Może się do tego nieprawidłowo zabieramy czyli o zagubionym wzorcu liturgicznym

Na czwartym roku studiów chodziłem na zajęcia z filozofii człowieka. Kurs kończył się pracą zaliczeniową. Jako że byłem wtedy palaczem, który z różnych powodów musiał zacząć rewidować swoje upodobanie do własnego nałogu (bo wbrew temu, co sądzą ci, którzy nigdy papierosa w ustach nie mieli, palenie jest bardzo przyjemne) postanowiłem pobawić się w autohermeneutę i napisałem tekst o nałogu z punktu widzenia koncepcji wolności jako odpowiedzialności (w rozumieniu Jacka Filka).

Wykładowca (znakomity zresztą), prof. Marek Drwięga, kiedy oddawał mi pracę pokiwał głową i rzucił z charakterystyczną dla siebie łagodną ironią: "Dałem panu bardzo dobry, ale rzeczy to pan połączył dziwne…".

Teraz też chcę połączyć dziwne rzeczy. Zagubiony wzorzec liturgiczny, o którym mowa w tytule to praktyka niedopuszczania profanów (włącznie z katechumenami) do uczestnictwa w rzeczach najświętszych, w tajemnicach wymagających pełnego wtajemniczenia. Są one dostępne tylko dla uprzywilejowanych. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie myśl, że znaczenie czy wartość tego zarzuconego bardzo dawno wzorca nie zamyka się tylko do sytuacji liturgicznych, ale da się (czy też wręcz powinno się) go stosować również w odniesieniu do innych aspektów życia chrześcijańskiego. Bardzo konkretnie myślę tu o katolickiej koncepcji małżeństwa i etyce seksualnej.

Brzmi to może dziwnie i paradoksalnie, zwłaszcza że jesteśmy chyba przyzwyczajeni do tego, że podejmuje się szeroko zakrojone wysiłki w kierunku propagacji tych koncepcji jako najwłaściwszych dla człowieka w ogóle, ukazania ich jako obiektywnie najlepszych, takich, które powinny obowiązywać wszystkich. (Drugą stroną tych wysiłków jest płynąca z ambon i listów pasterskich jeremiada na temat upadku wartości i obyczajów, sekularyzacji i tego, że ludzie nie chcą żyć "po Bożemu"). Gdzie tu więc zmieścić ten "elitaryzm"?

Otóż chodzi mi przede wszystkim o zmianę naszego, katolickiego myślenia o tych rzeczywistościach. Niech ktoś mnie poprawi jeśli się mylę, ale w moim odczuciu w oficjalnym dyskursie (i różnych jego katechetyczno-kaznodziejskich odgałęzieniach) rzadko jeśli w ogóle pojawia się myśl, że przyjmowanie w całości katolickiej nauki o małżeństwie i etyce seksualnej i życie nią jest przede wszystkim PRZYWILEJEM, danym tym, którzy otworzyli się na łaskę zrozumienia. Dopóki myślimy o tym inaczej – a chyba najczęściej postrzegamy to w kategoriach sprostania systemowi wymagań – istnieje podwójne niebezpieczeństwo: z jednej strony braku miłosierdzia, a z drugiej wręcz przeciwnie, nadmiernej litości, która podpierając się często psychologią zmierza do racjonalizacji złych decyzji.

Zastanawiam się, czy to właśnie nie brak takiego myślenia stoi za nikłymi efektami prób przekonania ludzi – w tym również tych wewnątrz Kościoła – na szerszą skalę do przyjęcia Jego nauki. Innymi słowy, może się do tego nieprawidłowo zabieramy? Nasz Pan nie kazał nam przecież truć ludziom o moralności, ale świadczyć o zbawieniu. 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.