„Miłość przybrała kształt piękna”

Dziś po raz kolejny, choć – rzecz jasna – w zupełnie innym wymiarze, Pan wysłuchał modlitwy o deszcz. Niebiosa otworzyły się i „na ten świat Miłość zstąpiła z miłości, a przybrała kształt piękna” (S. Weil).

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu / nie należy zaniedbywać nauki o pięknie. (Z. Herbert)

1. Wędrówka

Pierwsze krople deszczu, ciężkie jak kamienie, wtopiły się bez śladu w gruby kożuch kurzu. Dopiero po chwili powietrze zapachniało ożywczą wilgocią. Mężczyźni wybiegali z czajchan i kramów i z podniesionymi głowami poddawali się ulewie. W Daszt–e Ghala był to pierwszy deszcz od dwóch lat(…). W Kabulu spadł pierwszy od lat śnieg. (…)

Dla tysięcy koczowników, przykutych do miejsca przez wojnę i suszę, deszcze, które zrosiły skamieniałą ziemię, były sygnałem do wyruszenia w drogę. Póki starczało im pastwisk i wodopojów, nie dbali o to, kto i w jaki sposób rządzi Afganistanem. Wznosili modły tylko o deszcz, który zapewniał im życie i wolność. Jeśli padał, obojętne im były dziejowe katastrofy, rewolucje i polityczne zawieruchy. Wciąż wędrując w wielbłądzich karawanach ze swoimi stadami, zdawali się nie zwracać na nie najmniejszej uwagi. Istnieli w innej rzeczywistości, w innym wymiarze. Nie uznawali niczyjej władzy, żadnych granic, nie podlegali niczyjej kontroli[1] .

Dziś po raz kolejny, choć – rzecz jasna – w zupełnie innym wymiarze, Pan wysłuchał modlitwy o deszcz. Niebiosa otworzyły się i na ten świat Miłość zstąpiła z miłości, a przybrała kształt piękna[2] . Jej ciche, ledwo zauważalne przybycie zbudziło ze snu całe Stworzenie, wzywając do wyruszenia w nieznane, w poszukiwaniu betlejemskiej stajni: Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija ludy, a ponad tobą jaśnieje Pan, i Jego chwała jawi się nad tobą. I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu. (…) Zaleje cię mnogość wielbłądów – dromadery z Madianu i z Efy. Wszyscy oni przybędą z Saby, zaofiarują złoto i kadzidło, nucąc radośnie hymny na cześć Pana[3] . [il. Hołd Trzech Króli, Benozzo Gozzoli]

My także jesteśmy zaproszeni do podobnej podróży. Może się ona wydawać trudniejsza, bardziej „abstrakcyjna” niż ta, którą odbyli ludzie współcześni Jezusowi. Możemy przez moment pozazdrościć pasterzom, którym aniołowie zwiastowali Dobrą Nowinę, mędrcom, których do miasta Dawidowego doprowadziła wschodząca gwiazda, czy nawet uczonym w Piśmie, którym miejsce narodzenia Mesjasza wskazał tekst proroctwa Micheasza. Ale przecież znaki, które otrzymali – Słowo i Światło – są dane także nam! Bóg przemawia przez nie do ludzi wszystkich czasów.

Wydaje się, że łatwiej przybliżyć się do tajemnicy Słowa, gdyż jest ono bardziej konkretne niż nieuchwytny blask. Rozumiemy, iż Słowo jest początkiem wszelkiego istnienia, że prowadzi do poznania Tego, który Sam jest Słowem. Podobnie rzecz ma się ze Światłem. Ono także jest początkiem. Oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi, prowadząc do poznania Pana. Bóg sam wielokrotnie objawia się poprzez blask – w świetlistym obłoku, tęczy, krzewie gorejącym, na szczycie Taboru, w chwale Zmartwychwstania – by ostatecznie wypełnić Swą jasnością Niebieskie Jeruzalem. Jego mieszkańcom nie potrzeba lampy ani światła słońca, bo Pan Bóg będzie świecił nad nimi[4] . Czy jednak powyższe przykłady nie są wyłącznie zabawą językiem, żonglowaniem obrazami? Czym jest to boskie światło?

