Lalka dla ministrantów

Ksiądz Jan Kracik, autor książki „Relikwie”: - Coś nieprawdopodobnego! Boże, widzisz to i nie grzmisz! Należałoby posunąć się dalej i sprawić, by lalka mrugała i zapraszająco kiwała dłonią.

Relikwiarz

 

Ksiądz Adam Boniecki, naczelny „Tygodnika Powszechnego”: – Forma tego relikwiarza może budzić sensację, ale nie ma co rwać włosów z głowy. To włoski święty, oni mają taki styl.

Halina Bortnowska, publicystka katolicka: – Cierpię, widząc, że coś tak brzydkiego miałoby być symbolem wiary, mojej wiary.

Takie tłumy tylko w Polsce

Do Polski przyjechał Dominik Savio, piętnastolatek, święty Kościoła katolickiego i patron ministrantów.

Odwiedził 46 miast. Wszędzie witały go tłumy.

W Poznaniu były delegacje szkół, przyjechało też 700 ministrantów z całej archidiecezji. W Łodzi w uroczystościach wzięło udział trzech biskupów, w Częstochowie – prezydent miasta. W Rzeszowie zorganizowano całonocne czuwanie, kościół nie pustoszał. W Żyrardowie, Suwałkach, Słupsku i Warszawie nie-którzy wierni przy relikwiarzu płakali.

– A bałem się, że ludzie nie przyjdą – mówi ksiądz Jan Niewęgłowski, salezjanin, który wpadł na pomysł zaproszenia Dominika do Polski. – Raz, że to taki młody święty, zwykły chłopak, a u nas świętość kojarzy się raczej z czymś poważnym i dostojnym. A dwa, że relikwiarz nietypowy. Nie byłem pewny, czy ludzie go zaakceptują.

Relikwiarz przyjechał do nas z Turynu. Zrobiony jest z kryształu i brązu, w środku leży figura z żywicy syntetycznej – „piętnastoletni Dominik naturalnej wielkości”. Chłopiec ma otwarte oczy, lekko uniesioną głowę i ręce. Tak wyglądał w momencie śmierci. Za chwilę powie do taty: „Och, jakie piękne rzeczy widzę”. I umrze. Relikwie świętego – kości – są niewidoczne, ukryto je w dolnej części sarkofagu.

Relikwiarz waży prawie pół tony, wożony jest specjalnym autem. Objechał już Włochy, Hiszpanię, Liban i Filipiny. Kierowca Alfredo Abrami takich tłumów jak w Polsce jeszcze nie widział. Owszem, pierwszego dnia wszędzie jest sporo ludzi. Ale potem zainteresowanie słabnie. W Polsce przez cały czas (48 dni) kościoły były pełne.

Kim jest święty, którego tak pokochali Polacy?

Najmłodszy święty

Dominik Savio postanowił zostać świętym w 1855 roku. Miał wtedy 13 lat. Klęczał godzinami w kościele, nie jadł, unikał kolegów, pod prześcieradło kładł kawałki cegieł, żeby umartwiać grzeszne ciało. Wybił mu to z głowy pewien ksiądz: – Jeśli chcesz osiągnąć świętość, bądź radosny i nie zapominaj o zabawie z kolegami!

Tym księdzem był Jan Bosko, przyszły święty, założyciel zakonu salezjanów i szkoły dla chłopców, w której zakazał kar cielesnych. W szkolnych dziennikach sprzed 150 lat, które do dziś przechowują włoscy salezjanie, przy nazwisku Savio same celujące oceny. Dwie pierwsze klasy gimnazjum zrobił w rok. Jego szkolni koledzy, którzy za kilkadziesiąt lat złożą zeznania w procesie beatyfikacyjnym, zapamiętali: zawsze był wesoły, pomagał słabszym odrabiać lekcję, codziennie chodził na mszę i powtarzał, że świętość jest dla każdego. A kiedy pewien Angelo zepsuł dla hecy szkolny piec, to Dominik wziął winę na siebie („Angela by ze szkoły wylali, bo ma opinię łobuza, a mnie nic nie grozi” – tłumaczył potem). W zimie 1856 roku odmroził sobie ręce i zaczął strasznie kasłać. Zmarł rok później na gruźlicę. Pochowano go na wiejskim cmentarzu w Mondonio koło Turynu.

