Liść akantu

Co tydzień w niedzielę na mszę.

Nawet jeśli częściej, to i tak wiara dzieli się na tygodnie. Do kościoła przychodzę z właściwym sobie przyzwyczajeniem. Z wprawą. Mam tam własne miejsce − ustaloną perspektywę na wnętrze, na ludzi i na sprawy wiary. Obrzędy przyjmuję obrzędowo, modlę się wedle modlitw i wierzę zgodnie ze swą wiarą. Nawet głęboki niepokój przyjmuję ze spokojem: i dla niego znajduję ciepłe legowisko pod namiotem mojego jestestwa.

Spraszam więc wszystkie myśli, stawiając je w świetle świadomości, że oto jestem na mszy. Że Jezus i Eucharystia, i że ja. Rozważania o obiedzie i dziesiątkach innych rzeczy pilnie przepajam duchem liturgii. Wszelkie przypomnienia wyganiam pod ołtarz jak przedszkolną dziatwę i przebiegle czynię z nich narzędzie modlitewnego skupienia. Albo też po kwadransie wydostaję się z gmatwaniny pospolitych dygresji, dziwiąc się, jakim sposobem zabrnąłem w takie maliny. Jednym słowem: oddaję się modlitwie.

Idę więc na niedzielną mszę. Wchodzę bocznym wejściem i w prostocie ducha staję. Pod bocznym ołtarzem. Zgodnie z tradycją moich własnych poczynań. Wszystko dzieje się w miarę tak jak zawsze. I nawet nie wiem, w którym momencie − patrzę na ten stojący obok mnie ołtarz i co widzę: liść akantu, a w nim nagle objawiający się − Bóg.

No nie. Odrywam wzrok. Co znowu za Bóg. Skąd Bóg. To tylko kościół. Więc mam urojenie, przywidzenie. No już, spokój.

Patrzę, niby nic. Świeżym okiem. Liść akantu i − o zgrozo − Bóg.

Nie daję wiary. Ale na co tu wiara, skoro widzę jasno. Wstyd mi. Nikt nie widzi, wokół niezmącona normalność, a ja co.

Nie chcę widzieć. Zaczynam racjonalizować: to przecież promienie słoneczne. Zwykłe światło. Efekt optyczny. Fizyka. Ale nic z tego. To Bóg. Ni mniej, ni więcej. W załamaniach złota, w tym drobnym, przyciemnionym baroku, we fragmencie świętego ołtarza.

Silę się na nieufność. Chmurnieję jak naburmuszone dziecko, przyglądam się spode łba. Bo niewygodnie mi z tym, że jestem wzięty ot tak, z zaskoczenia, by stać wprost przed Majestatem. Źle mi z tą naiwną uroczystością w sercu, z obudzoną znienacka skruchą.

Próbuję więc wrócić do rzeczy. Na czym to msza stanęła. A tu msza jawnie traci strukturę, a jej porządek i zwyczajowość przekształca się wobec mnie w jedno trwanie przed Bogiem w liściu akantu. Udaję jeszcze, że modlę się jak gdyby nigdy nic, ale już, już ogarnia mnie jego obecność. Mówię, słucham, klękam jak zawsze. Ale nie jak zawsze. Gorliwiej, pełniej, wszak przed Liściem.

Podnoszę głowę i zaraz spuszczam wzrok, zdjęty jego bliskością.

O, jak jest stały Pan w swym Liściu, a jak cierpliwy w tak prostolinijnym swym pojawieniu się przede mną − niegodnym!

Piękny i straszny jest Liść Akantu. Władczy, a tak pokornie mały w całym przepychu ołtarza!

Lecz oto Liść pustoszeje, a jego niezmierna sakralność na moich oczach unosi się w górę i w górę. Występuje rumieńcem na twarzach wyrzeźbionych świętych. Przemierza kolejne snycerskie detale ołtarza i znika w dziennym świetle okna. Spozieram za nim w przestrzeń. Stoję z uniesioną głową. Podchodzi kościelny. Co tak stoisz? Nie, nic. Tak tylko.

I już wychodzę. Ale zerkam jeszcze na okno i na ten Liść − ogarnięty dostojną obojętnością pustego kościoła. Niczym tron, na którym przed chwilą siedział król.

I już wracam, spieszę, biegnę, wiedziony myślą o Akancie, o złocie i bocznym ołtarzu.

I cóż z tego, że ten Liść mógł być herezją, fałszywym znakiem lub bałwanem, albo też symbolem zgubnych poruszeń ludzkiego serca?

Dany mi został Liść Akantu, bym w godzinach próby mógł przypomnieć sobie o nim i skryć się w jego cieniu. Bym miał go wówczas za tarczę, za arkę na czas potopu, wierząc wtedy, że ciągle jestem tym samym człowiekiem, który go kiedyś ujrzał. Tam, w starym kościele, przy tym bocznym ołtarzu.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.