Ksiądz Tomasz Węcławski, „Pascha Jezusa”

„Stosunek Boga do człowieka jest właśnie taki: nic w człowieku nie jest odpadem, nie jest skazane na niebyt. Wręcz przeciwnie: ‘to, co nie jest, powołuje do istnienia’ (Rz 4, 17)”.

„Stosunek Boga do człowieka jest właśnie taki: nic w człowieku nie jest odpadem, nie jest skazane na niebyt. Wręcz przeciwnie: ‘to, co nie jest, powołuje do istnienia’ (Rz 4, 17)”.

Takie słowa czytam w książce „Pascha Jezusa” − wywiadzie-rzece z księdzem Tomaszem Węcławskim, wydanej kilka lat temu. I zastanawiam się, co jest silniejsze: myśl zawarta w zacytowanych słowach, czy późniejsze generalne jej zaprzeczenie poprzez akt apostazji księdza Węcławskiego. Czy słowa dawnego księdza Węcławskiego mogą dotyczyć jego późniejszej decyzji, czy właśnie poprzez tę decyzję tracą wartość? Czy w ogóle jedno z dwojga musi być zniesione, przekreślone?

Wiele pytań budzi ta książka, ale też specyficzna jest jej sytuacja. Ostatecznie jeśli decyzja księdza Węcławskiego dokonała „unicestwienia” jego samego, w jakimś sensie dotyczy to też jego dzieła. Skoro ksiądz Węcławski odrzucił, pozostawił za sobą, dotychczasowy sposób patrzenia na świat, podważone zostały tym samym zawarte w tej książce myśli, gdyż nie stoi już za nimi żadna osoba.

Czytam w innym miejscu:

„Jezus d o k o ń c a jest umarły i nie od początku, ale n a k o ń c u jest zmartwychwstały. On naprawdę przechodzi tę drogę”.

Wprost niewiarygodne jest dla mnie rozdarcie, którym naznaczone są tak z perspektywy wiary ciężkie znaczeniowo zdania. Oto przyjmuję te słowa jako wierzący, dlatego zostają one dla mnie prawdziwe, jednak wypowiada je ktoś, dla kogo to „naprawdę” nie ma już znaczenia. Pozostają bez nadawcy, bez autorytetu. Czy zatem w ogóle ma sens czytanie książki, która niejako przestała istnieć, która została zawieszona w próżni?

Ponieważ dla mnie była inspirująca, muszę stwierdzić, że jej lekturę odbywałem siłą rzeczy dwutorowo: słuchając tego, co jest treścią rozmowy oraz konfrontując to z późniejszą decyzją i dziwnymi poglądami, które − wtedy jeszcze pan Tomasz Węcławski − głosił podczas swoich wykładów, i myśląc mimochodem, kim właściwie ksiądz Węcławski był. I najbardziej palące było dla mnie pytanie, jak to możliwe, by porzucić coś, za co dawniej dane zostało w zastaw własne życie. Kolejne zdania z książki:

„Wszystko, co w tak zwanym zwykłym życiu robię i myślę jako ten, któremu dał się cały Chrystus, jest dalszym ciągiem przyjmowania Eucharystii lub też staje się jej odrzuceniem. Odkąd zostałem w to wprowadzony, cokolwiek się dzieje, jest r o z m o w ą z tym wydarzeniem − jest powiedzeniem ‘tak’ lub ‘nie’”.

Myślę więc o „tej rozmowie” i o nieistniejącym księdzu Węcławskim i na nowo uświadamiam sobie rzecz oczywistą: że chrześcijaństwo to jedna z wielu możliwych narracji. „Wyjście” z tej narracji − wyobrażam sobie − nie jest nawet powiedzeniem „nie”, ponieważ nie ma już wtedy ani „tak”, ani „nie” − odrzuca czy wyklucza się rzecz bardziej podstawową: to, na czym ta odpowiedź się zasadza. Po prostu nie ma komu dawać odpowiedzi i nie ma po co.

