cały Kościół rozumieć jako twór czysto ludzki, a bezpieczeństwo, które chciano by w ten sposób sobie zapewnić, okazałoby się złudzeniem. Kościół nie jest naszą instytucją, jest wynikiem interwencji pochodzącej z zewnątrz i w swej istocie jest iuris divisi, a w konsekwencji nie możemy sami tworzyć. Znaczy to także, że prawdziwie sobą jest on tam, gdzie przestają obowiązywać mierniki i modele ludzkich instytucji” (J. Ratzinger, Kościół pielgrzymująca wspólnota wiary, Kraków 2005, s. 165). Idea kapłaństwa kobiet ma swoje źródła poza Kościołem, w rożnych „instytucjach” naszej współczesnej kultury i nie sposób jej pogodzić z jednością Kościoła, który ta kultura z chęcią by poszatkowała i podporządkowała.

Tomasz Rowiński – historyki idei, redaktor „Christianitas”, sekretarz redakcji kwartalnika Fronda, razem z ks. Dariuszem Kowalczykiem SJ wydał książkę Czy żyjemy w czasach apokalipsy (Kraków 2012).

 

Zobacz także