Koszmar teologiczno-pastoralny

Nie, nie, nic mi się nie śniło. Za namową znanej i szanowanej przeze mnie katechetki (matki trojga dzieci, szczęśliwej żony od 25 lat) zajrzałem do Dyrektorium o Mszach z udziałem dzieci. Jeśli ktoś ma słabe nerwy, niech zakończy lekturę i zapomni o sprawie.

Jeśli ktoś o silnej psychice, odwadze i ciekawości – na własne ryzyko – chce podjąć lekturę wyjątków ze wspomnianego dokumentu, zapraszam.

Cytaty wrzucam, „jak leci”. Bez szczególnego roszczenia sobie prawa do obiektywnego wyboru, przekazania myśli autorów etc. Wklejam to, co budzi zdziwienie, pytania lub zwykły przestrach. Od czasu do czasu dorzucę dwa grosze od siebie. Nie dla wszystkich dziwnym musi być to, co mi dziwnym się wydaje.

Nr 8: „Formacji liturgicznej i eucharystycznej nie należy oddzielać od pełnego wychowania humanistycznego i chrześcijańskiego; byłoby nawet szkodliwe, gdyby formacja liturgiczna była pozbawiona takiej postawy”. Ciekawe… Ale o co chodzi?

Nr 10: „Rodziców, którzy są słabi we wierze ale chcą zapewnić dzieciom wychowanie chrześcijańskie; trzeba zachęcać, by zaznajamiali dzieci przynajmniej z wartościami ogólnoludzkimi, o których wyżej była mowa, oraz by przy nadarzającej się okazji uczestniczyli w zebraniach rodziców i nabożeństwach nieeucharystycznych odprawianych dla dzieci”. Oczywiście, słabsi w wierze chętniej przyjdą na nabożeństwo niż na mszę… Czyżby?

Nr 13: „Należy się jednak wystrzegać, żeby tego rodzaju nabożeństwa [z udziałem dzieci] nie przybierały zbyt dydaktycznego charakteru”. Tak, tak… ale potem wszelkie wskazania idą właśnie w kierunku dydaktycznych pouczeń i dostosowań.

Nr 16: „Nawet maleńkie dzieci, które jeszcze nie potrafią lub nie chcą uczestniczyć we Mszy św., można przyprowadzić na zakończenie Mszy św., aby otrzymały błogosławieństwo wraz z całym zgromadzeniem. Podczas Mszy św. pozostają one w oddzielnym miejscu pod nadzorem starszych osób, np. pomocnic parafialnych”. Jasne, jak dziecko nie chce, nie musi. To świetna wskazówka wychowawcza.

Z bólem odpuszczam – dla skrócenia tekstu – nr 17.

Ciekawa jest eskalacja zaproponowana w Dyrektorium. Najpierw mówi się o mszach, w których większość stanowią dorośli. Potem coraz mocniej promuje się osobne msze dla dzieci. Autorzy w trakcie pisania wyraźnie nabierają animuszu. I tak już w nr 19. czytamy: „Jeśli liczba dzieci jest znaczna, Mszę taką można niekiedy zorganizować w ten sposób, żeby w większym jeszcze stopniu zadośćuczyniła wymaganiom dzieci, ale tak, żeby i dorośli mogli z niej odnieść pożytek”. Dowiadujemy się, że w wypadku dzieci liturgia mszy ma zadość czynić wymaganiom, które stawiają. Kto tu kogo kształtuje? Liturgia nas, czy my liturgię?

Ale dopiero w nr 20. dochodzimy do kuriozum: „Oprócz Mszy, w których dzieci uczestniczą razem z rodzicami i innymi członkami rodziny, a które nie zawsze i nie wszędzie mogą się odbywać, zaleca się odprawianie Mszy z udziałem samych dzieci, zwłaszcza w ciągu tygodnia. Z dorosłych tylko niektórzy będą jej uczestnikami”. Po co? Dlaczego dzieci mają chodzić do kościoła i na mszę bez swoich rodziców? Niech chodzą na katechezę i na plac zabaw, niech biegają po podwórku bez rodzica, ale po co na mszę mają iść same? Czemu ma to służyć? Dać ulgę rodzicom, by na mszach z udziałem dzieci nie musieli się męczyć? Naprawdę, o co tu chodzi?

