Ksiądz też człowiek(?)

Pisząc o noszeniu-nienoszeniu habitów, Marcin wywołał żarliwą dyskusję. Przyznam, że i we mnie ten temat porusza czułą strunę, choć brzęczy ona w tonacji nieco odmiennej od tej prezentowanej przez obie strony dyskusji. Nawiązując do metafory mojego drogiego Dyrektora, wydaje mi się, że jeśli trochę podrążyć kwestie związane ze strojem duchownym (myślę o Polsce, jak jest gdzie indziej nie wiem), płonący las może ukrywać się za zasłoną z róż.

 
Nie ukrywam, że będzie antyomniańsko i może zbiorę po głowie, ale temat od dawna siedzi mi na wątrobie.
 
O co chodzi? Ano o to, że często, spotykając się z księżmi, zakonnicami czy zakonnikami nachodzi mnie pytanie: ile zostało w nich „normalnych“ ludzi, mężczyzn czy kobiet? Z pozoru pytanie może absurdalne, przecież każdy widzi, że to facet czy kobieta. No właśnie, ta moja refleksja jest teoretycznie nieuprawniona, ale nasuwa się automatycznie, a fakt, iż nie jest to tylko moja intuicja… cóż, każe się przynajmniej nad tym zastanowić.
 
Ubranie od starożytności jest w jakiś symboliczny sposób powiązane z tożsamością (widać to zarówno w literaturze gnostyckiej jak i ortodoksyjnej – np. syryjskiej – zresztą czym jest „biała szata“ [nie mylić z białą szmatką] przyjmowana po chrzcie?). Trzymając się tego symbolicznego związku (który oczywiście nie jest w żaden sposób absolutny) trudno jest mi oprzeć się wrażeniu, że instytucjonalno-obyczajowa (z braku lepszego określenia) tożsamość powiązana ze strojem duchownym jest w zatrważający sposób nietransparentna. Inaczej mówiąc, w stawaniu się księdzem/zakonnicą nie dokonuje się jakaś dobroczynna synteza własnej tożsamości człowieka (mężczyzny i kobiety) z jego tożsamością-jako-duchownego, lecz ta druga, w sposób mniej lub bardziej totalny, dominuje tę pierwszą. A w moim odczuciu owa tożsamość-jako-duchownego jest obciążona mnóstwem presupozycji co do właściwego zachowania, sposobu chodzenia, prowadzenia rozmów, zachowań liturgicznych i w ogóle bycia. Presupozycji, które z wielu (szczęśliwie nie wszystkich) księży i zakonnic robią jakieś blade, bezkrwiste figury, massa tabulettae zespołu standartów.
 
Jak mówi tradycja żydowska, pierwszym przykazaniem Boga było peru-urbu, „bądźcie płodni i rozmnażajcie się“. Spokojnie, nie zamierzam tu w wywrotowy sposób podważać zasadności celibatu, choć rzeczywiście uważam, że zarówno jego teoria, jak i praktyka w naszym Kościele wymaga gruntownej przebudowy. Chciałbym tylko idąc tym tropem zauważyć, że istnieje możliwość odnalezienia w Piśmie jeszcze bardziej pierwotnego przykazania, wbudowanego w samą strukturę człowieczeństwa i stanowiącego de facto fundament dla peru-urbu. „Stworzył Pan człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył, stworzył mężczyznę i niewiastę“. (wajjibra‘‘elohim ‘et-ha’adam betzalmo, betzelem ‘elohim bara‘‘oto, zakar uneqebah bara‘‘otam) Owo zakar uneqebah zdaniem wielu egzegetów oznacza nie tyle „męzczyznę i niewiastę“, co „męskość i żeńskość“. Dla starożytnych interpretatorów, takich jak Filon z Aleksandrii, tekst ten mówił o pierwotnej androgyniczności człowieka, o tym, że przekraczał on, fatalne ich zdaniem, zróżnicowanie płci. Ale my na szczęście nie musimy podzielać ich podejrzliwego dualizmu. Dymorfizm płciowy jest błogosławieństwem i darem, jak również swoistym przykazaniem, jak wszystkie przykazania danym człowiekowi dla jego dobra i pełni rozwoju. A a propos celibatu. Pismo pokazuje kolejność: najpierw jesteśmy ludźmi, a więc mężczyznami i kobietami, którzy są seksualni (peru-urbu), a dopiero potem niektórzy z nas mogą być tymi, którzy eunouchisan heautou dia ten basileian ouranon (Mt 19,12). Płciowość określa nas na poziomie najbardziej fundamentalnym, trudno mi więc zrozumieć jak można we właściwy sposób być celibatariuszem, kiedy tożsamość duchowna miałaby być czymś pierwszym przed tożsamością jako człowieka (= mężczyzny i kobiety).  Moim zdaniem to jakieś nieporozumienie. Bardzo chciałbym dowiedzieć się konkretnie, jakie miejsce zajmuje kwestia samoświadomości i akceptacji własnej płciowej natury w formacji seminariów i domów zakonnych. A zasadzie czy w ogólen jakieś zajmuje…
 
