Małżeństwo, Komunia św., rozwodnicy.

Choć należę do mocno już średniego pokolenia to tamtych czasów niż znam. Ale myślę, że te pół wieku temu musiało być podobnie jak dziś. Ludzie żyli swoimi codziennymi radościami i smutkami, większość w stanie małżeńskim. Nieśli ten słodki ciężar.

Pewnie niejeden i niejedna trochę by sobie tego ciężaru ulżyli. A świat niósł pokusę – nie musicie się bać, że współżyjąc poczniecie kolejne dziecko, że znowu przybędzie tych codziennych ciężarów – są sposoby. Wydawało się, że Kościół tych sposobów zabrania więc większość z tych, którzy uważali się za katolików jakoś się z tym godziła. Powiał jednak wiatr zmian. Sobór wzbudził wielkie poruszenia. I nagle się okazało, że wielu kardynałów, biskupów i teologów zaczęła zapewniać swoje owce, że już niedługo ujmie się im tych „ciężarów”. Już, już… Tylko jeszcze trochę. Odnowa. Zmiana. Pastoralność. Człowiek. Media podgrzewały atmosferę. Szeregowi kapłani zaczęli się zastanawiać czy maja mandat aby zapewniać swoich parafian, że skoro maja czwórkę dzieci to jeszcze dadzą rade wychować piąte. Oczekiwania wielu były wielkie.

Co zrobić jednak, że w Kościele jest tez element Boski. Paweł VI mógł zrobić tylko to co zrobił. I nagle się okazało, że „nadzieja” tych wielu, pewność nawet, zawisła w powietrzu. A że skała ich wiary nie dość była solidna poszli w świat i zaginęli. Czy ktoś ponosi za to odpowiedzialność? Paweł VI, który wypełnił zadanie zlecone mu przez Chrystusa? A może jednak zwodziciele, także ci w purpurach i fioletach?

I kiedy dziś patrzymy jak tu i tam podniecają się jedni i drudzy, i krzyczą: „a kardynał Kasper powiedział to zaś kardynała Maradiaga tamto, koniec dyskryminacji biednych rozwodników już bliski” to czy to czegoś nie przypomina? Co z tego, że Maradiaga przewodniczy G8, że Kasper głosił inauguracyjne przemówienie na ostatnim konsystorzu. Suenens, Koenig większymi szychami na Soborze byli a nic to nie zmieniło. Czy naprawdę chcecie brać na siebie odpowiedzialność za wielkie rozczarowanie tych ludzi, którzy i tak niosą niemały ciężar swych win? Czemu zamiast głosić im zdrowa naukę nadmuchujecie balony próżnych oczekiwań? I to uciekając się do czułostkowego sentymentalizmu albo wręcz demagogii.

Konrad Sawicki, jeden z redaktorów Więzi, założył na FB grupę pod kuriozalnym tytułem „Kościół dla mniej praktykujących”. Bardzo intensywnie propaguje tam Zmianę. M.in. zalinkował tam taki artykuł. Warto przytoczyć fragment: „O. Łusiak[, prowadzący duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych w Bydgoszczy] opowiada również o innej ludzkiej historii. Kobieta, żona i matka dwójki małych dzieci, postanowiła wyjechać na pół roku do rodziny mieszkającej w USA. Mąż nie był z tego zadowolony, ale jej w tym wyjeździe nie przeszkadzał. Po pół roku otrzymał wiadomość, żeżona nie wróci. Zajęty biznesmen został nagle sam z małymi dziećmi. W wychowaniu dzieci trochę pomagali mu rodzice, ale to przecież nie zmieniało faktu, że dzieci nie miały mamy. Wreszcie pojawiła się w jego życiu kobieta, która powiedziała: „mogę być dla ciebie żoną, mogę być matką dla twoich dzieci”. Mężczyzna wiedział i rozumiał, że dzieci będą lepiej wychowane, kiedy będzie przy nich kobieta – matka. Ona zaś robiła wrażenie osoby bardzo dobrej, która rzeczywiście mogła wzorowo sprawdzić się w nowej roli. W końcu zdecydował się na ten związek. Nie dla siebie, nie tylko dla siebie – ale przede wszystkim dla dzieci. Ze świadomością, że gdyby chodziło tylko o niego, pewnie pozostałby sam.” Pewien jezuita na FB, o. Grzegorz Kramer użył bardzo obrazowego porównania, dobrze pasującego do tej sytuacji: „Przecież inna jest sytuacja gościa, który zmienia żony, jak rękawiczki, a inna człowieka, który nie może zgwałcić swojej żony, by z nim żyła.” Z pewnością ma rację, że sytuacja jest inna.

