Komentarz do Ewangelii II niedzieli Wielkanocnej

Właściwie od zeszłej Niedzieli świętujemy jeden dzień Zmartwychwstania, dzień (w naszej ziemskiej rachubie osiem dni), który nie zna zachodu, bo zapowiada i w jakiś sposób antycypuje wieczność. Jedynym sensem tego czasu jest opowiadanie o spotkaniach ze Zmartwychwstałym.

Każde spotkanie jest inne, wyjątkowe, bo dotyczy tego a nie innego człowieka – uczniów w Emaus, Marii przy grobie, przerażonych i kochających kobiet, którym Jezus pozwolił objąć stopy. Nie zapomnijmy o tajemniczym spotkaniu z Szymonem, o którym wiemy tylko to, że się odbyło. I jeszcze Tomasz, lękający się uwierzyć, że Pan zmartwychwstał.

Szanuję Tomasza w jego wątpieniu, bo mówi mi ono o jego wielkiej miłości do Jezusa, miłości, która nie chce pozostać na słowie (nawet wiarygodnych świadków), ale szuka doświadczenia i spełnienia. Nie można kochać na słowo – trzeba dzielić życie, trzeba mieć pewność, a nie tylko domniemanie.
 
Podziwiam Tomasza za odwagę, za otwarcie na prawdę. Jest on w tym całym zamieszaniu ze zmartwychwstaniem twardym  realistą. O tożsamości Jezusa przekonają go wyłącznie rany na Jego ciele – dowody śmierci i nowego życia. Jeżeli prawdą jest, że Jezus zmartwychwstał, to Tomasz odda swoje życie , by być jej wiernym. Teraz jednak potrzebuje rozpoznać Jezusa.
 
Zazdroszczę Tomaszowi dotykania Boga. Tylko on mógł dotknąć ran, zajrzeć do serca Boga (tak dosłownie) i poczuć  bicie tego serca. Nie wiem, co zobaczył Tomasz, czy ostatecznie włożył swoje ręce w miejsce gwoździ, ale  wiem, że wiara przemogła niepewność, że serce Tomasza też zostało w Chrystusie wskrzeszone do życia. Chciał dotykać, a sam został dotknięty przez Boga.
 
Mam taką nadzieję, że w momencie mojego spotkania ze Zmartwychwstałym powiem to, co powiedział Tomasz: „Pan mój i Bóg mój”. I nowa rzeczywistość się otworzy – nie w znaku, sakramencie, ale twarzą w twarz. Nie będzie już wiary, lecz widzenie i nie jeden dzień Zmartwychwstania, ale wieczność
 

 

Zobacz także