Małżeństwo jak liturgia, czyli o czasie świętym

Dziś jest siódma rocznica naszego z Agnieszką ślubu. Nie piszę tego, aby móc zebrać życzenia :-)). A nawet nie po to, żeby, ulegając pasji naukowej, przedstawić wywód na temat symboliki siódemki (czego bym nie umiał zrobić, symbolika liczb jakoś niezbyt mnie kręci). Chcę się podzielić pewnym czysto subiektywnym doświadczeniem czasu świętego.

Jedną z cech charakterystycznych przeżywania liturgii jest dla mnie poczucie kompresji czasu połączone z głębokim przeświadczeniem, że w tym okresie, którego trwania (chronosu) nie zauważyłem (oto bowiem zakończył się, a ja jestem zdziwiony, że to już), stało się mnóstwo ważnych i kluczowych rzeczy, które w sposób niesłychanie subtelny, omijający bezpośrednie pole świadomości, mnie przemieniają. Pamiętam szczególnie mocno jedno, w zasadzie bardziej okołoliturgiczne niż liturgiczne wydarzenie, kiedy czegoś takiego doświadczyłem. Było to chyba wiosną osiem lat temu, gdy z grupą chłopaków z „Beczki“ i okolic i kilkoma braćmi OP, pod kierunkiem o. Marka Rojszyka (wówczas chyba jeszcze diakona), po blisko półrocznym przygotowywaniu się śpiewaliśmy w krakowskim klasztorze starorzymskie Nieszpory Paschalne (nawiązując oczywiście do ich rekonstruktywnego wykonania przez Marcela Peresa i Ensemble Organum). Jak to wypadło na zewnątrz, nie mam szczerze mówiąc pojęcia, ale pamiętam moje (nasze) zdziwienie, kiedy po skończonych nieszporach zeszliśmy do zakrystii i okazało się, że śpiewaliśmy grubo ponad godzinę. Pamiętam dwa punkty w czasie: początek i koniec, ale moja pamięć czasowa zgubiła trwanie zachodzące pomiędzy nimi. Nie oznacza to w żaden sposób wyłączenia świadomości, gapiostwa, myślenia o niebieskich migdałach. Pamiętam napięcie i uważność poświęconą każdemu alleluja, każdemu wersetowi, każdej antyfonie czy responsorium. Pamiętam spokój.

Identycznie to samo poczucie, choć dotyczące lat, mam teraz myśląc o naszym małżeństwie. Pamiętam świetnie początek, akademicką 9-tkę, na której otoczeni przez rodzinę i przyjaciół (z których kilkoro jest tu na blogach), zaśpiewaliśmy nasz Introit. No i jest ten punkt dzisiejszy, bynajmniej jeszcze nie koniec, w którym mówię sobie: „O to już? Już siedem lat? Nie zauważyłem“. A wiem dokładnie, co się w tym czasie stało, jak bardzo był on pełen błogosławionego napięcia i uwagi,  jak bardzo mnie, nas przemienił, jak naszą miłość utwierdził. I nie waham się nazwać go czasem świętym, a nawet zawłaszczyć dla jego określenia terminu liturgia. W nim bowiem zanika chrono-logia samotnego bezsensownego bycia-ku-śmierci, a życie zmienia się w podróż od kairosu do kairosu, od momentu, dobrego aby w nim przyjąć miłość, do momentu dobrego, aby w nim okazać miłość, od świętości słowa, do świętości ofiary.        

 

 

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.