Krwiożercze łanie

Strach teraz na blogach pisać inaczej, niż pobożnie i (politycznie oraz teologicznie) poprawnie. Strach się przyznać do własnych zainteresowań naukowych i literackich, bo burzy się w ten sposób pieczołowicie wznoszony i strzeżony przez teologów gmach chrześcijańskiej religii.  Strach pisać o tym, co większości nieznane, gdyż wywołać można kontrowersję potężną niczym tsunami. Z lękiem tedy zabieram się za pisanie o dzisiejszym święcie.

Mówimy zwykle o Bożym Ciele, nie zawsze pamiętając, że pełna nazwa tego święta to uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. (Kiedyś Krew Pańska miała osobne święto, 1 VII.) W tym roku liturgia mówi nam jednak więcej o krwi niż o ciele: krew Przymierza pod Synajem, Krew Jezusa – Pośrednika nowego Przymierza (to samo czytanie, z Listu do Hebrajczyków, jest w modlitwie czytań Wielkiego Piątku), Krew wylana na krzyżu. W Nowym Testamencie o Krwi Chrystusa wspomina się ponad 20 razy, i to ona właśnie daje nam odkupienie, oczyszcza z grzechów i z uczynków śmierci, wybawia i usprawiedliwia, pozwala zbliżyć się do Boga. Czy owa Krew jest dla nas realna? Czy w ogóle krew jest dla nas realna? Mojżesz krwią pokropił lud, krwią spryskał ołtarz. Czy dzisiaj ktoś dałby się krwią pokropić, chciałby, żeby spłynęła po jego czole i twarzy, po jego dłoniach? Tak jak spływała po drzewie krzyża, jak spływała po umęczonym ciele Zbawiciela. Krew, prawdziwa krew, dużo krwi, na dłoniach żołnierzy, którzy Go biczowali, którzy nakładali Mu na głowę wieniec z ciernia, zrywali z Jego ramion purpurowy płaszcz. Krew na całunie, krew na dłoniach wiernego Jana, odważnego Józefa z Arymatei i nocnego ucznia, Nikodema. Na dłoniach błogosławionej Maryi i kobiet, które były przy pogrzebie Jezusa. Krew. Prawdziwa, realna krew.

Nie, dzisiaj krew jest zbyt szokująca, zbyt odrażająca, zbyt realistyczna dla wydelikaconych, wrażliwych ludzi. Może jest po prostu zbyt ludzka?

W anonimowym angielskim wierszu z 15. wieku szeroko otwarte rany Jezusa przyrównane są do źródeł, zwłaszcza owa rana w boku, która krwią spłynęła jak wezbranym potokiem. Człowiek staje się w tym wierszu spragnioną łanią, jak w psalmie 42, uciekającą przed wrogiem z Otchłani. Aby nabrać sił do dalszej ucieczki, musi się napić, musi się schylić nad źródłem i pokornie skosztować płynącej w nim Krwi. Chyba zbyt szokująca taka mistyka dla współczesnego, wrażliwego człowieka… A przecież śpiewamy: „On cię napoi krwią swoich ran” oraz: „Pijcie napój nieśmiertelnych, aby życie mieć”. Nie nektar, który pili dawni niebianie, ale Krew Pana, którego szata skąpana jest we krwi, jak tego, który idzie z Edomu, z Bosry, według zapowiedzi proroka.

A tu inny wiersz o Sakramencie ołtarza:

To wygląda na białe, a jest czerwone;
Jest żywe, a wygląda na martwe;
Jest ciałem, a wygląda jak chleb;
Jest jedno, a wygląda na dwa;
To jest ciało Boga i nic ponadto.
(anonim angielski, ok. 1450)


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.