Moc przyciągania do Chrystusa

Wszystko zaczęło się w wieku 4 lat. Byłem dość niesfornym dzieckiem i trudno było mi przez całą godzinę stać na Mszy przy rodzicach w jednym miejscu. Biegałem po kościele z kąta w kąt. Podobno, bo sam tego nie pamiętam, lubiłem siadywać w konfesjonale i gdy księża przychodzili spowiadać przepraszali mnie pytając, czy oni mogą teraz trochę usiąść. Mój proboszcz wpadł na pomysł, abym został ministrantem.

Zabrzmi to śmiesznie, ale z chwilą założenia komży to dziecięce nieuporządkowanie odeszło. Pamiętam, że jako mały chłopak poczułem się wyróżniony tym, że mogę służyć i jestem „na widoku”. Chyba pod koniec podstawówki zacząłem zastanawiać się, co oznaczają te wszystkie symbole i gesty, które wykonuje kapłan. Dlaczego w tym momencie wykonuje takie, a nie inne czynności. Właśnie wtedy czytałem pierwsze książki dotyczące liturgii i jej przeżywania. Zadawałem księżom różne pytania. Teraz wiem, że nie pierwszy i nie ostatni przeszedłem taką drogę, jako młody chłopak będący ministrantem. Po dziś dzień, walczę jednak z pewną nabytą przez te lata mentalnością. Mam na myśli tzw. „formację musztry liturgicznej”. Przez to sformułowanie rozumiem pewien sposób myślenia i działania, który ogranicza liturgię do teatru, a jej uczestników do roli aktorów. Z doświadczenia wiem, że zafascynowanie liturgią najczęściej rozpoczyna się właśnie od obserwacji tego, co widoczne gołym okiem. Często niestety kończy się na spaczeniu, które Jezus w ewangelii określił „dbaniem o zewnętrzną stronę misy”. Nie mówię, że dbałość o to, co nazywamy ars celebrandi (sztuką celebrowania) jest złe, wręcz przeciwnie jest bardzo potrzebne. Nie można się jednak zatrzymywać tylko na tym, gdyż sprawowanie liturgii nie może być pustym odbębnieniem jakiegoś rytuału. Wieloletnie powtarzanie takiego schematu, także w formowaniu przyszłych kapłanów, doprowadziło pośrednio do obecnego, niestety dość marnego, stanu postrzegania liturgii przez wielu ludzi. Dziś przeciętny polski katolik zapytany o to, czym jest według niego liturgia, po chwili niezręcznego milczenia odpowiedziałby pewnie: „Chodzi o Mszę świętą, różaniec itd.?!” Gdyby z kolei zadać podobne pytanie przeciętnemu polskiemu księdzu, w odpowiedzi otrzymalibyśmy pewnie mało zrozumiały dla prostego człowieka „teologiczny bełkot”.

Być może czyimś zdaniem przedstawiam rzeczywistość w sposób nazbyt pesymistyczny. Chcę dodać, że sytuacja bez wątpienia ulega poprawie. Na szczęście jest coraz więcej wierzących, którzy próbują dotrzeć do głębi; poszukują jej, zadając sobie pytania, uczestnicząc w formacji różnych wspólnot. Powstaje jednak pytanie, co dzieje się z ogromną większością, która z takich, a nie innych powodów nie dociera, czy nawet nie ma możliwości usłyszeć, że jest coś więcej. Tacy ludzie najczęściej zwracają uwagę w niedzielnej Eucharystii na kazanie. Tak dochodzimy do problemu katechezy liturgicznej, której poza nielicznymi wyjątkami, nie ma się co oszukiwać, zwyczajnie nie ma w polskich kościołach. Bardzo rzadko można usłyszeć kapłana tłumaczącego w czasie kazania, w chociażby kilku prostych, ale jednocześnie porywających serca zdaniach, czym jest to tajemniczo brzmiące Misterium paschalne, kerygmat, czy Sakrament.

Celem, który sobie wyznaczyłem w pisaniu tego bloga nie jest prowadzenie naukowych rozważań czy też podawnie formuł, mówiących wprost czym jest Liturgia. Tak naprawdę trudno znaleźć na to pytanie prostą odpowiedź. Tym co szczególnie pociąga mnie w liturgii jest przenoszenie jej na codzienne życie. Doświadczyłem tego, że liturgia ma w sobie moc przyciągania do Chrystusa. Poszukiwania są czasem trudne, a droga kręta, ale nadziei w czasie wędrówki powinna dodawać nam wiara na uczestnictwo w obiecanej nam przez Boga liturgii niebiańskiej.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także