Dowiadujemy się dalej – i to kilkukrotnie – że różne rzeczy na mszy trzeba robić, ale jak są dzieci trzeba je robić staranniej, godniej i bardziej adekwatnie. Tak na przykład głosi nr 22: „Zasady czynnego i świadomego uczestnictwa poniekąd bardziej obowiązują, jeżeli Msze św. są odprawiane z udziałem dzieci. Dlatego trzeba dołożyć starań, aby wszystko zmierzało do poszerzenia i pogłębienia takiego uczestnictwa. Niech więc dzieci w jak największej liczbie wypełniają specjalne czynności podczas Mszy św. a mianowicie: przygotowują miejsce i ołtarz, pełnią funkcję kantora, śpiewają w chórze, grają na instrumentach muzycznych, czytają lekcje, odpowiadają podczas homilii, wypowiadają wezwania modlitwy powszechnej, przynoszą dary do ołtarza oraz spełniają podobne czynności zgodnie ze zwyczajami różnch narodów. Ożywieniu uczestnictwa będzie pomagać niekiedy dodanie czegoś nowego, jak np. podanie powodów do wyrażania wdzięczności przed dialogiem rozpoczynającym prefację”. No i mamy epicentrum wybuchu. Mszę zmieniaj, niech tylko dzieci mogą w niej „bardziej” uczestniczyć! Msza jest dla nich. Niech się bidule nie nudzą. Rodzice lepiej niech zostaną w domu, bo się okaże, że jakoś na innych mszach może być nudno i z mniejszym zaangażowaniem…

Ale będzie jeszcze lepiej, posłuchajcie nr 23: „Kapłanowi celebrującemu Mszę św. dla dzieci winno leżeć na sercu, aby odprawianiu nadać charakter uroczysty, braterski i refleksyjny. Atmosfera taka potrzebna jest bardziej niż we Mszach dla dorosłych; a ma ją wytworzyć celebrans. (…) Szczególnie winien on dbać o prostotę, dostojeństwo i piękno w gestach”. No i masz babo placek. Teraz już wiadomo, że ksiądz nie może po prostu nabożnie odprawić mszy. On musi wytworzyć atmosferę. Ale chwileczkę, na mszach dla dorosłych wcale nie musi być uroczyście, refleksyjnie i bratersko – a to heca! Myślałem, że ma być. O ja naiwny! Dopiero jak dzieci przyjdą, to wtedy dbamy o takie sprawy, a tak to możemy sobie odpuścić. Uff! Tylko, jak są dzieci, robimy coś na pokaz.

Ustępstwa wobec dyktatu naszych milusińskich idą dalej. Np. nr 24: „Nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeden z dorosłych uczestników Mszy św. dla dzieci, za zgodą proboszcza lub rektora kościoła, przemówił do dzieci po Ewangelii, zwłaszcza jeśli kapłanowi trudno przychodzi dostosować się do mentalności dzieci”. Ja jednak się nie zgadzam i chętnie stanę na przeszkodzie. Uważam, że kaznodzieje mają o wiele większą trudność w dostosowaniu się do mentalności dorosłych. Dlaczego dorosłych mogą katować czytanymi homiliami, a do dzieci nie tylko mają mówić swoimi słowami ale mogą korzystać z pomocy kompetentnych osób? To już naprawdę nie fair.

Ale w Dyrektorium hit za hitem goni i już odrywa od poprzedniego wątku, ponieważ autorzy znów uznali, że msza jest jeśli nie nudna to przynajmniej monotonna: „Należy dobrać lektorów i kantorów czy to spośród dzieci, czy spośród dorosłych. W ten sposób dzięki różnorodności głosów uniknie się nużącej jednostajności”. A, przepraszam, mój błąd, „nużąca” mówią autorzy. To ładne słowo. Zupełnie nie kojarzy się z nudą.