Co zrobić jednak z nieco zmodyfikowana sytuacją. Żona nie uciekła za wielka wodę. Rozchorowała się poważnie, wkrótce pożycie stało się niemożliwe a po jeszcze jakimś czasie zaczęła wymagać stałej opieki. Przychodzi człowiek do rozmównicy o. Grzegorza. Bardzom ciekaw co by mu o. Kramer powiedział. Z rzadka uciekam się do cytowania takich horrorów ale autor uznany i niekatolik to pewnie jego świadectwo będzie miało jakąś wagę. Doktor Ryszard Feningsen, polski Żyd, który po 1968 roku wyemigrował do Holandii, w swojej książce „Eutanazja, śmierć z wyboru?” opisuje jak mąż pewnej pacjentki w takim właśnie jak wyżej opisany stanie, domaga się od lekarza uśmiercenia małżonki, bo on „jest katolikiem, a dopóki żona żyje on nie może się ponownie pobrać”.

Wróćmy jednak do tego człowieka, którego żona porzuciła. O. Łusiak niewiele mówi o tym , kim jest jego nowa partnerka życiowa. Czy też jest porzuconą małżonką? Bo mówimy o udzielaniu Komunii św. rozwodnikom w ponownych związkach. A jeżeli nie jest rozwódką i jest to jej pierwsze małżeństwo? Ona nie musiała „gwałcić swojego męża, żeby z nią współżył”. Mogła znaleźć mężczyznę stanu wolnego. To co? Jego dopuszczamy a ją nie? Głupie pytanie bo wiem, że nie o to „obrońcom uciśnionych” chodzi. Powiedzą – ludzie się zakochali, ona nie jest winna rozpadu jego małżeństwa. Czy nie powinniśmy się zgodzić przynajmniej co do tego, że zanim Kościół tych dwoje dopuści do Stołu Pańskiego, powinien jednak tą sprawę jakoś elementarnie zbadać? Może przepyta nie tylko ich ale i jakiś świadków? Bo a nuż się okaże że upadek jego małżeństwa nie był bez związku z jej osobą. I co wtedy? W takim przypadku też dopuszczamy? Zdaje się, ze prawowita małżonka jednak ma jakieś prawo do tego aby ktoś stał w obronie jej czci i honoru. Piszę o tym bo Konrad Sawicki na wspomnianej grupie FB, zacytował kardynała O’Maleya z Bostonu, który powiedział, że można by pomyśleć o proceduralnych ułatwieniach w prowadzeniu spraw o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Redaktor Więzi podsumował to dość lekceważąco jako tkwienie w mentalności legalistycznej. Jeżeli jednak trochę się zastanowić i wykazać odrobinę dobrej woli i zdrowego rozsądku, widać jasno, że i nowopromowane praktyki bez jakiś procedur prawnych się nie obędą. Chyba, że przyjmujemy, że między bohaterem historii opowiedzianej przez o. Łusiaka a „gościem, który zmienia zony jak rękawiczki” jednak nie ma różnicy.

