Kto bardziej kocha Kościół?

Na pamiątkę dla Leonki - Powtórka wpisu, który stał się nieco nieaktualny (Brat Horhe występuje tu jako Brat Porche, no i jest tu legendarny Padre Jagular) o tym jak Bartolucci i Jakób kłócą się o to, kto bardziej kocha Kościół i co z tego wynikło

Pewnego dnia Bartolucci non Maestro i Jakób Lwie Ucho pokłócili się o to, który z nich bardziej kocha Kościół Święty Katolicki Matkę Naszą.  A może to Bartolucci chciał udowodnić Jakóbowi, że ten nie kocha Kościoła (albo kocha niewłaściwie) i naprędce wymyślił taką opowiastkę:

„Pewien ojciec zaczął trwonić swój majątek. Czy prawdziwie kocha go syn, który chodzi z nim na piwko, czy ten, który ojca napomina?
– Jakie znowu trwonienie! – oburzył się młodszy syn – tatuś jest taki dobry… i kocha wszystkich, chodź z nami dziś wieczorem (była to sobota), a się przekonasz!
– Ojciec powinien postępować, jak nasz dziadek. Pamiętacie dziadka? Troszczył się o babcię, o dom, o dzieci… – recytował starszy syn…”

Bartolucci nie zdążył dokończyć, a  może nie bardzo wiedział jak…
– Jakie piwko? – warknął z mocą 250 KM Brat Porche, który przejeżdżał opodal swoim „osiołkiem” – Ojciec ów degeneratem i alkoholikiem jest. Kto chodzi z nim na piwo, zaiste zabija go a nie kocha, atoli…
Lecz i on nie dokończył, gdyż musiał ostro hamować – spod kół wyskoczył kot (nie wiedzieć czemu czarny) i czmychnął gdzieś w krzaki.
Bartolucci chciał kontynuować, ale nim nabrał tchu, od strony owych krzaczorów dał się słyszeć tubalny, lekko sepleniący (albo może z gracją naśladujący seplenienie, kto wie) głos Padre Jagulara, który ozwał się w te słowa:
– A kto mocno świńtobliwemu syńciowi dał prawo sądzenia Ojca? Obłudny, prominentny synalek urządza na Tatę i jego przykładnych synów stadne nagonki…
Jednak srogim napomnieniom naszego Padre położył kres pisk klaksonu auta (w instrukcji obsługi jest ponoć napisane „osiołek”) Porche, zagłuszając dalsze słowa. W dodatku na dźwięk ów, niczym na bizantyjski (czy peresowy) ison  nałożył się miałcząco-zawodzący głos: Mizerere meji Dejus… (http://www.youtube.com/watch?v=DZwbbmsGn-w ) dobiegający z wnętrza samochodu. Zaskoczony (co się mu nigdy nie zdarza) Padre Jagular, słysząc to nieoczekiwane zestawienie klaksonu-isonu i zawodząco-miałczącego mnicha, nie namyślając się długo dołączył swym dźwięcznym tenor-barytonem (wymawiając łacinę z włoska – co, jak wiadomo, sugeruje rzymskie studia, w tym jednak przypadku chodziło o podkreślenie wierności i miłości do Ojca Świętego): Pater noster kłi est in czielis…

Bartolucci i Jakób zasłuchani stali przez moment oczekując pojawienia się czwartego głosu („anioła”), ale nic takiego nie nastąpiło. Może dlatego, że obaj śpiewacy uporczywie trzymali się swego tekstu (melodia od biedy by się zgadzała, bo nieuczony mnich recytował w protus autenticus), klakson zaś powoli zaczął obniżać dźwięk, aż zamilkł. Tak czy inaczej, w tych warunkach nie można było  kontynuować jakże ważkiego sporu i wiele znaczącej opowiastki. Bartolucci machnął ręką i poszli z Jakóbem… się przejść.

***

Kilka miesięcy później Jakób Lwie Ucho po wymianie z Bartoluccim standardowych uwag na temat pogody, zaczął:
– Wiesz, ja znam podobną opowiastkę, jak ta, co mi kiedyś chciałeś nią dogryźć (skąd się domyślił, że o to chodziło?):

„Pewien ojciec postanowił pokazać wszystkim we wsi, co to znaczy być dobrym ojcem. Rozmawiał z każdym, każdemu pomagał i chciał, żeby ludziska po prostu byli dla siebie dobrzy. Jeden z synów robił wszystko razem z nim. A drugi syn zamknął się w domu i narzekał, że ojciec nie poświęca mu czasu, że zaniedbuje własną gospodarkę, że wszyscy we wsi go wykorzystują, nikt się nie zmienia, a z majątku odziedziczonego po dziadku niedługo nic nie zostanie… I który syn kocha ojca?”

Zadumał się Bartolucci (oczywiście na pokaz, bo wcześniej odgadł był odpowiedź). Albowiem już wtedy, gdy słuchał z Jakóbem nieoczekiwanego chóru złożonego z Brata Porche, Padre Jagulara i klaksonu, to prawdziwe wokalne misterium traemendum  uprzytomniło mu perspektywę Sądu Ostatecznego. A z czegóż będziemy na nim sądzeni? Ano z miłości a nie z miłości własnej. Z miłości, a nie z zakochania bez rozsądku. Z miłości, a nie przewrażliwienia na własnym, czy innym punkcie. Dotarło do Bartolucciego, że jego przyjaciel Jakób, jakoś nie przypomina beztroskiego synka prowadzającego ojca-alkoholika na piwko. Wiedział też, że Lwie Ucho nie widzi w nim narzekającego wieśniaka o ciasnym umyśle, który najchętniej zamknąłby się w domu i kontemplował majątek odziedziczony po skrupulatnym dziadku. Znali się przecież na tyle, żeby wiedzieć, że obaj kochają Kościół z całych sił. Choć każdy na swój sposób.
A Ty, łaskawy czytelniku, czy jesteś w stanie założyć, że autor tego (czy innego) wpisu kocha Kościół, czy może to tylko Ty prawdziwie kochasz Kościół?
Jeśli to drugie, to poucz mnie, albo chociaż westchnij za mną, abym i ja prawdziwie pokochał.
– Amen. Amen tako Bóg daj, byśmy wszyscy poszli w Raj – zanucił Bartolucci non Maestro…
– A tym, którzy kochają siebie po trzykroć biada! – wetknął na koniec swoje trzy grosze Brat Porche, mknąc ku wschodowi z prędkością 190 km/h.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Bartosz Izbicki

Bartosz Izbicki na Liturgia.pl

Miłośnik wypowiedzi Msgr Domenico Bartolucciego, przyjaciel Jakóba (zwanego czasem Lwie Ucho) i Brata Horhe, z którymi przeżywa moc przygód