Tego, co znajduje się w kolejnym punkcie aż strach się bać (nr 25): „Pierwszym miejscem do sprawowania Eucharystii z udziałem dzieci jest kościół; w nim jednak trzeba starannie wybrać miejsce, które by odpowiadało liczbie uczestników, i w którym dzieci mogłyby swobodnie spełniać czynności wymagane przez liturgię żywą, dostosowaną do ich wieku. Jeśli kościół nie odpowiadałby tym postulatom, będzie rzeczą wskazaną odprawiać Mszę św. dla dzieci niekiedy poza miejscem świętym, ale musi to być pomieszczenie odpowiednio przystosowane i godne tak wielkiego obrzędu”. Czyli nie tylko rytuał liturgii należy zmieniać ale i architekturę sakralną? Co ciekawe, liturgia jest tu opisana jako żywa i dostosowana do wieku. Czyli co? Infantylna?

Nie warto się zagłębiać, bo kolejny numer spieszy z pomocą i przerywa znużenie wynikłe ze zbyt refleksyjnej atmosfery (nr 29): „Każdą Mszę św. z udziałem dzieci należy uprzednio starannie przygotować, zwłaszcza modlitwy, śpiewy, czytania, wezwania w modlitwie powszechnej, porozumiewając się z dorosłymi i z dziećmi pełniącymi specjalne funkcje podczas tych Mszy św. W przygotowaniu i przyozdabianiu miejsca na odprawianie Mszy św. oraz w przygotowaniach kielicha, pateny i ampułek biorą udział niektóre dzieci, jeżeli to możliwe”. Pomijam fakt, że tradycyjnie przygotowanie kielicha było zarezerwowane dla kapłana lub diakona, bo nie jest to zwykłe ale święte naczynie. To już naprawdę szczegół i nie warto poświęcać mu uwagi. Bardziej uderza fakt, że znów mszę dla dzieci należy starannie przygotować, dla dorosłych – po co? W tym samym duchu dalej: „Jeżeli we wszystkich obrzędach trzeba wysoko cenić śpiew, to zwłaszcza podczas Mszy św. z udziałem dzieci, należy go popierać wszelkimi środkami”. To jednak dopiero niewinna przygrywka do prawdziwej zbrodni (nr 31): „Aby ułatwić dzieciom uczestniczenie w śpiewie „Chwała”, „Wierzę”, „Święty” i „Baranku Boży” – wolno używać dobrych przekładów popularnych wraz z melodiami, zatwierdzonych przez kompetentną władzę, chociażby nie we wszystkim zgadzały się z tekstami liturgicznymi”. Jasne, bo po co się tradycją przejmować, skoro o nasze pociechy chodzi. Poczekaj, poczekaj, najlepsze przed nami (nr 32): „Również we Mszach z udziałem dzieci „instrumenty muzyczne mogą oddać wielkie usługi”, zwłaszcza, jeśli grają na nich właśnie dzieci. Służą bowiem one albo do podtrzymania śpiewu, albo do pielęgnowania modlitwy myślnej u dzieci; niekiedy na swój sposób wyrażają świąteczną radość i uwielbienie Boga. (…) Z tymi samymi zastrzeżeniami i przy zachowaniu należytej rozwagi i wyjątkowej ostrożności można stosować we Mszach dla dzieci również muzykę mechanicznie odtworzoną, należy się jednak w tym względzie kierować zasadami ustalonymi przez Konferencję Episkopatu”. Co jest gorsze od dziecka uczącego się grać na skrzypcach? Dwoje dzieci uczących się grać na skrzypcach. Dopuszczenie odtwarzania muzyki z płyty czy taśmy to jednak arcyhit Dyrektorium. W ogóle puśćmy dzieciom film z mszą, przerywany historią króla lwa, wtedy będzie super.

Teraz już został sam deser. Takie tam szczególiki. „Procesyjne wejście dzieci wraz z celebrującym kapłanem może pomóc do lepszego uświadomienia sobie, że w tej chwili tworzy się wspólnota. Udział przynajmniej niektórych dzieci w procesji z Ewangelią wyraźniej ukazuje obecność Chrystusa głoszącego naukę swojemu ludowi”. Tere fere kuku. Już widzę, jak dzieci właśnie takie wnioski i nauki czerpią z tych błędnych propozycji. Rzeczy święte poznaje się przez podziwianie, a nie przez zaśmiecanie ich swoją obecnością.

