Komentarz do Ewangelii XXV Niedzieli zwykłej, rok A

Tekst Ewangelii, którą czytamy w trzecią niedzielę września 2011 roku, choć napisany prawie 2000 lat temu, jest na wskroś współczesny, bo jest o nas – o naszej postawie „spodziewania się”, „wewnętrznych obliczeń na swoją korzyść”.

O postawie iluzji i okłamywania samych siebie, gdy liczymy na coś, co ‐ jak nam się wydaje się – nam się powinno należeć.

Obraz przytoczony przez Jezusa jest zwyczajny, bliski tym, którzy Go słuchali. Pora zbioru winogron, właściciel winnicy, robotnicy najemni stojący na rynku miasta, ogólnie przyjęta dniówka – jeden denar. Proste i jasne zasady. Ranek, poszukiwanie pracy, trud całego dnia, wypłata wynagrodzenia, wieczór i kolejny ranek – i tak codziennie. Nic nie powinno tego rytmu natury zakłócić.

Okazuje się jednak, że zbiory w winnicy są nadzwyczajne i nie wystarcza robotników, że pan winnicy musi nająć kolejnych i kolejnych robotników. Znajduje ich bez problemu, bo stoją bezczynnie na placu, pozbawieni nadziei na cokolwiek. Zatrudniając ich właściciel winnicy nie mówi im o wynagrodzeniu – czy będzie to pół denara, czy ćwierć, ale zapewnia, że wypłata będzie godziwa (warto tę zasadę zastosować w praktyce). Nikogo takie postępowanie nie dziwi i robotnicy późnej pory idą do winnicy.

A jednak dzieje się w tym Jezusowym opowiadaniu coś, co zaskakuje i wymusza nowe spojrzenie na rzeczywistość (przy okazji obnażą naszą iluzję). Nadchodzi moment wypłaty – karty zostają odsłonięte. Przychodzą ci ostatni – otrzymują denara, przychodzą przedostatni – otrzymują denara … I patrząc na taki obrót sprawy można dojść do wniosku, że jeżeli oni pracowali krótko i dostali denara, to ci po całym dniu pracy powinni otrzymać co najmniej cztery, no ostatecznie trzy denary. A oni otrzymują jednego – jawna niesprawiedliwość. I rzeczywiście byłaby to niesprawiedliwość, gdyby nie ta poranna umowa o denara za dzień. Uczciwa, rzetelna, jasna umowa – dzień pracy – jeden denar wynagrodzenia.

I tak jest też w moim życiu: gdy mam „pretensje do Pana Boga”, że jakiś człowiek bez wysiłku ma to, czego ja nie mam, albo muszę się odpowiednio namęczyć, aby efekt był podobny, gdy wydaje mi się, że skoro wierzę, zachowuję (lepiej lub gorzej) przykazania, to Bóg powinien mi to lub owo. Przykładów można mnożyć w nieskończoność…. W tym chaosie oczekiwań, iluzji umyka jedno podstawowe pytanie – O CO UMÓWIŁAM SIĘ Z BOGIEM? Co jest tym denarem, który ma mi być wypłacony? Czy może rozmieniłam go na drobne, a teraz nie dostrzegam, bo biegam za tym, co pozornie straciłam? Czy to Bóg jest niesprawiedliwy, czy to ja nie pozwalam Mu być dobrym, bo denara zbawienia wypłaca wszystkim pracującym w winnicy?

 

Zobacz także