Lubię to!

Tak. Lubię być katechetą.

Lubię nawet wtedy, gdy cała klasa nie odrobi zadanej pracy domowej, grzebie na lekcji w telefonach zamiast słuchać, śpi (rano – bo niewyspani, po południu – bo zmęczeni), przepisuje zadania z innych przedmiotów, gada w najlepsze, albo wmawia mi, że ksiądz na kolędzie zabrał im zeszyt i dlatego go nie mają. Lubię, choć jeszcze żadna moja katecheza, nawet w niewielkim stopniu, nie przypominała kazania św. Piotra po Zesłaniu Ducha Świętego, po którego wysłuchaniu nawróciło się 3000 osób. Ba. Obawiam się wręcz, że nie „nawróciłam” nikogo.

I dobrze. „Nie przyszedłem Pana nawracać” – napisał kiedyś ks. Jan Twardowski. Uczyniłam te słowa niemalże mottem swojej pracy. Nie przyszłam nawracać. Przyszłam pracować, zaświadczyć i być. Reszta w rękach Boga. On ma więcej niż rozdał.

Oprócz klas, które uczyłam w zeszłych latach, dostałam w tym roku trzy nowe. I znów usłyszałam gdzieś w pobocznych rozmowach, że młodzieży religia nie interesuje. Jasne, że tak. Nie interesuje, tak jak nie interesuje jej wiele innych szkolnych przedmiotów. Zwykle głębsze zainteresowanie którymś z nich zaczyna budzić dobry nauczyciel.

Wniosek ciągle jest więc ten sam – prosty, by nie rzecz banalny – trzeba brać się do roboty. Bo naprawdę trzeba dobrych nauczycieli religii. Ciągle się zastanawiam co to znaczy: dobry nauczyciel religii. Już wiem, że ukończone (choćby i z wyróżnieniem) studia teologiczne nie dają nic. Odbyte warsztaty, szkolenia i 300 godzin praktyk we wszystkich typach szkół: przedszkole (”Plosę pani, a Pan Jezus teś lobi siusiu?”), podstawówka („Proszę panią, on mnie kopie pod ławką, niech mu pani karze iść do spowiedzi!”), gimnazjum („Msza święta? Nuuuda, chyba że jesteś moherem”), i liceum („Serio uważa pani czystość przedmałżeńską za sensowną?!”)  też niczego nie gwarantują. Dodać uczciwie należy, że cytaty z nawiasów nie są regułą. Bo przecież nie o utrwalanie stereotypów nam w katechezie chodzi.

Po tych trzech (phi!) latach pracy zauważyłam, że oprócz wymaganych dokumentów i kwalifikacji przede wszystkim trzeba mieć pragnienie, wolę, chęci. Ładnie i fachowo nazywamy to powołaniem. Czyli – znów banał – trzeba to lubić. Bo tylko wtedy Jezusowego polecenia „idźcie i nauczajcie” (choć nic na siłę) sfrustrowany katecheta nie przerobi na wybitnie nieewangeliczną bierność: „eee, czekajcie, może sami przyjdą”.

Sęk w tym, że sami mogą nie przyjść. I w tym, że nie będzie to wtedy ani trochę święty spokój, tylko poważny grzech zaniedbania i po prostu realna strata dla wspólnoty Kościoła.  A że to trudno, że się nie da? Da się, inaczej pierwszym świętym nie zostałby Dobry Łotr z krzyża.

Myślę, że szkolna nauka religii musi być traktowana poważnie. Nie dodam jej powagi przez wypełnianie czasu piosenkami (choć kto śpiewa, dwa razy się modli), slajdami z Panem Jezusem i Maryją (mimo że obraz w dzisiejszych czasach to podstawa przekazu) i odpowiadaniem na pytania wymyślone przez uczniów celem zagadania katechety (choć oczywiste, że warto rozmawiać).

Zacząć więc chyba trzeba prosto. Od zwyczajnej, ludzkiej życzliwości i świadectwa własnej wiary. Wbrew pozorom to bardzo skuteczne (i sprawdzone) bodźce. Modlić się. Za uczniów, ale i za siebie. Prosić  o talent, wewnętrzną wolność i wynikającą  z niej autentyczność, o cierpliwość i dystans do siebie. Zdecydować się na rzetelne pogłębianie wiedzy z teologii, psychologii, prawa oświatowego i wszystkiego co może ułatwić funkcjonowanie w szkole. No i zająć się – również dla dobra uczniów – sobą, swoim życiem duchowym, bo przecież wiara nie jest czymś danym raz na zawsze. Dlatego wydziały katechetyczne zalecają rekolekcje, dni skupienia i osobiste formacje. To nie jest uciążliwy obowiązek, raczej przyjacielskie przypomnienie, że tylko wychowani wychowują.

No i w końcu – katechizowanie trzeba po prostu lubić. Młodzież to widzi, wie i docenia. Mimo że ciągle więcej nie umiem, niż umiem usłyszałam niejedno „dziękuję”, które mnie urzekło; w Mikołajki znosiłam do domu zestaw rózg (w trzech rozmiarach); 2 tygodnie kontemplowałam strzelającą czekoladę „Amelia”, którą dostałam na urodziny; płakałam, gdy uczniowie wstali i bili brawo, bo tak się ucieszyli, że nadal będę ich uczyła. W moim mieszkaniu wisi duże, wspólne zdjęcie z klasowej Wigilii, które dostałam od klasy na zakończenie roku. Wciąż ujmuje mnie pamięć i życzliwość absolwentów, którzy piszą, przychodzą, wspominają moje słowa i gesty, a nawet czy się uśmiechałam, czy nie.

To dobra przeciwwaga dla towarzyszącego mi czasem poczucia gadania do samej siebie, natrętnej myśli: dzwonek, dzwonek, kiedy dzwonek?, popełnionych błędów dydaktycznych i podniesionych porażek. W tej pracy jest różnie – dobrze i źle, ale wspominany już w tej notce ks. Twardowski powiedział też inne słowa, które cytuję znad biurka: „Jak jest tylko dobrze, to niedobrze.”

A póki co dobrze, że wracamy do szkoły!

„Będąc tak pełni życzliwości dla was, chcieliśmy wam dać nie tylko naukę Bożą, lecz nadto dusze nasze, tak bowiem staliście się nam drodzy”(1 Tes 2,8).

Do zobaczenia 2 września 😉

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

  • Nic już nie będzie takie samo

    Święto Objawienia Pańskiego jest świętem samego Jezusa i Jego szczególnych gości z daleka. Dla mnie,... więcej

  • Ona i On

    Byłam kiedyś wychowawcą klasowym. Katecheta rzadko nim bywa. Trafiłam do klasy na zastępstwo. Miałam być... więcej

  • Wszystko jest możliwe

    Czasami moje życie zaczynają zmieniać ludzie, których właściwie nie znam. Których nigdy nie widziałam. I... więcej

Małgorzata Janiec

Małgorzata Janiec na Liturgia.pl

Teolog i dziennikarka. Na świecie obecna od ponad 30 lat. W szkole jako katechetka – 10 razy krócej. Na lekcjach pyta z pytającymi. Szuka z szukającymi. Wierzy z wierzącymi i wierzy w „niewierzących”. Modli się ze wszystkimi i za wszystkich. Do pracy ma pod górkę. A w pracy uczy siebie i innych, że do nieba idzie się zwyczajnie – pod górkę lub nie – po ziemi.