Kwiatki o wizualnych formach pomijam, bo w końcu to wpis blogowy a nie esej. Ale nie odpuszczę sobie nr 36: „Z tej samej przyczyny [ukazanie wielkich spraw Bożych] może być również pożyteczne posługiwanie się obrazami przygotowanymi przez same dzieci dla zilustrowania homilii, dla obrazowego przedstawienia wezwań Modlitwy powszechnej, dla inspirowania modlitwy myślnej”. Tak, dzieci w swoich rysunkach podziwiają wielkie sprawy Boże. Oczywiście. Nikt nie przeczy. Kto by śmiał?

Zanim jeszcze dotkniemy tematu liturgii Słowa, jeden mały wtręt (nr 38): „w ramach poszczególnych części Mszy św. wydają się konieczne niżej podane adaptacje, aby dzieci rzeczywiście przeżywały na swój sposób tajemnicę wiary… poprzez obrzędy i modlitwy, zgodnie z prawami psychologii dziecięcej”. Bo bez adaptacji przeżyją liturgię niezgodnie z prawami psychologii dziecięcej…? Arystotelesie! Gdzież podziała się nauka o sylogizmach!

No i wreszcie kończące uwagi Dyrektorium dostarczają nam szeregu ciekawych wniosków teologicznych. Dowiadujemy się, że zagraża nam nadmiar obrzędów wstępnych przewidzianych w mszy. Kto nie wierzy, niech doczyta nr 40. Nikogo też już nie dziwi – w końcu od publikacji Dyrektorium minęło przeszło 40 lat – że czytania można skracać, adaptować, zmieniać ich liczbę, korzystać z innych przekładów… Ważne tylko, by przy zmianach [UWAGA]: „Jako kryterium przy wyborze czytań przyjąć raczej jakość niż ilość tekstu Pisma świętego”. No to jest majstersztyk. Jak wiadomo, nie wszystkie Słowa Boże mają tę samą jakość. Nam trzeba oceniać, co jest w Biblii dobrej jakości, a co tylko długie albo krótkie.

Potem autorzy już tylko spokojnie opadają na dno. Zaznaczają, że śpiew między lekcjami z Pisma można wykonać po homilii, a by pobudzić dzieci do uważnego i owocnego słuchania, należy mnożyć słowa komentarzy i wyjaśnienia kontekstów. Jasne lepiej wyciąć Słowo Boga i zastąpić słowem komentatora. Jakby i to nie pomogło – a wie każdy, że nie pomoże – wówczas dzieci mogą czytać czytania z podziałem na role. Jasne, a najlepiej przebrane za postacie biblijne, bo teatrzyk marnie bez kostiumów wypada.

W ostatnich numerach Dyrektorium, autorzy nie wiedząc o tym, odsłaniają swój największy blamaż teologiczny. Okazuje się, że liturgia jest po to, by wyrażać nasze przeżycia religijne (nr 51): „Niekiedy sama możność wyboru [modlitw] okaże się niewystarczająca, aby dzieci mogły traktować je jako wyraz ich własnego życia i swoich przeżyć religijnych, ponieważ modlitwy zostały ułożone dla wiernych dorosłych. W takim przypadku nic nie przeszkadza, żeby teksty modlitw z Mszału Rzymskiego przystosować do potrzeb dzieci”. No jeśli o to chodzi w liturgii, to jasne ja też sobie przygotuję dyrektorium dla samotnych trzydziestoparolatków… Będzie wiele wzruszeń i uniesień. Może nawet walc?

Najsmutniejsze, że takie – zmiłuj się – dokumenty pochodzą ze Świętej Kongregacji Kultu Bożego. Przecież połowa tego tekstu przeczy samemu tytułowi kongregacji, w której powstał.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Grabowski OP

Tomasz Grabowski OP na Liturgia.pl

Od początku zaangażowany w działalność Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, w latach 2005-2010 jego dyrektor, a od przekształcenia w Fundację – prezes w latach 2010-2016. Od września 2016 r. prezes Wydawnictwa Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego „W drodze” w Poznaniu i stały współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.