Miejsce znajome od zawsze, choć nigdy wcześniej niewidziane

Już prawie dwa miesiące szukałem czasu, żeby dokonać tego wpisu i podzielić się zupełnie niesamowitym doświadczeniem pobytu w Ośrodku Formacji Liturgicznej w Zawichoście, założonym i prowadzonym przez Siostry Jadwiżanki. Początkiem lipca spędziłem tam 8 dni.

I choć pozornie Zawichost nie może pochwalić się niczym specjalnym i jest miejscem z pozoru zupełnie nieatrakcyjnym, gdyż jest to mała mieścina, żeby nie powiedzieć wioska, w której nie ma perspektywy na cokolwiek, ubóstwo aż piszczy, a serialowa ławeczka przy sklepie, na której zasiadają wiejscy mędrcy od rana do późnych godzin nocnych jest zajęta, to jednak odnalazłem tam „coś”, ponad co nie przełożyłbym błękitu oceanu czy piaszczystych plaż, nawet i na drugim końcu świata. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o bardzo dobre warunki mieszkalne, jakie oferuje ośrodek Sióstr Jadwiżanek. Nawet nie myślę tu o niezwykłej kuchni, gdzie na każdy posiłek przychodziłem najedzony po poprzednim. I nawet nie chodzi o ciszę i spokój, których tam miałem pod dostatkiem do czytania, pisania i ogólnie pojętej pracy i odpoczynku zarazem. To wszystko można znaleźć gdzie indziej, choć nie przeczę, że te „szczegóły” również wpływają i mają ogromne znaczenia dla całokształtu moich doznań.

To moje doświadczenie pobytu w tej małej miejscowości położonej kilkanaście kilometrów od przepięknego Sandomierza, jest bardzo trudno ująć w słowa i wypowiedzieć. Z pomocą przychodzi mi tu kanadyjski pisarz, Michael D. O’Obrien, który w jednej ze swoich kapitalnych powieści wyrażając zachwyt doświadczenia Asyża, opisuje myśli głównego bohatera książki, Ojca Eliasza, w takich słowach:

„Poszedł do kaplicy i uklęknął przed tabernakulum. Spokój, który odczuł, był innego rodzaju niż ten na górze Karmel czy w Rzymie. Był nasycony charyzmą tego niezwykłego sanktuarium, którego głębi nie można by opisać, nie uciekając się do metafor. To był dym kadzidła zawieszony w powietrzu, jak przywrócona niewinność pod długim czasie skorumpowania. Jak oblubienica śpiewając a o zmierzchu. Jak oda do piękności, która była pięknem samym w sobie, ucieleśniająca to piękno i próbująca uchronić się od szaleństwa mówienia o pięknie. Asyż był czymś właśnie takim. Czymś znajomym od zawsze, choć nigdy wcześniej niewidzianym. Czymś zauważalnym już z daleka, jak powiew wiatru z Ziemi Obiecanej, który witał przybyszów powracających z egipskiej niewoli. To bez wątpienia była radość. Jednak radość, jakiej dotąd nie doświadczył. Radość, której zupełnie się nie spodziewał w tym trudnym czasie ciemności. Radość kryjąca tajemnicę. Nie mógł znaleźć słów, którymi można byłoby ją wyrazić” (Ojciec Eliasz. Czas apokalipsy, s. 87).

Taki właśnie był Zawichost. Nie sposób o doświadczeniu tych ośmiu dni pisać inaczej jak właśnie w metaforach, z całym przekonaniem, że to czas doświadczenia radości kryjącej tajemnicę – tajemnicę samego Boga.

Kościół – ponad 700 lat modlitwy, XIII-wieczna prostota niczym nie „upiększonego”, a tym samym niczym nie zniszczonego gotyku. Sama cegła, kilka witraży, skąpe światło słoneczne wpadające do wnętrza kościoła i rozrywające „potęgę” ciemności . Kamienny ołtarz, kamienna ambona – proste formy. Tabernakulum i realnie obecny w tej prostocie, w tym pięknie, w tej ciszy kościoła, Pan. To wystarcza – to jest właśnie to nobilis pulchritudo, którego chciał Sobór. Przynajmniej ja to tak odbierałem.