Jakkolwiek zabrzmi to brutalnie, ale wydaje się, że dominujący na naszym podwórku obraz tożsamości-jako-duchownego, którą metonimicznie streszczają sutanna i habit, staje się często, przepraszam za wyrażenie, nożem kastracyjnym. (To oczywiście metafora, której nie należy odczytywać w sposób genitalny, lecz zdecydowanie umysłowy czy tożsamościowy.) Przejawia się to na rozmaite sposoby, które najogólniej można ująć w ten sposób, że dziewczyna przybrawszy habit przestaje być dziewczyną a staje się „zakonnicą“, a chłopak założywszy sutannę/habit przestaje być chłopakiem a staje się „klerykiem/księdzem/zakonnikiem“. I w ten sposób powołanie do życia duchowego, poświęcenie się Bogu, które, jak pokazuje np. doświadczenie Ojców Pustyni, powinno wydobywać z człowieka to, czym/kim jest naprawdę i tę prawdziwą tożsamość, nie gwałcąc jej od wnętrza, przemienić, może zostać już na wstępie zduszone przez instytucjonalnie usankcjonowaną i reprodukowaną (poprzez przekaz pewnych modeli) sztuczną tożsamość-jako-duchownego.
 
Trudno mi zgodzić się z uznaniem bezwarunkowej wartości świadectwa, jakim miałaby być sutanna czy habit. Kiedy widzę na ulicy księdza albo zakonnicę (a osobliwie, kiedy widzę kleryków [ubrani na czarno „młodzieńcy“, kursujący przez Planty zawsze parami albo w grupkach, nie da się ich pomylić z kimkolwiek innym], albo  grupy postulantek [co do których nie mogę oprzeć się wrażeniu wyblakłości i zastrachania]), moim pierwszym odczuciem nie jest uznanie dla dawanego świadectwa, tylko nieco zażenowana litość, a czasem irytacja. Oczywiście wiele z tych osób może nie wpisywać się w to, o czym piszę, ale nic nie poradzę, że mój pierwszy odruch jest właśnie taki. Na wszelki wypadek wszystkie te osoby przepraszam.
 
To jest odruch, a więc coś pozaracjonalnego. Kiedy się nad tym zastanowię dociera do mnie, że znam wielu (co prawda przede wszystkim) zakonników, jak również kilku księży (z zakonnicami gorzej), którzy, nawet jeśli w jakimś stopniu ulegli klerykalnej „gębie“, to pozostali „normalnymi“ ludźmi. Ale to mi tylko pokazuje, że można. W każdym razie sam strój jest dla mnie świadectwem dopiero wtedy, kiedy wiem, że to człowiek go zdobi…
 
Z nadzieją czekam na protesty osób duchownych.  

Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.