Kościół nie chciał takiego świętego. Salezjanie, którzy naprzykrzali się w tej sprawie papieżowi, usłyszeli: przez dwa tysiące lat nie wyniesiono na ołtarze zwykłego nastolatka (wyłączając męczenników), w wieku 15 lat nikt nie jest tak dojrzały, żeby osiągnąć świętość.

Dominika ogłoszono świętym w 1954 roku, za Piusa XII. Do dziś jest najmłodszym kanonizowanym w Kościele.

Kiedy zdecydowano o budowie relikwiarza i ekshumacji ciała Dominika, zaprotestowali mieszkańcy Mondonio. Bronili dostępu do grobu znanego z licznych cudów i uzdrowień. W końcu po kości świętego wysłano policję.

Pierwszy relikwiarz miał postać białej niedużej trumny. Przez kilkadziesiąt lat stał w kościele w Turynie. Salezjanie postanowili być jednak nowocześni. W internecie tak uzasadniają przebudowę: „Przede wszystkim look – wizerunek liczy się dziś, i to bardzo, może zdeterminować powodzenie jakiegoś przedsięwzięcia”.

Relikwiarz nie dla Holoubka

Obdzwoniłem parafie, w których gościł Dominik. Spośród dziesięciu przepytanych księży aż siedmiu twierdzi, że relikwiarz przyciąga tłumy, bo idealnie pasuje do potrzeb duchowych Polaków.

Ksiądz Janusz Tokarczyk, parafia w Rumi: – Trudnej teologii w nim nie ma. Święty jest na wyciągnięcie dłoni. Widzisz, jak wyglądał, i wierzysz, że rzeczywiście istniał. To do ludzi przemawia.

Ksiądz Jerzy Gabrych, proboszcz z Suwałk: – Świętość często przedstawia się u nas jako coś odległego. Ludzie boją się, że to nie dla nich. A tu widzą zwykłego chłopaka, nastolatka z sąsiedztwa. Dzięki tej lalce świętość zyskuje ludzką twarz.

Ksiądz Andrzej z północnej Polski, anonimowo: – Zanim relikwiarz do nas przyjechał, obejrzałem go sobie w internecie. I złapałem się za głowę. Przyzwyczajeni jesteśmy do ozdobnej puszki, szkatułki, trumienki z relikwiami świętego. A tu taka dosłowność! Ale potem ludzie mi mówili, że właśnie dzięki temu tak mocno przeżyli uroczystości. I że za mało jest dziś w polskim Kościele takich prostych, zrozumiałych znaków.

Ksiądz Jacek, proboszcz z zachodniej Polski, też anonimowo: – Zadaje pan kretyńskie pytania. Relikwiarz nie jest ani dziwaczny, ani brzydki. Jest ludowy. To wyraz ludowej pobożności. I nie ma co się dziwować. Kościół musi mieć ofertę dla prostych ludzi. Holoubek z Konwickim nie muszą się do tej lalki modlić.

Dominik nie jest obowiązkowy

Katechizm Kościoła Katolickiego o ludowej pobożności mówi niewiele. Wśród jej przejawów wymienia: „cześć oddawaną relikwiom, pielgrzymki, procesje, tańce religijne, różaniec, medaliki”.

Wielkim zwolennikiem pobożności ludowej był papież Jan Paweł II. W 2001 roku watykańska Kongregacja Kultu Bożego ogłosiła na jej temat osobny dokument: „pobożność ta nosi w sobie taki głód Boga, jaki jedynie ludzie prości mogą odczuwać".