I co najważniejsze. W tym kościele liturgia trwa. Trwa w rytmie modlitwy Kościoła – godzina czytań, jutrznia… nieszpory, kompleta. Trwa w Eucharystii i adoracji Najświętszego Sakramentu. W tę rzeczywistość modlitwy Kościoła, modlitwy tych sióstr się wchodzi. Tam liturgii się nie tworzy. Tam się nie organizuje niejako „sztucznie” przestrzeni dla pięknej liturgii na kilka dni. Tam to jest. W ten spokój, w to błogosławionego marnowanie, w hojne udzielanie czasu i sił, bez patrzenia na zegarek, bez konieczności ucieczki do innych, ważniejszych obowiązków. Wchodzi się we wspólnotę, która jest przekonana, że w dniu dzisiejszym nie ma nic ważniejszego jak włączyć się w modlitwę Chrystusa w liturgii Godzin i Eucharystii. Tam świat żyje swoim własnym rytmem, takim w jakim stworzył go Pan. Dla mnie zawsze zachwycający jest biblijny opis stworzenia pochodzący z tradycji kapłańskiej, w którym stworzenie świata zostało ukazane jako czynność na wskroś kultyczna/liturgiczna. Jest tam rytm, jest harmonia, są symbole i jest odpoczynek szabatu. Bóg celebrował liturgię stworzenia świata i teraz świat jest sobą, o ile serce świata bije w rytmie liturgii i liturgicznych celebracji. I wtedy właśnie Zawichost stał się dla mnie centrum świata, tym kosmicznym punktem, w którym świat był sobą, w którym świat był już u Pana – to nadzwyczajne doświadczenie pokoju i radości wymykające się jakiemukolwiek opisowi i porównywaniu do jakiegokolwiek doświadczenia. Ta radość i ten pokój był inny – to może jest ten przedsmak nieba, o którym mówi soborowa konstytucja?

Ostatnio gdzieś przeczytałem, chyba u Charlesa Martina, ale nie chcę skłamać, że piękne miejsca są piękne tylko ze względu na piękno ludzi, których się tam spotyka. I to jest kolejny wymiar „doświadczenia” ośrodka formacji liturgicznej. Piękno człowieczeństwa, piękno życia zakonnego, piękno świadectwa modlitwy i wiary, ciszy i rozmowy, piękno posługi i rozrywki, które spotkałem u mieszkających i posługujących tam sióstr. Miał rację ów autor – miejsca są piękne, ze względu na piękno ludzi, których się tam spotyka.

I bynajmniej nie chciałem w tym wpisie beatyfikować sióstr i ogłosić Zawichost religijnym centrum świata. Chciałem podzielić się jedynie rąbkiem tajemnicy, w którą wszedłem początkiem lipca tego roku. To wtedy po raz pierwszy w życiu doświadczyłem tak niezwykle realnie, co to znaczy, że świat kręcie się w rytmie celebrowanej liturgii i co to znaczy, że liturgia jest naszym domem. Wtedy naprawdę czułem się jak w domu, ale w przekonaniu, że to nie ten ziemski i przemijający dom, ale że to ten Dom ostateczny, Dom pełni pokoju, harmonii i radości, Dom w którym najważniejszy jest Bóg i oddawanie Mu chwały, bycie wraz Nim… tak jak w Ośrodku Formacji Liturgicznych w Zawichoście najważniejszy był Bóg, i liturgia oddawania Mu chwały i bycia razem z Nim…

Zawichost był czymś znajomym od zawsze, choć nigdy wcześniej niewidzianym. Czymś zauważalnym już z daleka, jak powiew wiatru z Ziemi Obiecanej, który witał przybyszów powracających z egipskiej niewoli. Był przedsionkiem Nieba, za którym tęsknotę noszę w sercu cały czas…

http://zawichost.jadwizanki.pl/


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Ks. Krzysztof Porosło

Ks. Krzysztof Porosło na Liturgia.pl

Ur. 1988, doktorant na Uniwersytecie Nawarry w Pampelunie (Hiszpania), gdzie przygotowuje pracę nt. pneumatologii Mszału hiszpańsko-mozarabskiego. Pomysłodawca i współorganizator rekolekcji liturgicznych „Mysterium fascinans”. Obszary badań: teologia liturgiczna, relacja między teologią dogmatyczną i liturgią, liturgia hiszpańsko-mozarabska, katecheza mistagogiczna. Napisał i zredagował kilkanaście książek, w tym ostatnio: Liturgia Jezusa Chrystusa (Kraków 2015); Przyjdź, Panie Jezu! Chrystus w tajemnicach roku liturgicznego (Kraków 2016, t. 1); Duchowość kształtowana przez liturgię (Kraków 2017, red.), Święta codzienność. O liturgii przemieniającej życie (Kraków...