Muszę jeszcze odnieść się do innych słów red. Sawickiego, którymi skomentował bostońskiego hierarchę: „Naturalnie przypadki zawarcia małżeństwa w sposób nieważny zdarzają się ale mam wrażenie, że nieczęsto. Natomiast sytuacje, w których prawdziwa miłość była ale z jakichś przyczyn obumarła – dużo częściej.” Była prawdziwa miłość ale obumarła. I to pisze teolog i redaktor katolickiego pisma! Jak to skomentować? Nie wiem kiedy byłem ostatni raz na ślubie , na którym nie słyszałbym w ramach czytań tego fragmentu Pisma: „ Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje” (1 Kor 13)

Chcę wyraźnie zaznaczyć, że nie piszę tego wszystkiego jako przeciwnik duszpasterstw tzw. małżeństw niesakramentalnych. Owszem trzeba tam wiele roztropności i hartu ducha, pewnie też po to, żeby wyłapać powierzchowne cwaniactwo i nie promować laksyzmu, ale życie bywa skomplikowane. Bardzo często jest przecież tak, że ludzie wchodząc w taki jedynie cywilny związek o Bogu wiele nie myśleli. Raczej go w ich życiu nie było. Czasem w takich związkach mają dzieci, bywa że z takich czy innych powodów, kulturowych czy dla uspokojenia dziadków, posyłają je na katechizację. I bywa, że te dzieci staja się ewangelizatorami swoich rodziców. W ludziach budzi się autentyczna wiara. Jednak jakimś sprawdzianem tej autentyczności jest uznanie prawdy o sytuacji w jakiej się znaleźli. Ich wszyscy samozwańczy obrońcy tak naprawdę im szkodzą. Znowu, jak apologeci antykoncepcji 50 lat temu rozbudzają złudne nadzieje. Przyjdzie jednak jesienny synod nic się nie zmieni i co zrobicie z ich wiarą rozchwianą i osłabioną rozczarowaniem?

Oczywiście zadaniem duszpasterstwa jest też pomoc w ocenie czy ich pierwsze małżeństwo zostało zawarte ważnie. Nie warto ulegać estetyzmowi pięknoduchów gardzących legalizmem. Co prawda nie należy się też poddawać potępieniom twardogłowych, którzy z góry uważają, że każde stwierdzenie nieważności jest wyłudzane podstępem. Sądzę, że bliższy prawdy może być cytowany przez papieża Franciszka jego poprzednik na stolicy biskupiej w Buenos Aires, który twierdził że może i połowa małżeństw zawieranych w Kościele jest nieważna z powodu nieznajomości przez narzeczonych katolickiej nauki o małżeństwie. Tylko, tak jak ostatnio powiedział to prefekt Świętego Oficjum, to, że ludzie tej nauki nie znają, to jeszcze nie powód, żeby ją zmieniać. Wręcz przeciwnie – to wezwanie, żeby ją lepiej głosić. Także w wymiarze przygotowania do zawarcia sakramentu i procedury badania narzeczonych przed jego udzieleniem. „Obrońców” rozwodników chciałbym spytać o jeszcze jedno. Dzisiaj wasze miłosierdzie, które zbyt łatwo utożsamiacie z Miłosierdziem, usiłujecie rozciągnąć na niesakramentalne związki mężczyzny i kobiety. Bądźcie pewni, że za 5 lat, ktoś z tymi samymi argumentami przyjdzie się domagać Komunii św. dla dwóch mężczyzn/dwóch kobiet żyjących w tzw. związku partnerskim. Ilu z Was wtedy sobie przypomni, że Kościół jest jednak znakiem wzniesionym wśród narodów ale i znakiem któremu sprzeciwiać się będą?


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Piotr Chrzanowski

Z wykształcenia inżynier mechanik, od dłuższego czasu z zawodu dyrektor. Mieszka pod Bydgoszczą. Mąż z ponad dwudziestoletnim stażem i ojciec dwóch synów w wieku licealnym.