Ksiądz Jacek ma jednak rację w sprawie „Holoubka z Konwickim”. Watykański dokument mówi bowiem jasno, że wszelkie formy pobożności ludowej są dla katolików jedynie „fakultatywne” i „żaden obowiązek ich nie dotyczy”. Nawet polska świętość – różaniec do Matki Bożej – nie musi być kochany przez wszystkich wierzących, a księża powinni „unikać sformułowań wzbudzających poczucie winy u tych, którzy nie mają zwyczaju odmawiania różańca; jest on bowiem modlitwą, wobec której wierny ma się czuć wolny”.

Po co te zastrzeżenia? „Akcent położony wyłącznie na pobożność ludową może sprawić, że funkcja pośredników drugorzędnych, jak na przykład Maryi, aniołów czy świętych, przerośnie w świadomości wiernych rolę jedynego pośrednika, Jezusa Chrystusa”.

Inteligencki totalitaryzm

Ksiądz Mateusz Matuszewski, liturgista: – Pobożność ludowa jest przejawem demokracji w Kościele. Szanujemy to, co wypływa z serca ludzi. Być może najlepsze teologicznie kazanie nie wywołałoby w ludziach tego, co wywołuje widok tej niezbyt ładnej lalki.

Szymon Hołownia, dyrektor programowy kanału religia.tv: – Chrześcijaństwo to nie jest ćwiczenie intelektualne czy debata inteligentów, to jest religia znaków. Objazd tej szklanej trumienki po Polsce jest właśnie takim znakiem.

– A jak ktoś powie, że ten znak jest brzydki?

– Wkurzają mnie takie uwagi. Jak ktoś trzyma but Elvisa w złotej gablotce, to jakoś nikogo to nie dziwi. Ale jak katolicy czczą swoich świętych, to od razu cha, cha, ale ciemnogród. Taki inteligencki totalitaryzm. Nie podoba się, to nie oglądaj.

Szymon Hołownia wybrał sobie Dominika Savio na patrona podczas bierzmowania: – Byłem nabożnym ministrantem i ten chłopak mnie fascynował. W książeczkach do religii zrobiono z niego wkurzającego prymusa, zapudrowano go na śmierć, a to był twardziel. Syn kowala i krawcowej, który z biedy mógł skończyć na ulicy, a osiągnął świętość. I to nie dzięki jakimś fajerwerkom pobożności, tylko w codziennym życiu.

Halina Bortnowska: – Wolałabym, żeby nasze życie religijne nie było kształtowane przez takie instalacje. A mówienie, że tak musi być, bo to jest dla ludzi prostych, tak naprawdę krzywdzi ludzi prostych. Bo można do nich przemawiać prostymi, ale pięknymi znakami. Ten relikwiarz dla części katolików jest niezrozumiały, a nawet gorszący.

 

RelikwiarzLalka nadziewana kośćmi

Relikwiarz zrobił ogromne wrażenie na internautach. Pod relacjami „Gazety” z wizyty Dominika w Olsztynie i Warszawie pojawiły się następujące wpisy: „ale ciemnogród” (mauser), „wielki teatr obwoźny” (piotr), „lalka nadziewana kośćmi” (nessie), „noc żywych trupów” (drojb), „kiczo-horrorek, który odstrasza od wiary idealnie” (ania).

Choć internetowe wpisy brzmią jak bluźnierstwa, to bardzo podobne myśli dotyczące kultu relikwii nachodziły papieży, teologów, a nawet przyszłych świętych. Jeden z ojców Kościoła, święty Bazyli Wielki, pisał: „Słońce nie potrzebuje światła lampy, a katolicki kościół świętych trupów”. Sam jednak nie uniknął podobnego losu. Jego kości są dziś czczone w Neapolu, Wenecji i Burges.

Relikwie od zawsze wywołują te same wątpliwości. Internetowa nessie (ta od „lalki nadziewanej kośćmi”) kończy swój wpis tak: „Szkoda, że ludzie nie potrafią wzbudzić w sobie takiego entuzjazmu dla naśladownictwa czynów św. Dominika, jak dla obwożenia plastikowej lalki mającej go wyobrażać. Czemu to ma służyć? Ani to ładne, ani mądre, ani święte”.

