Między estetyką a tabu

Rozmowa z dr Elżbietą Wiącek o plakacie festiwalu Misteria Paschalia

mpGranice dobrego smaku były również przekraczane w dawniejszych czasach, np. w tzw. Sacro Monte - przedstawieniach bardzo popularnych we Włoszech. Były to trójwymiarowe figury ze sztucznymi włosami, Chrystus miał w tych misteriach pasyjnych ruchome ręce, w jego boku była wykonana dziura, z której wylewała się czerwona farba. Jedno jest pewne, że nie można do końca powiedzieć, że tegoroczny plakat festiwalu jest wytworem wyłącznie naszych zepsutych czasów.

Czy plakat promujący Misteria Paschalia jest przedstawieniem uzasadnionym? 

Mamy obecnie do czynienia z estetyzacją wszystkich sfer życia, coraz większych obszarów rzeczywistości. Może to jest sposób, żeby trafić do większej liczby ludzi. Trudno powiedzieć, które rozwiązanie jest tu skuteczniejsze; czy większe są zagrożenia, czy szanse, na to, że ktoś, kto w pewnym momencie odrzucił duchowość chrześcijańską, ponownie zbliży się do religijnych treści. To nie jest do końca jasne…

Dla mnie również. Wiele osób jest nim zniesmaczonych.

Zacznę może od osobistego doświadczenia… Zapytałam mamę, która jest osobą bardzo religijną, nawet chyba ponad przeciętnie (jest członkiem neokatechumenatu), o jej reakcję na ten plakat. Była przerażona, mówiła, że bardzo oddziałuje i początkowo była zbulwersowana. Jednak po chwili przyznała, że pomyślała sobie: „No tak, ale przecież tak rzeczywiście było, przecież Chrystus był tak zmasakrowany, może nawet wyglądało to gorzej”. I mnie samą, mówię to może nieco obok historii z plakatem, w pewnym momencie zaczęło także intrygować to, że ludzie tak się przyzwyczaili do krzyża w wielu pomieszczeniach, że już w ogóle na niego nie reagują…

…że jest to element, który wtopił się i jest „gładki”, pozbawiony pierwotnych treści?

Tak, i zastanawiam się, czy to jest normalne i czy to dobre. Nie chodzi mi tu o samą obecność krzyża, tylko o to, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i czy przypadkiem takie traktowanie krzyża nie sprawiło, że po prostu spowszedniał.

W jednym z portali miejskich Krakowa została przeprowadzona ankieta, badająca reakcję krakowian na banner festiwalu Misteria Paschalia. “Najwięcej bo 34% głosujących było zdania, że plakat jest dobrym pomysłem, bo klasyczny odbiorca wie co to za festiwal, a chodzi o pobudzenie i zwrócenie uwagi pozostałych, z kolei 26% wprost przeciwnie – uważała, że taka promocja tylko oswaja przemoc, i wprowadza ją do codziennego życia”. W innych portalach spotkałam się już z surowszą oceną, że plakat jest bezsensowny i drastyczny…

Nie ulega wątpliwości, że jest drastyczny.

W pierwszym odruchu sięgnęłam do Matthiasa Grünewalda. Przed oczami mam odważne zbliżenie stóp, fragmentu jego ołtarza z Isenheim. Choć jest to inne medium, to gdyby przełożyć język Grünewalda na język fotografii, to otrzymalibyśmy może to samo, co na plakacie Roberta Wolańskiego.

I tak, i nie.

Zgadza się, bo malarstwo olejne jest samo w sobie innym medium, ponieważ kojarzy się powszechnie ze sztuką wysoką, a fotografia, może być uznawana za artystyczną, ale to i tak nie zmienia faktu, że tak wiele innych sfer zagarnęło fotografię dla siebie. Zwłaszcza magazyny kolorowe czy tabloidy. Sama fotografia reporterska wystawy World Press Photo potwornie żeruje na cierpieniu… 

Dobrze, że w rozmowie pojawił się Grünewald. Też o nim pomyślałam. I chyba to, co najbardziej mnie uderzyło, to nieadekwatność tego, jak i kogo ten plakat przedstawia w stosunku do Wielkiego Tygodnia. Jak Pani odbiera te zależności?

Będę w pewnym sensie bronić tego plakatu. Na moment wrócę jeszcze do Grünewalda: przy ogromnych zbliżeniach widać, że Chrystus jest najeżony drzazgami z drzewa. I chwilami widać też początkowe stadium rozkładu ciała, ten obraz według mnie jest jeszcze bardziej przerażający niż współczesna fotografia z plakatu… Może to jest odpowiednie miejsce, żeby nawiązać do Waltera Benjamina, do jego koncepcji aury. Benjamin mówił, że oryginał ma aurę i to mu nadaje wymiar sakralny, w tym wypadku chodzi o obraz olejny Grunewalda. A w fotografii nie funkcjonuje coś takiego jak oryginał, ona nie może być traktowana nigdy w sposób sakralny, nie może być przedmiotem czci, bo jest kopią z kopii. Samo medium jest więc tutaj bardzo istotne.