Czy jest to tylko sugestywna metafora, czy też obrazowi temu odpowiada jakaś rzeczywistość? Apostoł Jan pisze w swym Pierwszym Liście: „Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności”; a nieco dalej dodaje: „Bóg jest miłością”. Te dwa stwierdzenia, zestawione razem, pozwalają nam lepiej zrozumieć, że światło, które zajaśniało w Boże Narodzenie, a dzisiaj ukazuje się narodom, to miłość Boża objawiona w Osobie wcielonego Słowa. To światło przyciągnęło Mędrców przybyłych ze Wschodu. Tak więc w tajemnicy Objawienia Pańskiego oprócz promieniowania na zewnątrz występuje przyciąganie ku centrum, będące wypełnieniem dynamiki zapisanej już w dawnym Przymierzu. Źródłem tej dynamiki jest Bóg – Jedyny w istocie i w trzech Osobach – który wszystko i wszystkich przyciąga do siebie. Wcielona Osoba Słowa objawia się jako zasada pojednania i zjednoczenia wszystkiego. Chrystus jest ostatecznym celem dziejów (…)[5] . W Nim ma swój początek i ku Niemu zmierza całe Stworzenie.

.

Znakiem dla nas jest zatem przede wszystkim upokorzenie się Boga, który najgłębsze dramaty człowieka – poczucie braku „własnego miejsca”, poranienie grzechem i nigdy nie zaspokojone pragnienie miłości – czyni częścią Swojego życia. Wskazuje drogę nadającą sens naszemu codziennemu zmaganiu, Sam stając się Drogą. Drogą, która wiedzie poprzez szczyt uniżenia się Wszechmogącego – Golgotę. Tam Piękno zostaje ukrzyżowane wraz z Miłością. Najpiękniejszy z synów ludzkich, Tego, którego szaty pachną mirrą i aloesem ogołocony jest ze wszystkiego co miał i Kim był:

(…) Nieludzko został oszpecony Jego wygląd / i postać Jego była niepodobna do ludzi (…). / Nie miał On wdzięku ani też blasku, / aby na Niego popatrzeć, / ani wyglądu, by się nam podobał. / Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, / Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, / jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, / wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. (…) / Lecz on był przebity za nasze grzechy, / zdruzgotany za nasze winy. / Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, / a w Jego ranach jest nasze zdrowie[7] .

Na szczycie Golgoty Światło i Pełnia pozwalają całkowicie pochłonąć się ciemności i nicości. Krzyk Nowonarodzonego, przeszywający ciszę betlejemskiej nocy, znajduje swe dopełnienie w dramatycznym wołaniu Przybitego do krzyża: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Wołanie to pozostaje bez odpowiedzi. Ojciec widzi cały strach Syna. Musi opuścić Go w Jego samotnym cierpieniu. Strach Syna dotyka Go, ale – by pozwolić wydoskonalić się temu strachowi – sam musi się całkowicie wycofać. (…) Ma pełny udział w tym strachu, tyle, że Synowi nie wolno tego odczuć. I cała noc, w której Syn schodzi coraz głębiej jest nocą dopuszczoną i zadaną przez Ojca, nocą Ojca[8] . Tej nocy Bóg ukrył się przed samym Sobą. Ojciec jest Miłością, która krzyżuje. Syn jest Miłością ukrzyżowaną, Duch Święty jest niezwyciężoną mocą Krzyża[9] . Taki obraz Trójcy jest odpowiedzią na pytanie jednego z bohaterów Idioty Fiodora Dostojewskiego, Hipolita: Panowie (…) książę twierdzi, że świat będzie zbawiony przez piękno! (…) Jakież to piękno ma zbawić świat?[10] [il. Tron Łaski, Albrecht Dürer]

3. Muzyka sfer

Fiodor Dostojewski w swoich przekonaniach nigdy nie traktował piękna oddzielnie od dobra i prawdy. I miał słuszność, bowiem ta trójca żyje tylko poprzez swój związek. Dobro oddzielone od prawdy i piękna, jest jedynie nieokreślonym uczuciem, bezsilnym porywem, abstrakcyjna prawda stanowi puste słowo, a piękno bez dobra i prawdy jest bożkiem samym dla siebie. (…) Prawda jest to dobro pomyślane przez ludzki rozum; piękno jest tym samym dobrem i tą samą prawdą, wcielone w żywą, konkretną formę. I jego pełne wcielenie – już we wszystko – jest kresem i celem, i doskonałością. Oto dlaczego Dostojewski mówił, że piękno zbawi świat[11] .

