Manufaktura mszalna

Dyskusje na temat reformy, formy i re-formy przypomniały mi o czymś, o czym chcialem napisać już dawno, a mianowicie o cudownym rozmnożeniu mszy w polskich kościołach, dla pożytku dusz, zwanego tajemniczo 'względami duszpasterskimi'.

W większości polskich kościołów*) w niedzielę odprawia się kilka mszy: w niektórych cztery, w innych nawet dziewięć. Od świtu do nocy, kiedy właściwie zacząć już można liturgicznie następny dzień. Wszystko po to, aby wierni, lubiący w niedzielę pospać, albo wyjechać na całodniowy piknik (połączony np. z grzybobraniem i ucztą z rydzów – przy okazji, jak wiadomo, rydze bez wódki są szalenie niezdrowe), nie mogli się potem tłumaczyć w konfesjonale, że opuścili mszę niedzielną, bo na nią nie zdążyli.

Dziewięć mszy. Dobrze, jeśli między jedną a drugą jest chociaż pół godziny przerwy. Gorzej, jeśli ksiądz musi binować (czyli odprawić dwie msze jednego dnia). Przeżycie pobożne jednej mszy to wielki wysiłek duchowy i fizyczny, jeśli ksiądz jest rzeczywiście pobożny. A jeśli traktuje niedzielne msze po prostu jako pracę, którą trzeba wykonać, usługę dla wiernych, po której można sobie posiedzieć przed telewizorem, bo do następnej mszy, wieczornej, mamy jeszcze kilka godzin? A co z organistą, zakrystianem? Oni mają mszę za mszą; czy nie wpadną w rutynę? „OK, jeszcze tylko dwie godziny i fajrant, idziemy na obiad”.

Czy można się potem dziwić, że celebracja takich taśmowo odprawianych mszy jest byle jaka? Przecież nie na każdej będą posługujący, czytania odczyta więc znudzony kapłan lub kościelny, organista zagra dwie zwrotki psalmu, bo ludzie i tak nie zaśpiewają… Ot, obowiązek niedzielny, który trzeba wypełnić, a jak – to już nie jest ważne.

A gdyby tak zamiast dziewięciu odprawiać tylko trzy msze? W skupieniu, bez pośpiechu, z posługującymi, z koncelebrą… Może dzięki temu i biedne dusze świeckie zrozumiałyby, że msza niedzielna to nie tylko obowiązek do wypełnienia, ale najważniejszy moment całego tygodnia?

*) Na tzw. Zachodzie mszy jest mniej. Oczywiście, zaraz podniosą się głosy, że Zachód zgniły i zlaicyzowany, więc tam nawet nie ma dla kogo odprawiać mszy. Ale są wspólnoty – i mogą to potwierdzić ci, który na owym Zachodzie bywają – w których ta jedna msza niedzielna sprawowana jest naprawdę pięknie i godnie, bez pośpiechu, i naprawdę jest przeżyciem duchowym dla jej uczestników.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.