Pięćset lat wcześniej dokładnie to samo napisał Erazm z Rotterdamu: „Czcisz świętych, cieszysz się, że dotykasz ich relikwii. A przecież pogardzasz najlepszym z tego, co przekazali – przykładem ich czystego życia”.

Alkuin, średniowieczny mnich: „Lepiej w sercu naśladować życie świętych, niż obnosić ich relikwie”.

Eckhart, dominikanin, średniowieczny teolog: „Ludzie, czego szukacie w martwej kości? Czemu nie poszukujecie żywej świętości, która dać może życie wieczne?”.

Z relikwiami trzeba ostrożnie

Czego szukamy w martwej kości? W Warszawie przy relikwiarzu przez 26 minut trwała nieruchomo Wanda Karaś, lat 76, słuchaczka Radia Maryja. – Jestem moherowa – przedstawia się.

Jej entuzjazm rośnie, kiedy dowiaduje się, że pracuję w „Wyborczej”. – Będzie okazja do wymiany myśli, możemy się pięknie ubogacić – mówi.

Wymieniliśmy myśli na temat relikwii.

– One są po to, żeby nam przypominać o mądrych ludziach i ich wielkich czynach – mówi.

Dwa lata temu modliła się przy relikwiach św. Tereski z Lisieux. I pokłóciła się ze znajomą. – Wychodzimy z kościoła, a ta zaczyna: „O, jak pięknie do Tereski się modliłam, dotknęłam trumienki i pomyślałam wszystkie najskrytsze życzenia”. Nie wytrzymałam: „Do Boga się modliłaś, a nie do Tereski. I nie traktuj jej jak czarodziejki od spełniania życzeń, bo to grzech”.

Wanda Karaś ma dwie zasady dotyczące świętych kości – „nie za często” i „bez cudów”. – Nie za często, żeby jakiś święty nie przysłonił mi Pana Boga – wyjaśnia. – No i żeby nie liczyć na cud, a najlepiej o nic konkretnego nie prosić. Bo jak święty mi czegoś nie spełni, to co, mam się na niego obrazić? Z relikwiami to trzeba ostrożnie, bo łatwo popaść w uzależnienie. Nawet w Radiu o tym mówiono.

Ogryzanie świętych kości

Pewien średniowieczny biskup – Hugo z Lincoln – miał nieco ekscentryczny sposób okazywania czci relikwiom. Przybywszy do klasztoru Fécamp nad Sekwaną, poprosił o pokazanie ramienia Marii Magdaleny. Następnie rozpruł jedwabny pokrowiec i udając, że świętość nabożnie całuje, odgryzł kawałek kości. Nie pierwszy raz. W ten sam sposób Hugo pozyskał aż 30 fragmentów rozmaitych relikwii, które nosił w specjalnym pierścieniu.

Kult relikwii nie jest produktem oficjalnej nauki Kościoła. Choć w pierwszych wiekach chrześcijaństwa nie brakowało świętych męczenników, nikt nie myślał o czczeniu ich kości. Wymusili to na Kościele ludzie, a dokładniej poganie i plemiona barbarzyńskie. Germanowie, Awarowie, Słowianie masowo nawracali się na chrześcijaństwo, ale nie porzucali dawnych wierzeń. Jednym z nich był kult przodków i – niekiedy – trzymanie ich kości w charakterze amuletów. Barbarzyńskich przodków i pogańskich herosów zastąpili chrześcijańscy święci.

W średniowiecznych kościołach – poza szczątkami rozmaitych świętych – można się było natknąć na takie oto relikwie: mleczny ząb Jezusa, pieluchy Jezusa, kawałek welonu i grzebień Maryi, mleko Maryi, pantofle św. Józefa, sianko ze stajenki.

Relikwie czyniły cuda, głównie uzdrawiały. Z czasem doszło do tego, że każdy kościół musiał mieć jakąś relikwię, a najlepiej kilka (po co do niego przychodzić, skoro nie można liczyć na cud?). Zapotrzebowanie ciągle rosło, zaczęto więc świętych kawałkować.