Piękno oddzielone od dobra i prawdy jest kiczem. Piękno nie będące kształtem miłości jest martwe. Piękno, nad którym można zapanować jest ułudą. Prawdę tę poznajemy już jako dzieci – pisał o niej Hans Christian Andersen w pięknej baśni o słowiku. Bohater tej historii, mały, niepozorny ptaszek, mieszkał w ogrodzie cesarza Chin, a jego umiejętności wokalne znane były w całym państwie. Pewnego dnia cesarz zapragnął mieć słowika na własność. Uczynił go swoim dworzaninem, zamknął w złotej klatce i więził w pałacu dopóty, dopóki nie otrzymał w prezencie sztucznego słowika. Wtedy żywego, brzydkiego ptaszka wygnano z kraju, gdyż nowy był podobny do prawdziwego, ale cały wysadzany brylantami, rubinami i szafirami; wystarczyło go nakręcić, a śpiewał te same piosenki, co żywy ptak (…). Śpiew jego podobał się równie jak śpiew prawdziwego słowika, a on sam o ileż piękniej wyglądał. (…) Ale ubodzy rybacy, którzy słyszeli prawdziwego słowika mówili: „To brzmi pięknie i nawet podobnie do tamtego, ale czegoś tu brak, nie wiemy tylko czego”. Po kilku latach cesarz poważnie zachorował; wiedział, że przed śmiercią może ocalić go tylko muzyka. Próbował uruchomić sztucznego słowika ale ptak milczał; nie było nikogo, kto by go nakręcił, a on sam nie umiał przecież śpiewać; śmierć tymczasem spoglądała na cesarza wielkimi, pustymi oczodołami i było cicho, tak przeraźliwie cicho. Nagle tuż za oknem zabrzmiał najpiękniejszy głos: mały, żywy słowik usiadł na gałązce za oknem. Dowiedział się o tym, że jego cesarz potrzebuje pomocy, i przyleciał, by mu śpiewem dodać otuchy i nadziei (…). Zaśpiewał, a cesarz pogrążył się w słodką drzemkę. Słońce świeciło przez okno, gdy obudził się zdrów i pełen sił [12] . [il. Pigmalion i Galatea, Louis Gauffier]

Prawdziwe piękno ma moc budzenia ze snu, przywracania do życia, bowiem samo jest życiem. Piękno usprawiedliwia byt (…) usprawiedliwia także istnienie tego, który je ogląda[13] : Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy (…)”.

Piękno, przejawia się poprzez piękno Stworzenia, objawia się w sposób prosty, a jednocześnie niepojęty w zadziwiającym porządku Wszechświata. Już starożytni usiłowali wyjaśniać go za pomocą filozoficznych i naukowych dociekań. Pitagorejczycy doszli do pewnej szczególnej teorii, w której łączyły się ich spekulacje z ich badaniami naukowymi. Ustaliwszy mianowicie, że przyczyną dźwięków jest ruch, twierdzili, że również i sfery gwiezdne, krążące dookoła środka świata, ruchem swym wydają dźwięk. Dźwięk ten jest harmonijny, ponieważ odległości sfer tworzą harmonijną proporcję: musi więc dźwięczeć w przestworzach muzyka sfer, symfonia świata, której nie słyszymy tylko dlatego, że działa stale i równomiernie. Dawali tym twierdzeniem wyraz swemu przekonaniu o doskonałej harmonijności świata[14] .

Boskie piękno może także objawić się w geniuszu artysty. Człowiek ma prawo, a nawet obowiązek przyjąć rolę demiurga, kontynuując Boskie dzieło kreacji. Jednakże działanie artysty, podobnie jak praca naukowca czy filozofa, polega nie tyle na tworzeniu, co odkrywaniu, czerpaniu (czasem nieuświadomionym) ze źródła nieskończonego piękna. [il. Orfeus, Sebastian Vrancx]

Katastroficzne proroctwo Witkacego zaczyna się spełniać. Zdeprecjonowaliśmy religię, określając ją mianem opium dla ludu, filozofię, nazywając ją dziwactwem i sztukę, uważając ją za pretensjonalną rozrywkę dla elit. (Religię ukryliśmy pod pozorem płytkiej „duchowości”, filozofię zastąpiliśmy poprawnością polityczną, teoriami względności, sztukę – kiczem.) Nie chcemy już wierzyć, że to właśnie religia, filozofia i sztuka – kategorie, które zostały uznane za nieużyteczne i bezwartościowe, a w związku z tym zepchnięte na margines naszej codzienności – czynią nas ludźmi niezależnymi, świadomymi i pewnymi siebie. Zapomnieliśmy, że Wiara, Mądrość i Piękno dają siłę, by być sobą, mimo, iż oznacza to bycie innym. Zapomnieliśmy, że to zdolność kontemplacji, samodzielnego myślenia i wrażliwość na piękno pomagają w dokonywaniu wolnych, dobrych wyborów. Że czynią nasze życie lepszym…