Zeszłoroczny plakat promujący Misteria Paschalia był inny, był czymś w rodzaju kolażu czy wyraźnej transpozycji figury, wywodzącej się z zachodniego malarstwa, do fotografii. 

Tak, to były widoczne odwołania ikonograficzne.

W tym roku zrezygnowano z tego i może to potęguje dystans między mną a tym przedstawieniem.

I to najlepiej oddaje to, że nie może ona być przedmiotem kultu.

Przejeżdżając autobusem obok bannera, w pierwszym odruchu łatwo go pomylić z reklamą nowego thrillera. Pozwolę sobie tu sięgnąć do książki Davida Freedberga, Potęga wizerunku, w której pisze on o tym, że historia sztuki właściwie zapomniała o pewnych zjawiskach, których nie uznaje za artystyczne. Do nich zalicza gatunek Sacro Monte, szczególnie popularny we Włoszech. Tam również granice dobrego smaku zostały przekroczone. Sacro Monte były trójwymiarowymi figurami ze sztucznymi włosami, Chrystus miał w tych misteriach pasyjnych ruchome ręce, w jego boku była wykonana dziura, z której wylewała się czerwona farba. A wszystko po to, żeby zrobić jak największe wrażenie na pielgrzymach. Jedno jest pewne, że nie można do końca powiedzieć, że tegoroczny plakat festiwalu jest wytworem wyłącznie naszych zepsutych czasów. Podobne jemu zjawiska zostały zepchnięte na margines sztuki, choć też były niezwykle popularnie przez wiele stuleci.

Rzeczywiście, do dzisiaj ludzie uczestniczą przecież w realistycznych Drogach Krzyżowych w Ameryce Południowej. Wydaje mi się jednak, że wciąż, zwłaszcza w samych chrześcijanach, wzbudza to kontrowersje. Taki „język”, wpuszczony w codzienne życie, wzbudza pytanie „po co”?

A może to jest jednak dobry zabieg? Przecież Chrystus wchodził w przestrzenie nie tylko sakralne i może nie byłoby dobrze robić czegoś w rodzaju duchowego getta… 

Czy mamy coś jeszcze na obronę wyboru takiego właśnie przestawienia?

Poszukuję odpowiedzi także w semiotyce reklamy. U Rolanda Barthesa zaintrygowała mnie jedna myśl z jego eseju Retoryka obrazu. Barthes uważa, że przekaz reklamowy charakteryzuje się najwyższym stopniem uporządkowania, wynikającym z chęci ułatwienia odbiorcy odczytania zamierzonego przesłania. To znaczy, że musi być czytelny i uporządkowany. Plakat Misteria Paschalia niewątpliwie taki jest, trudno uciec przed tym komunikatem. Barthes, pisząc o reklamie, wiąże ją z aspektem ekonomicznym, z dużym nakładem finansowym – jeśli reklama nie będzie uporządkowana, nie spełni swojego celu, poniesie finansowe fiasko. Umberto Eco z kolei, w Pejzażu semiotycznym mówi, że reklama tym łatwiej zwraca uwagę widza, im bardziej narusza przyjęte formy komunikacji i przyjęte systemy oczekiwań retorycznych. I tu również reklama spełniła takie wymogi, nawet za bardzo…

A gdybyśmy na chwilę wyłączyły naukową świadomość tych wszystkich semiotycznych aspektów, to jak plakat oddziałuje na Panią? 

To jest szok. Ten plakat jest szokiem. Zastanawiam się… Tak, on w ogóle szokuje, nawet jeśli nie widzę napisu „Misteria Paschalia”. Po pierwsze widać, że ten człowiek z plakatu jest ofiarą.

Wydarzyło się tu wyraźne zło i jako odbiorcy w pewien sposób emocjonalnie ponosimy konsekwencje tego. A jak Pani odczytuje obraz w tle? To Eden?

Dla mnie po prostu jest to świat.

Obraz człowieka w świecie?

Dla mnie ten pejzaż jest może nawet bardziej polski, kojarzy mi się z polskim krajobrazem górskim. Niewątpliwie jest tu jakaś przyroda, która budzi się do życia.

Nie jest niepokojący, dość pogodny.