Apostazja księdza Węcławskiego prowokuje różne myśli. Choćby uzmysławia, że uczestniczenie w wierze ma zawsze uchyloną furtkę, przez którą w każdej chwili można najzwyczajniej wyjść na zewnątrz. Bardziej jednak zastanawia czy niepokoi mnie to, że księdza Węcławskiego odbieram jako osobę, która nie zaliczała się do takich uczestników, którzy by tę furtkę brali pod uwagę, bowiem chrześcijaninem był on całkowicie i całkowicie też przestał nim być; można powiedzieć: ksiądz Węcławski umarł, a narodził się pan Polak (takie bowiem nowe nazwisko przyjął). A przecież to wciąż ten sam bohater, jego wewnętrznie sprzeczna − kontynuacja.

Z jednej strony przyjmuję, że „ksiądz Węcławski”, jako paradoksalna kreacja, mistyfikacja, na poły realny bohater książki, którą czytałem, tkwi także we mnie − zdaję sobie sprawę, że zawsze może stać się tak, iż z jakichś niewyobrażalnych dziś dla mnie powodów odwrócę się od Kościoła zupełnie (o, jak bardzo bez przekonania piszę te słowa!). Nie traktuję tego, rzecz jasna, jako możliwości, ale jako groźbę. „Ksiądz Węcławski” byłby więc symbolem samozaprzeczenia, do jakiego każdy jest zdolny, przestrogą, a zarazem prawdą o ludzkiej kondycji, którą jego postawa przybliża i uwydatnia.

Z drugiej zaś strony, patrząc na realną postać tego księdza-uczonego, który przeszedł tak radykalną odmianę, mogę powiedzieć, iż cieszę się, że nie należał do grona moich bliskich i że mogłem patrzeć na całe jego „przeobrażenie” z dystansu. Chętnie bym mu podziękował za różne wypowiedzi i za rekolekcje, których kiedyś słuchałem, ale jestem z tym spóźniony. Choć więc księdza Węcławskiego już „nie ma”, zacytuję ponownie dawne jego zdanie:

„(…) po śmierci my naprawdę jesteśmy wszystkim, czym jesteśmy w naszym ziemskim życiu. Wszystkim, co składa się na nasze życie, także tym, czego w zwyczajnym porządku rzeczy nie możemy już mieć; mogę mieć tę chwilę, którą teraz przeżywam, a tej z wczoraj już nie, jest tylko wspomnieniem, śladem”.

Jeśli zatem mogę oprzeć jakąś myśl na tej książce: być może Boża perspektywa ujmuje życie nie w jego linearnym rozwoju i Bóg chce jego zbawienia − czy jak mówił ksiądz Węcławski: uratowania − jako całości, nie zaś według cezury „punkt dojścia”.

W tym miejscu wracam do tego, od czego wyszedłem − ważę w sobie, co jest mocniejsze: dawna myśl księdza, z której teraz czerpię, czy siła zaprzeczenia, która tę myśl dotyka. A może dochodzi tu do zapętlenia i „wąż pożera własny ogon”? Tedy pan Polak, który anulował słowa księdza Węcławskiego, zostanie jednak na ich mocy uratowany? Bo jeśli „po śmierci jesteśmy wszystkim, czym jesteśmy w naszym ziemskim życiu”, to ksiądz Węcławski i pan Polak mogą stać się jednym i tym samym człowiekiem.

Nie traktuję tego jako żonglerki sensem. Choć niewątpliwie do tych bliskich przerysowania rozważań pcha mnie myśl o granicach powagi, gdyż „Pascha Jezusa”, czytana dziś, jasno stawia przede mną właśnie ten problem. Czy decyzję księdza Węcławskiego traktować jako zdradę, jako podszept Złego, czy jej nie demonizować i nie waloryzować w żaden sposób, traktując jako − bądź co bądź przykry i dotkliwy − fakt, a samemu panu Polakowi rzucić jedynie życzliwe „Adieu”? Jakkolwiek wybieram możliwość drugą, pytanie o powagę pozostaje otwarte.

W kontekście rozmowy o zakazie przyjmowania Komunii przez ludzi żyjących w związkach niesakramentalnych ksiądz Węcławski mówił: „Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że ludzie mogą mówić i robić rzeczy naprawdę nieodwracalne, ostateczne i ze śmiertelną powagą, i że takimi są słowa sakramentalnej przysięgi. Życie to nie film, który można cofnąć o parę klatek. Co zostało związane ze śmiertelną powagą, wiąże ze śmiertelną powagą”.

I gdzie indziej:

„Nasza sprawa z Bogiem i ludźmi jest na śmierć i życie”.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.