Magnificat – moja dusza, mój duch

Dalszy ciąg rozważań na kanwie Magnificat, wygłaszanych dla scholi akademickiej. Tym razem wątki poniekąd osobiste. Wersja rozszerzona w stosunku do tego, co powiedziałem w piątek.

Anima mea, spiritus meus – to ja uwielbiam Pana, to ja w Nim się raduję.

Jedna z lektur, które wywarły na mnie silne wrażenie: "Książeczka o człowieku" Romana Ingardena, a w niej esej zatytułowany "Człowiek i czas". Rozważań Ingardena nic nie zastąpi i nie mam ambicji ich komentować. Po prostu: polecam mądrą lekturę, a sam zostawiam parę własnych notatek.

Ludzie patrzą i widzą zakonnika, kapłana, przeora. To oczywiste, że nie widzą w nim małego chłopca, którym był. Nie muszą wiedzieć o jego obecnym upodobaniu do serialu z przygodami Herkulesa Poirota i o innych drobnostkach. Mało tego, nie zdają sobie sprawy ze wzlotów i upadków, które go ukształtowały. A przecież wszystkie te rzeczy, małe i wielkie, odkładają się w człowieku niby słoje drewna, tworząc go. Tworzą nas nasze wybory.

Fascynuje mnie to, co przeżywam: to, w jaki sposób moja tożsamość zakonnika i kapłana zakorzenia się we mnie, jak przyjmuje w siebie całą tę część życia (wciąż dłuższą), którą spędziłem poza zakonem. Wspaniały był czas wchodzenia w tradycję zakonu. Wciąż potrzeba wysiłku pogłębiania tożsamości, ale cudowne jest to, że tak wiele w tej dziedzinie dzieje się niejako samo.

Wielcy tego świata (politycy i gwiazdy) dają przykłady "płynnej tożsamości": związują się z kimś i odchodzą, zaprzeczają własnym poglądom. Ktoś był szczęśliwym mężem i ojcem, a teraz jest szczęśliwym narzeczonym.

Wisława Szymborska w niedawnym wierszu wyobraziła sobie spotkanie z sobą sprzed lat. Czasem musimy być gotowi na taką przygodę, bo ona przychodzi sama. Człowiek cofa się w przeszłość i odkrywa, że motywacje, które zadecydowały o kształcie jego obecnego życia, nie były dojrzałe. Jak trudno wtedy przyjąć pokornie siebie samego. Jak trudno uznać, że kręte drogi wiodły do celu. Jak łatwo ulec pokusie ponownego wyboru zaprzeczającego temu, czym się żyło. Jedyny ratunek: świadomie wypowiadane "tak" – trwanie na swoim miejscu.

Tim Eriksen opowiadał kiedyś, jak to na warsztatach Sacred Harp prowadzonych daleko od domu usłyszał za sobą (czyli w sekcji altów) głos swojej zmarłej znajomej. To była rzecz jasna inna kobieta, która – jeśli dobrze pamiętam – uczyła się wcześniej od kogoś, kto znał tamtą zmarłą. Tim wplótł swą opowieść w rozważania o tym, że głos człowieka – coś tak bardzo osobistego – także podlega wpływom. Zostawiam Wam tę opowieść jako wyrazisty obraz do medytacji o tym, co tworzy naszą tożsamość.

A dla mnie miło być blisko Boga, w Panu, w Bogu obrałem schronienie, abym opowiadał wszystkie dzieła Twoje (ps 73,28, tłum. Czesław Miłosz).


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Błażej Matusiak OP

Błażej Matusiak OP na Liturgia.pl

Obecnie w dominikańskim klasztorze w Pradze. Publikacje: Hildegarda z Bingen. Teologia muzyki (Kraków 2003); recenzje płytowe w Canorze, cykl audycji „Musica in Ecclesia” w Radiu Józef.