Kiedy chcę poprawić sobie nastrój i spędzić przyjemnie czas, idę na ulicę Ferdousi, przy której pan Ferdousi prowadzi sprzedaż perskich dywanów. Pan Ferdousi, który całe życie spędził obcując ze sztuką i pięknem, patrzy na otaczającą go rzeczywistość jak na drugorzędny film w tanim i zaśmieconym kinie. Wszystko jest kwestią smaku, mówi mi, najważniejsza rzecz, proszę pana – trzeba mieć smak. Świat wyglądałby inaczej, gdyby trochę więcej ludzi miało odrobinę więcej smaku. Wszystkie okropności (bo nazywa to okropnościami), takie jak kłamstwo, zdrada, złodziejstwo, donosicielstwo, sprowadza do wspólnego mianownika – takie rzeczy robią ludzie, którzy nie mają smaku. (…) Musi pan pamiętać, mówi mi rozwijając kolejny dywan (którego wie, że nie kupię, ale chciałby abym nacieszył nim oko), że to, co Persom pozwoliło pozostać Persami przez dwa i pół tysiąca lat, to, co pozwoliło nam pozostać sobą, mimo tylu wojen, inwazji i okupacji, to była nasza siła duchowa, a nie materialna, nasza poezja, a nie technika, nasza religia, a nie fabryki. Co myśmy dali światu? Myśmy dali poezję, miniaturę i dywan. Jak pan widzi, z wytwórczego punktu widzenia same bezużyteczne rzeczy. Ale właśnie w tym wyraziliśmy siebie. Myśmy dali światu tę cudowną, niepowtarzalną bezużyteczność. To, co daliśmy światu, nie polegało na ułatwianiu życia, tylko na jego ozdabianiu, oczywiście, o ile takie rozróżnienie ma sens. Bo na przykład dywan jest dla nas potrzebą życia. Pan rozkłada dywan na strasznej, spalonej pustyni, kładzie się na nim i czuje, że leży na zielonej łące. Tak, nasze dywany przypominają kwitnące łąki. Pan widzi kwiaty, widzi ogród, sadzawkę i fontannę. Między krzewami przechadzają się pawie. A dywan to trwała rzecz, dobry dywan zachowa kolor na wieki. I w ten sposób, żyjąc w nagiej i monotonnej pustyni, pan żyje jak w ogrodzie, który jest wieczny, który nie traci barwy ni świeżości. A jeszcze można sobie wyobrazić, że ten ogród pachnie, można usłyszeć szum strumienia i śpiew ptaków. I wtedy pan czuje się dobrze, pan czuje się wyróżniony, pan jest blisko nieba, pan jest poetą[15] .

 

[1] W. Jagielski, Modlitwa o deszcz, Warszawa 2005, s. 445–446.

[2] S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, Warszawa 1999, s. 227.

[3] Iz 60, 1–3; 6.

[4] Ap 22, 5.

[5] Benedykt XVI, Chrystus objawia się wszystkim narodom – homilia na uroczystość Objawienia Pańskiego.

[6] Ibidem.

[7] Iz, 52, 14; 53, 2–3; 53, 5

[8] A. von Speyr, Gebert der Kirche, s. 117, cyt. za: E. Guerriero, Hans Urs von Balthasar. Monografia, Kraków 2004, s. 138.

[9] P. Evdokimov, Sztuka ikony. Teologia piękna, Warszawa 1999, s. 255.

[10] F. Dostojewski, Idiota, Warszawa 1961, s. 430.

[11] Władimir Sołowiow, cyt. za: D. Jastrząb, Dostojewski o pięknie, „Życie duchowe”, 35, 2003.

[12] H. Ch. Andersen, Słowik, [w:] Baśnie, Warszawa 1989, s. 73–82.

[13] K. Grzywocz, Doświadczenie piękna.

[14] W. Tatarkiewicz, Historia filozofii, t. 1, Warszawa 2009, s. 63–64.

[15] R. Kapuściński, Szachinszach, Warszawa 2005, s. 162–163.

 

Zobacz także