Na Elżbietę z Turyngii, zmarłą w 1231 roku w opinii świętości, tuż przed pochówkiem rzucili się nabożni – porwali szaty, ucięli paznokcie oraz palec. Mistyczkę i współzałożycielkę beginek Marię z Oignis (zmarła w 1213 roku) zaprzyjaźniony opat usiłował po śmierci pozbawić zębów. W XI wieku górale z Umbrii tak bardzo pragnęli posiąść kości eremity św. Romualda, że próbowali go w tym celu zabić.

Relikwie fałszowano: przez pewien czas św. Wojciech miał dwie głowy, jedną w Gnieźnie, drugą w Czechach (obie oczywiście słynęły z licznych cudów).

Relikwiami handlowano: król Ludwik IX w 1237 roku nabył cierniową koronę Chrystusa za astronomiczną kwotę 135 tysięcy liwrów.

Relikwie kolekcjonowano: największy zbiór zgromadził saski książę Fryderyk Mądry, w 1520 roku miał aż 18 970 relikwii, które dawały w sumie dwa miliony lat odpustu – o tyle krócej cierpiały w czyśćcu dusze tych, którzy za życia nabożnie kolekcję nawiedzili.

A jeśli relikwie nie sprawiały oczekiwanych cudów, były biczowane – żeby święty się poprawił.

Kościół z relikwiami sobie nie radził. Raz zakazywał niektórych praktyk, by potem znów na nie zezwalać. „Czego innego nauczamy, a co innego musimy tolerować’” – wzdychał święty Augustyn.

Święty zamiast in vitro

Razem z relikwiarzem Dominika podróżuje po Polsce księga intencji (ma też wersję internetową). Można do niej wpisywać modlitwy i prośby. O co prosimy? „O nawrócenie córki i syna” (Joanna), „o pomoc w znalezieniu dobrego męża, tak bardzo pragnę kochać i być kochaną” (Małgorzata), „o wytrwanie w przygotowaniu do egzaminu i żeby nie zaskoczyło mnie żadne pytanie” (Anna), „o pomoc w napisaniu doktoratu z ekonomii” (Piotrek), „o łaskę wytrwania w czystości” (Paweł), „o załatwienie wiadomej sprawy” (Henryk).

Ale najczęściej prosimy o dziecko. Ponad połowa to wpisy kobiet i małżeństw, które nie mogą doczekać się potomstwa.

Anna: „Dominiku, pozwól mnie oraz innym osobom borykającym się z niepłodnością wytrwać w tej ciężkiej próbie”.

Ewa: „Prosimy Cię o wstawiennictwo, abyśmy zostali obdarzeni łaską posiadania dziecka, o które staramy się już cztery lata”.

Dominik jest patronem ministrantów, ale salezjanie nazywają go też „świętym od kołysek”. Na pamiątkę pierwszego cudu, kiedy uzdrowił swoją mamę. Zachorowała tuż przed urodzeniem kolejnego, ósmego już dziecka: „Dominik zawiązał jej na szyi zieloną wstążkę z wizerunkiem Przenajświętszej Maryi i bóle natychmiast odeszły”. Dzisiaj podobne wstążki – „ubranka świętego Dominika” – salezjanie rozdają kobietom.

„Dziennik Łódzki” w artykule „Święty zamiast in vitro” napisał: „Salezjanie znaleźli sposób na zaradzenie trudnościom z zajściem w ciążę. Postanowili sprowadzić z Włoch relikwie św. Dominika Savio. Utrzymują, że każdy, kto żarliwie będzie prosił świętego o łaskę, ma szansę zostać rodzicem”. Artykuł zrobił ogromną karierę w internecie. Był cytowany przez kilkanaście portali, pojawiał się w działach „ciekawostki”, „śmieszne” oraz „ale jaja”. Wpisów internautów nie odważę się cytować. Z wyjątkiem jednego. Ewa z Łodzi napisała: „Jesteście antyklerykalne chamy z oświeconego ciemnogrodu”.

