Kontemplacja i przebaczenie

Kiedy przeżywamy radosne święta Bożego Narodzenia rodzi się w nas pytanie, dlaczego zaraz na drugi dzień wspominamy tak dramatyczne wydarzenie, jakim jest śmierć męczeńska diakona Szczepana? A nawet więcej, liturgiczne wspomnienie tej śmierci należy do obchodów Bożego Narodzenia.

 Giotto, święty SzczepanJedna z najbardziej popularnych odpowiedzi głosi, że dzieje się tak, dlatego byśmy zapatrzeni w żłóbek Chrystusa nie zapomnieli, że ofiara ze strony Boga dla człowieka pociąga konieczność także ofiary ze strony człowieka dla Boga, chociażby ona wymagała nawet krwi męczeństwa (komentarz z Internetowej Liturgii Godzin). Taki punkt widzenia wydaje się być ukształtowany przez długą tradycję Kościoła na Zachodzie, zaczynającą się od św. Anzelma z Canterbury. W swoim dziele Cur Deus homo?, odpowiadając na pytanie dlaczego Bóg stał się człowiekiem, twierdzi, że po to oby odpłacić swoją śmiercią za grzechy człowieka. Może więc to wszystko wina św. Anzelma, który chciał zepsuć nam radość świąteczną. Nic podobnego. Jest w tej odpowiedzi teologa jakiś realizm duchowy, na który wskazuje również tradycja bizantyjska, tak łatwo krytykująca argumenty św. Anzelma.

Na bizantyjskiej ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy widzimy Dzieciątko, które odwraca głowę od Matki i patrzy z przestrachem na narzędzia kaźni, które trzyma jeden z aniołów. Wygląda jak dziecko, które bardzo się przestraszyło czegoś i wskoczyło w ramiona matki, aż jeden z sandałów zsunął mu się z nogi. Jest w tym powiązaniu Bożego Narodzenia ze śmiercią Jezusa jakaś tajemnica, mówiąca o realnym istnieniu zła w świecie, o której pisze również św. Anzelm. Jednak tłumaczenie jej w kluczu moralistycznym, jest niewystarczające. Czy rzeczywiście Bóg przyszedł na ziemię po to abyśmy musieli cierpieć wraz z Nim, czy raczej po to abyśmy właśnie nie cierpieli, ale abyśmy mieli życie w obfitości? Nie sadzę, abyśmy kontemplując żłóbek Chrystusa zbliżali się do Niego mniej, czy gorzej, niż poprzez kontemplację Jego Krzyża.

Światło na tę tajemnicę rzuca nam w dzisiejszym czytaniu z Liturgii Godzin również św. Fulgencjusz z Ruspe: Wczoraj święciliśmy Narodziny ziemskie wiecznego Króla, a dziś obchodzimy chwalebną mękę żołnierza. Wczorajszego dnia nasz Król, przybrany ozdobną szatą ciała, wyszedłszy z łona Dziewicy, raczył świat nawiedzić; dzisiaj Jego żołnierz opuszcza siedzibę ciała i pełen chwały przechodzi do nieba. Widzimy, że w tym tekście, akcent położony jest nie na cierpienie, lecz na zwycięstwo Szczepana. Chrystus zstąpił na ziemię po to, abyśmy nie cierpieli, ale wraz z Nim zwyciężali. Mało tego, męka żołnierza Szczepana ukazana jest jako jego narodziny dla nieba. Wraz z Chrystusem rodzimy się na nowo. Św. Fulgencjusz pisze: Miłość, która Chrystusa przywiodła z niebios na ziemię, Szczepana powiodła z tej ziemi do nieba. Miłość ta najpierw objawiła się w naszym Królu, by potem zajaśnieć w Jego żołnierzu. To miłość jest punktem centralnym męczeństwa, miłość, która wypływa ze spotkania z Chrystusem. W opisanej przez św. Łukasza scenie śmierci Szczepana, zamyka się ona pomiędzy widzeniem otwartego nieba i Syna Człowieczego, a słowami przebaczenia, które wypowiada Szczepana. W tej scenie streszcza się też cała droga Kościoła: od widzenia Chrystusa do słów przebaczenia bratu.

Są to dwa zasadnicze punkty, nad którymi powinniśmy się zatrzymać w medytacji nad dzisiejszym świętem. Przykład św. Szczepana pokazuje nam, że kontemplacja Bożego Oblicza i przebaczenie braciom należą do istoty naszego powołania, natomiast pytanie czy pomiędzy jednym a drugim znajdzie się cierpienie, jest drugorzędne. Nie koncentrujmy się na cierpieniu, ponieważ nie jest ono naszym przeznaczeniem. Naszym przeznaczeniem jest Oblicze Boga i naszych braci, z którymi spotkamy się w niebie.

Wojciech Surówka OP

 

 

Zobacz także