No właśnie, i może właśnie o to chodziło. O zderzenie semiotyczne – tło idylliczne, a tu nagle: zakłócenie i dysonans.

Również dzięki temu zabiegowi Wolański przenosi punkt ciężkości na cierpiącego człowieka. Chyba zdejmuje to ciężar i uwagę z osoby Chrystusa, z jego cierpienia. Czyli de facto z tego, co jest w centrum najbliższych dni.

Myślę, że jest to cecha religijności współczesnej. Jestem właśnie po lekturze książki Szlendaka Supermarketyzacja. Religia i obyczaje seksualne młodzieży w kulturze konsumpcyjnej. Spotykamy się tam ze stwierdzeniem, że cechą religijności ponowoczesnej jest pytanie, co religia może mi dać. Co religia znaczy dla mnie, i to jest chyba odpowiedź na ogólną przemianę społeczno-kulturową.

W sztuce również mamy do czynienia z supermarketem kultury i z walką, brutalnie to nazwę, o klienta.

Chętnie zapytałabym jeszcze o tabu. Leszek Kołakowski mówił, że najbardziej niebezpieczną stroną współczesności jest zanik tabu. Że społeczności nie potrzebujące tabu są bliższe utopiom niż inne. Czy nie można powiedzieć, że skoro coś wyraźnie nas uwiera w tym plakacie, jest to znak, iż wciąż potrzebujemy tabu?

W tym przypadku tematem tabu jest nawet nie samo ubiczowanie i brzydota umierającego Chrystusa, a po prostu cierpienie człowieka. Nasz świat jest w dużej mierze pozbawiony cierpienia, cierpienie jest usunięte z naszych ulic. A tu nagle taki plakat. A jak Pani myśli, gdyby na tym plakacie mężczyzna miał brodę i wąsy, jak by kojarzyła się ta ikonografia?

Gdyby kojarzył się z Chrystusem bezpośrednio?

Tak, jakby stał cały nagi, ale miał długie włosy, brodę, wąsy?

Wydaje mi się, że odbieralibyśmy to lżej.

No właśnie, też tak sądzę. Czyli jest to raczej kwestia konwencji. Tu pojawia się pytanie, czy konwencja jest tabu. W pewnym mome­ncie­­­­­­­­­­­­­­­ dotarło do mnie, że to przedstawienie budzi takie emocje, dlatego że mężczyzna z plakatu ma ogoloną czaszkę. Że właściwie tu nie chodzi o jego krew, o liczne rany, ale o to, że to jest nie ta konwencja. Czyli znowu semiotyka. Wystarczy zabrać trzy znaki, a włącza się inna retoryka, powstaje inny kod, pewne zaburzenie oczekiwań.

Każda wspólnota wytwarza kod własnych oczekiwań, to pozwala się odróżnić, postawić innym wyraźne granice.

Tak, wyraźne są różnice nawet w obrębie chrześcijańskiej Europy. W Polsce na przykład nie doklejamy posągowi Matki Boskiej rzęs czy sztucznych łez, tak jak to ma miejsce w Hiszpanii…

U Hegla znajdziemy rozważania na temat skomplikowania pojęć piękna i brzydoty poprzez postawienie Boga w sytuacji, w której nie jest piękny. Średniowiecze jest dla mnie przełomową epoką pod wzglądem podejścia do kwestii brzydoty. Św. Bonawentura zastanawiał się na przykład, czy dobrze namalowany diabeł jest piękny i twierdził, że tak, że to jest po prostu dobry obraz, gdyż spełnia swoją funkcję… Średniowiecze dowartościowało materię, żeby oprzeć się gnostyckim tendencjom. To dowartościowanie i doszukanie się dobra we wszystkim, nawet tym, co piękne nie było, wynikało z przekonania, że każdy element we wszechświecie posiada swój sens i cel istnienia.

Próbując doszukać się czegoś pozytywnego i w tym przedstawieniu, zaglądam do tegorocznego repertuaru festiwalu. Usłyszymy mi.in.: Membra Jesu nostri Dietricha Buxtehudego, dzieło poświęcone Męce Pańskiej, opisujące ją w sposób niemal mistyczny: poprzez kontemplację ran zadanych ukrzyżowanemu Chrystusowi – od stóp aż po Jego twarz”. Może chociaż to nieco tłumaczy koncepcję plakatu.

Rozmawiała: Małgorzata Gadomska

Opracowanie: Anna Ustarbowska

Dr Elżbieta Wiącek jest wykładowcą w Zakładzie Socjologii i Semiotyki Kultury Katedry Kulturoznawstwa Międzynarodowego UJ. 

Cały plakat można zobaczyć na stronie festiwalu.

 

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.