Ewa ma 35 lat, od czterech stara się o dziecko: – Jak przeczytałam te dyskusje w internecie, to mną zatrzęsło. Cóż za potok obelg! Robienie sobie jaj z wiary innych ludzi jest zwykłym chamstwem.

– Bo niektórych dziwi, że można traktować relikwiarz jako sposób na ciążę.

– I żaden katolik przy zdrowych zmysłach tak go nie traktuje. Salezjanie wręcz przestrzegali, żeby nie robić z tej szklanej urny magicznego pudełka od spełniania życzeń.

Ewa modliła się przy relikwiarzu razem z mężem. – Byliśmy już u trzech ginekologów i seksuologa, zrobiliśmy kilkanaście badań. Wszystkie wyniki są w porządku. Nikt nie wie, dlaczego ciągle nie jestem w ciąży. Jeden lekarz zalecił nam jakąś idiotyczną terapię ziołową, drugi – zmianę pozycji seksualnych. A od trzeciego usłyszałam: niech pani nie zawraca głowy, bo na korytarzu czekają kobiety z prawdziwymi problemami. Za chwilę będę za stara na dziecko. Od Dominika przynajmniej nie usłyszę: niech mi pani nie zawraca głowy.

Uśmiech księdza Łubiana

Dominik był w Polsce 48 dni, wyjechał w ostatni czwartek. Przez ten czas przy jego relikwiarzu wygłoszono kilkaset kazań.

W Warszawie uroczystości transmitowało Radio Maryja, biskup Stanisław Kędziora mówił o rodzinie: „Wszyscy się śpieszą, nie mają dla siebie czasu, a największą tragedią rodzinną jest sytuacja, gdy zepsuje się telewizor”.

W Częstochowie biskup Antoni Długosz wspominał Janusza Korczaka: „Bóg posługuje się często dziećmi jako swoimi posłańcami. I właśnie dzieci posłał do tego żydowskiego świętego. Korczak nie zdradził ich aż do tragicznego końca”.

W Czerwińsku ksiądz Sławomir Łubian przekonywał, że bicie jest złą metodą wychowawczą: „Nawet jeśli mamy szlachetny cel, nie ulegajmy pokusie korzystania ze złych środków”.

– Czy tych wszystkich mądrych i słusznych rzeczy nie można nauczać bez fajerwerków w rodzaju tego dziwacznego relikwiarza? – zastanawia się Halina Bortnowska.

– Można bez fajerwerków i na co dzień tak robimy – mówi ksiądz Sławomir Łubian, przełożony warszawskich salezjanów, którzy zaprosili relikwiarz do Polski. – Wspominamy postać Dominika, staramy się przybliżać nauki księdza Bosko. Niestety, nie zawsze jest tylu chętnych do słuchania. Widocznie znak relikwii był ludziom potrzebny. Ale jeśli ani jeden człowiek nie stał się dzięki temu „fajerwerkowi” lepszy, to skłonny jestem przyznać, że nie warto było.

Ustaliłem: lepszy stał się Adam Kamyk z Katowic, lat 12. – Modliłem się przy relikwiarzu o to, żeby mi było łatwiej w szkole – opowiada. – Następnego dnia wyrzucili z naszej klasy takiego jednego chłopaka, który mi dokuczał. Najbardziej nie lubiłem, jak zabierał tornister i zjeżdżał na nim po schodach. Pomyślałem: to cud, że tego Adriana wyrzucili. I że sprawił to św. Dominik. A teraz strasznie, strasznie tej myśli żałuję. Widziałem, jak Adrian wychodził z rodzicami od dyrektorki i płakał. Nie takiego cudu chciałem i Dominik na pewno też nie.

Historyjkę Adama Kamyka opowiedziałem księdzu Łubianowi. Rozpromienił się: – No więc widzi pan, że choćby dla tego smyka to całe zamieszanie było potrzebne.

Grzegorz Sroczyński

Korzystałem z książki ks. Jana Kracika „Relikwie oraz Katechizmu Kościoła Katolickiego.

Tekst: Duży Format, Gazeta Wyborcza
Zdjęcia: Sylwia Radoń

 

 

Zobacz także